Rozsądna desperacja jest wskazana
Z Andrzejem Piwnickim, związanym z Kołem Ochrony Praw Człowieka,
monitorującym sytuację Polaków na Litwie, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler
Mieszkał Pan sześć lat na Litwie. Jaki jest stosunek Litwinów do Polaków?
– Z początku wszelkie animozje wydawały mi się dosyć nieistotne. Sam, prowadząc
m.in. wykłady z przedsiębiorczości na Litwie, starałem się występować z pewną
uprzejmością w kierunku Litwinów. Gdy ktoś z sali zadał mi pytanie po polsku, to
wręcz prosiłem tłumacza, żeby poprosił, by odzywali się po litewsku, ponieważ
jesteśmy na terenie państwa litewskiego i litewski jest językiem państwowym.
Natomiast z czasem zacząłem zauważać istotne różnice w traktowaniu Polaków.
Turyści, którzy przyjeżdżają na Litwę, z reguły spotykają się z dosyć pozytywnym
odbiorem tego kraju, natomiast schody zaczynają się tak naprawdę wtedy, kiedy
zaczynamy rozmawiać o prawach Polaków. Na Litwie, nawet z tym najbardziej
światłym, najbardziej nowoczesnym Europejczykiem, który niejedno widział, bywał
w Anglii, Irlandii i nie wiadomo jeszcze gdzie, na ten temat trudno się
porozumieć. Są jedynie wyjątki, kiedy Litwini przyznają nam chociaż odrobinę
racji. Według mnie, do takiego stanu rzeczy przyczyniają się litewskie media.
W jakim sensie?
– W ubiegłym roku w maju uczestniczyłem w X zjeździe Midas w Wilnie, który
zorganizował "Kurier Wileński". Jest to zjazd przedstawicieli dzienników
codziennych mniejszości narodowych z Unii Europejskiej, który co roku odbywa się
w innej stolicy. Przyjechali właściwie wszyscy z ok. 30 krajów i byli zszokowani
tym, z czym spotkali się na miejscu. Przedstawiciele mniejszości narodowych
przyzwyczajeni byli bowiem do paparazzi, hucznych zjazdów, szeroko nagłaśnianych
w mediach, podczas których dziennikarze prześcigali się w uzyskiwaniu od nich
wypowiedzi na określone tematy. Tu było zupełnie inaczej. W Domu Polskim została
wynajęta największa sala, przygotowano cztery kabiny dla tłumaczy na cztery
języki, była profesjonalna obsługa, lecz nie pojawił się nikt z Litwinów, pomimo
że zaproszone były wszystkie instytucje litewskie. Tego samego dnia wynajęto
również największą w Wilnie salę prasową, odpowiednik naszego PAP, gdzie
odbywała się konferencja prasowa Midas. Sytuacja była podobna jak w Domu
Polskim, na sali znajdowało się tylko dwóch, może trzech Litwinów, ale to były
osoby, które z racji takich konferencji po prostu tam musiały być. To przykład
na to, jak mało z tego, czego domagają się Polacy mieszkający na Litwie, dociera
poprzez media do Litwinów w głębi kraju.
Jaki jest wizerunek Polaków w litewskich mediach?
– Przede wszystkim te media w ogóle nie interesują się dużymi protestami
Polaków, w ogóle ich nie zauważają. Roszczenia Polaków traktowane są jako temat
bardzo marginalny, nie wiadomo skąd wzięty. Zupełnie niesłusznie na pierwszy
plan wysuwa się żądania odseparowania Wileńszczyzny od Litwy, co powoduje, że
przeciętny Litwin z takiego przekazu nie może się nic dowiedzieć o prawdziwych
potrzebach Polaków. Ponadto promowane są antypolskie wypowiedzi polityków, jak
również antypolskie zachowanie młodzieży, co tworzy nieprzychylny Polakom
nastrój. Ten nastrój jest tworzony zresztą po dziś dzień już od czasów Litwy
Kowieńskiej. Można powiedzieć, że naród litewski hodowany jest na bazie
antypolonizmu. Antypolonizm to również baza dla tworzących partie osób, które
chcą robić karierę w Sejmie czy dostać się do Parlamentu Europejskiego. Są
bardzo nieliczne głosy, które równoważą te antypolskie wystąpienia.
Podobnie jest w szkołach.
– Jeżeli spojrzymy do podręczników litewskich, z których uczą się historii
również polskie dzieci, mamy także do czynienia z przykładami antypolonizmu.
Popierane są też antypolskie postawy wśród samych uczniów, które są nagradzane
na różnych konkursach. Przykładem może być wypracowanie Kasi Andruszkiewicz z
polskiej rodziny, która ostatnio wygrała taki konkurs. To są rzeczy karygodne.
Proszę sobie wyobrazić podobną sytuację w naszym kraju lub choćby to, żeby w
polskim Sejmie uznany polityk wypowiadał się, że Litwini to zdrajcy.
Premier Litwy zapewnia o ociepleniu stosunków polsko-litewskich. Mimo że
podkreśla, iż język polski jest skarbem dla Polaków, to nic nie robi, by go
wprowadzić do szkół…
– Tu mamy do czynienia z klasyczną dialektyką, wziętą chyba z dawnych lat. Na
Litwie są tak zwane wersje na rynek wewnętrzny i wersje eksportowe. Wypowiedziom
litewskim – mówię to jako osoba obiektywna, niemająca nic przeciwko Litwinom – w
żaden sposób nie można wierzyć. Stosują bowiem pewną taktykę, która bardzo
sprawdzała się przez kilkanaście lat, kiedy Litwa była niepodległa, gdy kwestie
języka polskiego, szkół polskich czy grabież ziemi prawowitym właścicielom,
którzy mieli papiery od pradziada, były zamiatane pod dywan. Robiono to w
białych rękawiczkach, bo Sejm zatwierdził wtedy taką ustawę, o czym nie mówiło
się głośno, lecz tylko w kuluarach. Dopiero właściwie w tej chwili, w dobie
internetu, pewnych rzeczy nie da się już ukryć. Pikiety, które urządzamy, jak ta
pod ambasadą Litwy w Warszawie, mają za zadanie nagłośnienie prawdy. Dużo mówi
się np. o Wileńszczyźnie, lecz mało o prawach Polaków, którzy mieszkają na jej
kresach. Oni nie mają nic – ani przedszkola, ani szkoły.
W trakcie sobotniej pikiety padły mocne słowa. Porównano dzisiejsze działania
wileńskiej administracji państwowej do pruskiej Hakaty. Nie przesadzają państwo?
– Mamy bowiem do czynienia z rzeczą niebywałą, z czymś, co – jak nam się wydaje
w Polsce czy Unii Europejskiej – nie może zaistnieć. Trzeba tu jednak wyraźnie
podkreślić, że Polacy na Litwie są dyskryminowani. Oczywiście ludzie nie są
zamykani, nie ma na razie jakichś bojówek, natomiast jeśli chodzi o tworzenie
prawa, a szczególnie jego interpretację i stosowanie w praktyce, to w tej chwili
mamy do czynienia z atakiem na tożsamość polską na Litwie. Zresztą Litwini sami
się z tym nie kryją, chociaż ich wypowiedzi na zewnątrz są totalnie obłudne.
Czego oczekuje Pan od polskiego rządu w tej sprawie?
– Wielkiego zdecydowania, powiedziałbym, nawet pewnej rozsądnej desperacji,
dostosowania się do współczesnych realiów i wykorzystania wszystkich argumentów,
z których można skorzystać. Racja jest po naszej stronie, tu nawet nie ma
dyskusji, wystarczy porównać, jak traktowani są Litwini w Polsce. Oni nie są w
ogóle prześladowani, bycie Litwinem tutaj to nawet pewien honor, natomiast na
Litwie Polacy są traktowani jako obywatele drugiej kategorii, ja nawet uważam,
że trzeciej kategorii. Tak nie może być. Między Polską a Litwą podpisane są
międzynarodowe umowy, konwencje, prawa człowieka, jest traktat polsko-litewski.
Wystarczy tylko domagać się egzekwowania naszych praw w sposób stanowczy,
jednoznaczny a nie tylko na zasadzie pewnych deklaracji. Dzieci polskie na
Litwie nie mają już na to czasu. Tu nie tylko chodzi o upodlenie tych dzieci,
nastawienie ich antypolsko, wbrew własnej naturze, wbrew historii Polski, ale
również o zmianę ich mentalności, która jest im obca. Niedługo dziecko polskie,
które tam mieszka, będzie przychodziło do domu i mówiło, że się wstydzi, iż jest
Polakiem. Dzisiejsza Litwa, tak różna od Litwy międzywojennej, jest Polakom
obca, ponieważ trudno dostosować się do tych kryteriów, tej kultury, która jest
jakby na siłę wmuszana, a nie jest atrakcyjna dla Polaków.
Dziękuję za rozmowę.
