Rząd Tuska dał się wykiwać cwaniakom
Z posłem Andrzejem Jaworskim (PiS), członkiem Komisji Skarbu Państwa, byłym prezesem Stoczni Gdańsk, rozmawia Mariusz Bober
Minął drugi termin dany przez ministra skarbu Aleksandra Grada katarskiemu Funduszowi Stichting Particulier Fonds Greenrights, a zadeklarowanych 380 mln zł za majątek stoczni w Gdyni i Szczecinie nie ma i nie będzie…
– I chyba wiem dlaczego.
Dlaczego?
– Mam dość dobre relacje ze specjalistami od Bliskiego Wschodu, jak również bezpośrednie relacje z tamtejszymi kręgami biznesu. Pośrednicy zaangażowani w tę transakcję zrobili po prostu świetny interes polegający na tym, że uzyskali bardzo wysoką cenę za dostawy gazu, który Katarczycy mają dostarczać do Polski. Kontrakt w tej sprawie był negocjowany w tym samym czasie, co rozmowy na temat inwestora dla stoczni w Gdyni i Szczecinie.
Więc uważa Pan, że była to transakcja wiązana na zasadzie: polski rząd zgadza się na wyższą cenę gazu w zamian za przejęcie stoczni w Gdyni i Szczecinie?
– I tak, i nie. Rząd Donalda Tuska tak bardzo chciał osiągnąć sukces za wszelką cenę, że przestał myśleć kategoriami ekonomii. Gdy pojawiła się informacja prasowa, że strona katarska może nie podpisać kontraktu gazowego, minister Grad natychmiast zapowiedział, iż będzie on sfinalizowany. I rzeczywiście został podpisany, ale na warunkach stawianych przez Katar. Arabscy pośrednicy świetnie wykorzystali sytuację rządu Donalda Tuska i zarobili olbrzymie pieniądze na kontrakcie gazowym. Wiedzieli, że strona polska potrzebuje gazu, ale jeszcze bardziej potrzebuje inwestora dla stoczni szczecińskiej i gdyńskiej, aby móc się czymkolwiek pochwalić przed wyborami do Parlamentu Europejskiego. Ponadto załatwili za jednym zamachem nową siedzibę ambasady Kataru w Polsce. Japończycy w tym czasie podpisali kontrakt na gaz za dużo niższe stawki. Gdyby porównać oba kontrakty, to wychodzi, że będziemy przepłacać 100 mln dolarów rocznie za gaz. A kontrakt został podpisany na 20 lat. Katarczycy ubili więc świetny interes kosztem nas wszystkich.
Przedstawiciele Polskiego Górnictwa Naftowego i Gazownictwa uczestniczący w negocjacjach w sprawie dostaw zapewniają, że nie było żadnych rozmów w sprawie sprzedaży stoczni. Twierdzą, iż w rzeczywistości negocjacje cenowe zakończono co najmniej miesiąc przed przetargiem na sprzedaż majątku obu stoczni.
– A czy przedstawiciele PGNiG uczestniczyli w spotkaniu premiera Tuska i ministra Grada z przedstawicielami Kataru w prywatnej willi we Francji? A może brali udział w rozmowach z handlarzem bronią, Libańczykiem Abdulem Rahmanem El-Assirem, który, według części polskich mediów, uczestniczył w rozmowach z przedstawicielami polskiego rządu? Na pewno trzeba się przyjrzeć tym negocjacjom bardzo szczegółowo.
Więc uważa Pan, ujmując rzecz dosadnie, że rząd dał się wykiwać katarskim negocjatorom?
– Myślę, że nie tylko dał się wykiwać, ale daje się kiwać nadal. Rząd Tuska jest znów szachowany, więc aby się bronić, poświęci kolejną figurę polskiej gospodarki.
Kim są ci cwani negocjatorzy? Negocjacji w sprawie dostaw gazu przez państwową firmę katarską nie prowadzili chyba przypadkowi biznesmeni?
– Tego typu interesy i rozmowy prowadzą pośrednicy, którzy zajmują się po prostu handlem na olbrzymią skalę i mają ogromne doświadczenie w tej dziedzinie.
Takim negocjatorem był Abdul Rahman El-Assir? Ciekawe, że Tusk nie zaprzecza. Stwierdził, iż sprzeda majątek stoczni każdemu, kto wpłaci pieniądze…
– Nie znam tej wypowiedzi premiera. Należy jednak pamiętać, że zgodnie z prawem międzynarodowym nie wolno zawierać transakcji z tak zwanych brudnych pieniędzy. Od badania tych spraw są odpowiednie służby.
Ministerstwo Skarbu Państwa usprawiedliwia swoją indolencję w prywatyzacji stoczni tym, że tajemniczy inwestor rzekomo wystraszył się listu Szczecińskiego Stowarzyszenia Obrony Stoczni ostrzegającego przed ich zakupem.
– Trudno mi uwierzyć w to, że dla poważnego inwestora wiarygodnym partnerem nie jest taki podmiot, jak rząd suwerennego państwa, tylko jakieś nieznane stowarzyszenie. Problem w tym, że równie enigmatycznym podmiotem był inwestor w polskich stoczniach. Minister Grad ośmieszył się, twierdząc, że to list owego stowarzyszenia spowodował, iż inwestor zażądał dodatkowego czasu na zbadanie sytuacji stoczni. Ktoś, kto stawał do przetargu, miał wgląd we wszystkie dokumenty obu spółek, a ostatecznym gwarantem prawdziwości tych materiałów był rząd polski. Należy ponadto zwrócić uwagę na to, że minister Grad nie miał prawa zmieniać zasad przetargu. Gdyby inni inwestorzy wiedzieli, że będzie można zapłacić za stocznie w późniejszym czasie, też stanęliby do przetargu. Jest to kolejna kompromitacja naszego państwa na scenie międzynarodowej. O tym, jak minister Grad sprzedaje stocznie, krążą już dowcipy.
Ministerstwo Skarbu utrzymuje, że zobowiązania tajemniczego inwestora w polskich stoczniach może przejąć rządowy katarski fundusz. Czy te nadzieje mają jakieś podstawy?
– Na jakiej podstawie rząd Kataru ma cokolwiek przejmować, skoro od początku zapewniał, że transakcją zainteresowane są wyłącznie prywatne podmioty? Boję się, że w obecnej sytuacji – by zachować twarz i stanowisko – minister Grad podpisze kolejne dziwne umowy i odda za darmo majątek stoczni jakiemukolwiek podmiotowi katarskiemu albo nawet będziemy musieli do tego dopłacać. Należy bacznie obserwować, czy teraz tajemnicze fundusze nie przejmą za grosze polskich grup energetycznych.
Kolejne katarskie firmy interesują się zakupem naszych firm energetycznych?
– Katarczycy są znani z tego, że interesują się przede wszystkim firmami energetycznymi, więc mogę przypuszczać, że polski przemysł energetyczny będzie kolejnym elementem, po który mogą wyciągnąć ręce. Tymczasem rząd znowu jest pod ścianą, bo z prywatyzacji Enei wycofali się Skandynawowie, a minister Grad zapowiedział kolejną sprzedaż – m.in. koncernu energetycznego Energa. Wszyscy w tej chwili zdają sobie sprawę z tego, że minister Grad będzie sprzedawał wszystko, co będzie mógł, ponieważ chce zasypać dziurę budżetową. Znów będziemy mieli do czynienia z tym, że na pierwszym planie nie będzie ekonomia, tylko wykonanie planu prywatyzacji. Tymczasem do tej pory mieliśmy do czynienia z sytuacją, że polskie firmy były kupowane przez zagraniczne firmy państwowe. To jest kuriozalne w sytuacji, gdy obecny rząd twierdzi, że stocznie nie mogą być państwowe. Przecież jego awaryjny plan polega na sprzedaży stoczni w Gdyni i Szczecinie państwowemu funduszowi katarskiemu.
Co stanie się w takim razie ze stoczniami? Komisja Europejska dała rządowi czas do końca sierpnia na sprzedaż ich majątku. W ciągu 10 dni na pewno nie znajdzie się nowy inwestor.
– KE wymogła na polskim rządzie likwidację obu stoczni i to się dokonało. Przecież wszyscy pracownicy zostali już zwolnieni. Teraz należy rozpocząć negocjacje w sprawie ponownego uruchomienia stoczni. Kilku tysiącom pracowników obiecano od sierpnia ponowne zatrudnienie. Niestety, widzimy, że były to mrzonki. Zresztą nic nie stoi na przeszkodzie, by polski przemysł okrętowy był nadal państwowy. Można byłoby tego dokonać nawet za zgodą Komisji Europejskiej.
Nadzieje na utrzymanie produkcji to też mrzonki?
– Utrzymanie produkcji w minimalnej skali jest możliwe. Działa co najmniej kilka polskich podmiotów, które byłyby w stanie nadal produkować, przejmując majątek obu stoczni. Nie jest prawdą, że nie ma na rynku kontraktów na dalszą produkcję statków. Problem polega na skali. Polskie podmioty są jeszcze za słabe, by dać pracę kilku tysiącom ludzi. Także zapłacenie 380 mln zł obecnie przekracza ich możliwości. Są w stanie utrzymać minimalną produkcję, zatrudniając kilkaset osób. Alternatywą byłoby teraz cofnięcie specustawy, przywrócenie pracowników do pracy i realizowanie kontraktów, które stocznie miały jeszcze na ok. półtora roku. Przyjmując specustawę stoczniową, rząd strzelił sobie kilka goli do własnej bramki.
Ale KE domagała się wtedy zwrotu pomocy publicznej, jej zdaniem udzielonej niezgodnie z unijnym prawem. Ponadto gabinet Donalda Tuska obarcza odpowiedzialnością swoich poprzedników z PiS za to, że nie sprywatyzowali obu stoczni wcześniej, gdy była koniunktura na produkcję statków…
– To bzdura. Ówczesny minister skarbu w rządzie PiS, Wojciech Jasiński, dlatego prowadził twarde rozmowy z różnymi przedstawicielami, bo byli oni niewiarygodni. Obecne problemy ministra Grada i MSP z powodu niewpłacenia obiecanych pieniędzy za majątek stoczni to potwierdzają. Minister Jasiński na szczęście był na tyle sprawnym graczem, że nie dał się oszukać i nie doprowadził do zwolnienia dziesięciu tysięcy osób. Minister Grad zaś i jego ekipa połknęli haczyk. Pytanie: świadomie czy nie?
To już poważny zarzut…
– Odpowiedź na to pytanie poznamy być może za kilka miesięcy, gdy kolejne fakty ujrzą światło dzienne.
Jakie?
– Jak już mówiłem wcześniej, obserwujmy, co będzie się działo z polską energetyką. Niestety, jestem przekonany, że pojawią się ci sami tajemniczy inwestorzy.
Więc prawda jest taka, że ani wówczas, ani ostatnio nie było wiarygodnego inwestora, który chciałby utrzymać produkcję w obu stoczniach?
– Powiem inaczej. Za rządów PiS nie chciano niczego oddawać za darmo, a zwłaszcza pozwolić, by Skarb Państwa do czegokolwiek dopłacał. Szukano inwestora, który zapłaci za to, co przejmuje, i zapewni dalsze funkcjonowanie stoczni. Jestem przekonany, że gdyby nie wcześniejsze wybory parlamentarne, udałoby się pomyślnie zakończyć problemy stoczni w Szczecinie i Gdyni, bo niewiele brakowało, by to osiągnąć. Jednak pierwsza deklaracja Aleksandra Grada po objęciu przez niego funkcji ministra była taka, iż wszystko wstrzymujemy. Oznaczało to tak naprawdę, że zaczyna wszystko od początku. W dodatku pozbył się wszystkich fachowców, którzy pracowali nad sprawą prywatyzacji obu stoczni, więc musiało to mieć taki finał, jaki widzimy. Gdy kończyłem proces podwyższania kapitału w Stoczni Gdańsk, minister Grad straszył mnie w mediach NIK-iem, prokuraturą i nie wiadomo czym jeszcze. Jednak ani razu nie zechciał się ze mną spotkać, choć stocznia była wówczas jeszcze firmą państwową. Po prostu ta ekipa w ogóle nie interesowała się sytuacją w Stoczni Gdańsk, i myślę, że taki sam stosunek miała do pozostałych zakładów w Gdyni i Szczecinie. Dlatego stało się to, o czym dziś rozmawiamy.
Co więc trzeba było zrobić, zamiast przyjmować specustawę stoczniową?
– Można było nadal twardo negocjować z Komisją Europejską. Pokazywać, co robią inne kraje, aby ratować swój przemysł i miejsca pracy. Jeżeli już nic nie można było zrobić, lepsze byłoby nawet wprowadzenie syndyka. Stocznia Gdańsk jest na to dowodem. Przypominam jednak, że był plan, przygotowany przez ówczesne władze Agencji Rozwoju Przemysłu, uratowania wszystkich miejsc pracy, nawet kosztem upadłości obu podmiotów w dotychczasowym kształcie.
Może rząd chciał po prostu ratować oba podmioty? Likwidacja źle się kojarzy.
– Ale w ostateczności obecny rząd zlikwidował obie firmy i zwolnił wszystkich pracowników. Mało tego, spowodował sytuację domina, przez co kolejne kilkadziesiąt tysięcy osób może stracić pracę.
Dziś niemożliwe już jest zastosowanie manewru, o którym Pan mówi?
– Po podziale majątku stoczni, np. po głośnym wykupieniu rusztowań stoczni szczecińskiej, nie jest to już tak łatwe. Poza tym sądzę, że rząd Donalda Tuska będzie się bał przyznać do błędu i będzie szedł w zaparte. Ale cały czas są inne rozwiązania.
Jakie to rozwiązania?
– Nie mogę w obecnej sytuacji o nich mówić. Zapewniam jednak, że one istnieją i dają szansę na pracę ludziom w stoczni w Gdyni i Szczecinie.
Niektórzy twierdzą, że w sytuacji kryzysu światowego nie jest możliwe utrzymanie produkcji we wszystkich trzech polskich stoczniach. Podawany jest przy tej okazji przykład niemieckich firm, które upadły pomimo wsparcia, jakiego udzielił tamtejszemu sektorowi stoczniowemu rząd RFN.
– Ale mówi pan o dwóch różnych rzeczach. Z jednej strony mamy do czynienia z pompowaniem przez władze niemieckie olbrzymich środków w tamtejsze stocznie, by je utrzymać przy życiu, a z drugiej strony z likwidacją zakładów pracy, masowymi zwolnieniami i odprawami dla pracowników, do czego doprowadził rząd w Polsce. Skutki tych ostatnich działań próbuje się w jakiś sposób odwrócić. Podam przykład, który pokazuje, że coś można zrobić. Otóż polski rząd zapewnił kredyty krajom rozwijającym się. Część tych funduszy może być przeznaczona na zakup jednostek pływających, które można by z powodzeniem zbudować w Gdyni i Szczecinie. Niech minister Grad sprawdzi też, ile polskie spółki państwowe wydają pieniędzy na zakupy w stoczniach Dalekiego Wschodu.
Może Pan podać przykłady?
– Konkretnym przykładem jest kredyt przyznany rządowi Indonezji. Mogłoby to być wykorzystane w ten sposób, aby w polskich stoczniach wybudować statki dla tego kraju, co byłoby opłacalne dla obu stron. Z drugiej strony ważne jest, by polskie firmy w pierwszej kolejności zamawiały usługi i produkty w naszych firmach, a nie np. w Chinach.
Z ostatnich informacji wynika, że również ostatnia polska stocznia – w Gdańsku – którą wyprowadził Pan z tarapatów finansowych, może być zagrożona. Choć KE odstąpiła od żądań zwrotu pomocy publicznej, to jednak pogorszyła się kondycja inwestora, ukraińskiego przedsiębiorstwa ISD. Jak poważna jest, według Pana, sytuacja tej firmy i Stoczni Gdańsk?
– Tu natrafiamy na kolejną kompromitację rządu Donalda Tuska. Wysłał on bowiem do Komisji Europejskiej plan restrukturyzacji oparty na niepotwierdzonych danych o wielkości pomocy publicznej. Ostatni raport Najwyższej Izby Kontroli mówi o tym, że wielkość pomocy publicznej w przeliczeniu na wielkość kwoty zwrotu wynosi kilkadziesiąt milionów złotych [a nie 750 mln zł, jak początkowo szacował Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów – przyp. red.]. Więc de facto rząd zgodził się na zamknięcie dwóch z trzech pochylni i zwolnienie dużej grupy pracowników w zamian za to, że zakład pracy nie będzie musiał zwracać pomocy publicznej w wysokości kilkudziesięciu milionów złotych. Gdyby podejść do sprawy w sposób uczciwy, można było oddłużyć Stocznię Gdańsk, umarzając zobowiązania wobec ZUS, bo o nie głównie chodziło, inwestor miałby większe środki na inwestycje i nie byłoby problemu z Komisją Europejską. Tymczasem doprowadzono do tego, że udzielono inwestorowi pożyczki, by spłacić zobowiązania wobec ZUS, i pozwolono na ograniczenie mocy produkcyjnych poprzez zamknięcie dwóch z trzech pochylni, podcinając zakładowi skrzydła.
Nie może zwiększyć produkcji, a więc i dochodów…
– Dokładnie. Dlatego krytykowałem i nadal krytykuję podejście polskich urzędników do Komisji Europejskiej.
Wracając do pytania o kondycję Stoczni Gdańsk, jej przyszłość jest zagrożona?
– Jeśli rząd nie będzie przeszkadzał i redukcja zatrudnienia będzie niewielka, to możliwe będzie utrzymanie produkcji na poziomie budowy kilku statków rocznie. A to pozwoli stoczni przetrwać trudny okres. Mam nadzieję, że po zmianie władzy będzie możliwe stworzenie nowego programu rozwoju przemysłu morskiego. I oby się to stało jak najszybciej.
Dziękuję za rozmowę.
