Różaniec jak życie św. Maksymiliana

Wilhelm Żelazny, skatowany przez Niemców kilkunastoletni więzień obozu
Auschwitz-Birkenau, chciał odebrać sobie życie. Na jego drodze pojawił się
wówczas o. Maksymilian Maria Kolbe, który podarował mu swój różaniec. Żelazny
przeżył wojnę, a po latach przekazał otrzymany od zakonnika różaniec parafii św.
Maksymiliana Marii Kolbego w Oświęcimiu. Relikwia jest świadectwem tego, że o.
Kolbe, jeszcze zanim dobrowolnie poszedł na śmierć za Franciszka Gajowniczka,
jako katolicki kapłan wspierał i podnosił na duchu innych współwięźniów, przez
co pomógł im przetrwać obozowe piekło.

W lutym 1941 roku franciszkanin o. Maksymilian Maria Kolbe został aresztowany
przez hitlerowców i przewieziony na Pawiak. Gestapowiec, który przesłuchiwał
więźnia, spoliczkował go i ciężkim żołnierskim butem z wściekłością wdeptał w
podłogę znaleziony przy zakonniku różaniec. Ojciec Maksymilian troskliwie zebrał
zniszczone paciorki i schował je w małym woreczku, który następnie ukrył pod
pachą. Różaniec, który częściowo zreperował, towarzyszył mu także 25 maja 1941
roku, gdy z celi na Pawiaku trafił do obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau
i otrzymał numer 16670.

Ratunek przed "drutami"
W obozie przebywał już wówczas kilkunastoletni chłopak Wilhelm Żelazny, któremu
przypisano numer obozowy 1126, przywieziony pierwszym transportem śląskim w
lipcu 1940 roku. Wspomnienie o nim zamieściła doc. dr inż. Irena Pająk w swoim
oświadczeniu, które znajduje się w Archiwum Państwowego Muzeum
Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu. To właśnie do niej, jako córki zamordowanego w
KL Mauthausen Karola Szymeczki i żony Wilibalda Pająka – byłego więźnia KL
Auschwitz, męża zaufania Stowarzyszenia Maximilian-Kolbe-Werk, niosącego pomoc
byłym więźniom niemieckich obozów koncentracyjnych, zgłosił się w 1988 r.
Żelazny. Prosząc o pomoc w zdobyciu lekarstw, wyznał, że ma u siebie w domu
różaniec stanowiący własność o. Maksymiliana i opowiedział historię swojego
życia, w którym w najbardziej krytycznym momencie pojawiła się postać św. o.
Kolbego.
Żelazny był w obozie więźniem funkcyjnym, pracował jako sztubowy, tzn.
odpowiadał za utrzymanie czystości w baraku. Kiedy hitlerowcy stwierdzili
nieporządek na jego "sztubie", skatowali go, łamiąc mu żebra. Od tej chwili stan
zdrowia młodego więźnia ciągle się pogarszał. Zapadł na ciężką chorobę płuc, a
na dodatek był zmuszany do pracy ponad siły. Postanowił odebrać sobie życie.
Tamte chwile relacjonował następująco: "Ciężka praca w wodzie, głód, rany po
pobiciu i pogarszający się stan zdrowia spowodowały moje zmuzułmanienie
[muzułman: wycieńczony więzień obozu koncentracyjnego – red.], brak chęci do
życia i całkowite załamanie psychiczne. Postanowiłem pójść na druty". Swój
zamiar wyjawił koledze, z którym mieszkał wcześniej w tym samym domu w
Chorzowie. Ten zaprowadził go do o. Maksymiliana, uznając, że tylko on może mu
jeszcze pomóc. Swoje spotkanie z zakonnikiem Żelazny opisał następująco: "Ten
długo ze mną rozmawiał i na koniec wyciągnął woreczek umocowany po wewnętrznej
stronie obozowej bluzy pod pachą, w którym znajdował się porwany różaniec.
Wręczył mi go, mówiąc, że mi go udostępnia na pewien czas, abym go odmawiał, co
mi doda sił i podniesie mnie na duchu. Powiedział mi również, że brakuje w nim
kilku paciorków zniszczonych przez gestapowca na Pawiaku, lecz te brakujące mam
również odmawiać. W woreczku znajdowały się również resztki zniszczonych
paciorków, które brat Maksymilian troskliwie pozbierał z podłogi celi na
Pawiaku". Wycieńczony i załamany psychicznie Wilhelm posłuchał o. Maksymiliana.
Zaczął modlić się o siłę i nadzieję. Przeżył. Został zwolniony z obozu wiosną
1942 roku. Chciał wyrazić wdzięczność swojemu dobroczyńczy, ale nie zdążył. Nie
zdążył również zwrócić mu różańca, który ocalił go przed samobójstwem. "Kiedy po
pewnym czasie w znacznie lepszym stanie poszedłem oddać różaniec, okazało się,
że brat Maksymilian poszedł do bunkra na śmierć głodową. W ten sposób różaniec
pozostał u mnie. 14 kwietnia 1942 r. zostałem z obozu zwolniony. Z różańcem tym
nie rozstawałem się nigdy" – wyznał były więzień.

Wszystko dla Niepokalanej
Na współwięźniach o. Maksymiliana wielkie wrażenie robiła postawa zakonnika
wobec obozowej rzeczywistości. Promieniowały z niego optymizm, nadzieja i
całkowite zawierzenie Bożej Opatrzności oraz Niepokalanej, a także miłość do
każdego bliźniego. Dlatego wielu więźniów, widząc to, pomimo cierpień i
okrucieństwa, jakie musieli na co dzień znosić od pilnujących ich Niemców –
znęcania fizycznego i psychicznego, chorób, głodu i katorżniczej pracy, nie
straciło wiary w Boga, w sens życia i godność każdego człowieka. Tym bardziej że
cena, jaką o. Maksymilian zapłacił za swoje postępowanie, była wysoka, aż po
oddanie życia. Było bardzo wiele osób, które tak jak Wilhelm Żelazny szukały
pocieszenia u o. Kolbego. Spotykali się z nim podczas potajemnie odprawianych
przez niego Mszy Świętych, konferencji duchowych, osobistych rozmów lub w
trakcie sakramentu pokuty. Według relacji ks. Konrada Szwedy, posiadającego
numer obozowy 7669, o. Maksymilian "pocieszał każdego, kto się do niego zbliżał;
swoimi uwagami stawiał na nogi ludzi załamanych. Chętnie podejmował rozmowę z
każdym, spowiadał i podnosił na duchu". Ksiądz Szweda miał możliwość
przyglądania się z bliska obozowemu życiu zakonnika. Oto, jak go zapamiętał:
"Miał silną, nieugiętą wolę, dzięki której panował nad popędami swojej natury i
podporządkowywał je wytkniętemu celowi. Choć sam był głodny, potrafił miskę
zupy, którą zaczął jeść, odstąpić 'muzułmanowi’, zrezygnować z kubka herbaty na
rzecz drugiego, choć sam miał spieczone od gorączki wargi, a lekarzowi
ambulatoryjnemu na propozycję przyjęcia do 'rewiru’, powiedzieć: 'niech pan
doktor weźmie do szpitala o tego tam młodszego ode mnie, stojącego w kolejce’".

W pamięci świadków obozowego życia o. Kolbego szczególnie mocno zapisały się
wypowiadane przez niego słowa: "Nienawiść nie jest siłą twórczą, ale miłość".
Powołując się na innego kapłana osadzonego w więzieniu, ks. Szweda odnotowuje:
"Jego myśli o wszechmocy i miłosierdziu Bożym krzepiły nas i przywracały siły, a
niejednokrotnie odkażały duszę z chęci zemsty i odwetu. Stwierdził to przyjaciel
naszej grupy, ks. dr Zygmunt Ruszczak (nadano mu numer obozowy 9842) z Warszawy:
'Ojciec Kolbe był tak silny duchowo, że tej swojej siły udzielał tym, z którymi
przestawał. Pocieszał, hamował nienawiść do naszych ciemiężycieli, umacniał
wiarę w możliwość przetrwania, jak również przekonanie, że kresem naszym jest
nie ziemia, lecz świat lepszy u Boga. Wpływ o. Kolbego był pod każdym względem
bardzo dodatni i umacniający. Przy nim nabierałem zawsze otuchy i nadziei, że
obóz przetrwam’". Z tej samej relacji dowiadujemy się również, że św.
Maksymilian nie tylko mężnie znosił cierpienia, ale potrafił dziękować Maryi za
los, który stał się jego udziałem. Wiedział, że w obozie nie znalazł się bez
przyczyny: "Do jednego z więźniów powiedział: 'Jestem zadowolony, że Niepokalana
zezwoliła mi być tu, gdzie mogę zdobywać dla Niej serca ludzi, którzy znajdują
się w ciężkich warunkach i potrzebują pocieszenia’" – czytamy we wspomnieniach
ks. Szwedy.

Paciorki z habitu
Wilhelm Żelazny po zwolnieniu z obozu i odzyskaniu zdrowia został przewieziony
na Śląsk, gdzie pracował przy demontażu rozbitych czołgów i armat. Potem został
wysłany na roboty w głąb Niemiec. Następnie dołączył do armii gen. Andersa i po
wojnie wrócił do Polski. W czasie tułaczki ani przez chwilę nie rozstawał się z
różańcem o. Maksymiliana, który chronił jak najdroższy skarb. W kraju był
nieustannie inwigilowany przez Służbę Bezpieczeństwa. Rewizje w jego domu
sprawiły, że swoją cenną pamiątkę musiał na dwa lata oddać na przechowanie ks.
bp. Herbertowi Bednorzowi w Katowicach. Nie wyjawił mu jednak, do kogo ona
wcześniej należała.
Po wysłuchaniu opowieści Wilhelma Żelaznego doc. dr Irena Pająk poprosiła go o
przywiezienie i pokazanie jej różańca. Tę niezwykłą pamiątkę po św.
Maksymilianie opisała następująco: "Uderzyła mnie jego [różańca – red.]
autentyczność. Jest on bardzo prosty, i zarazem bardzo piękny. Jest lekki, ma
nietypowe paciorki. Są one wysmukłe, podłużne, ciemnobrązowe, prawie czarne,
wykonane albo z ziaren jakiegoś owocu, albo wytłoczone z jakiegoś szlachetnego
drzewa. Wydzielają subtelny, charakterystyczny zapach". Wskazała też na widoczne
zniszczenia różańca, które w miarę swoich możliwości o. Kolbe próbował naprawiać
przy użyciu nici wyciągniętych z własnego habitu, z których również wykonał
brakujące paciorki. Dla niej samej oraz jej rodziny możliwość dotykania relikwii
była ogromnym przeżyciem. Zaczęła też przekonywać byłego więźnia, że tak cenna
pamiątka powinna się znaleźć w miejscu, do którego będą miały dostęp także inne
osoby otaczające kultem św. Maksymiliana. Ten po jakimś czasie zgodził się
przekazać różaniec do kościoła św. Maksymiliana Marii Kolbego w Oświęcimiu. "Po
wyjściu z probostwa p. W. Żelazny powiedział nam, że przekazanie tego różańca we
właściwe ręce przyniosło mu ogromną ulgę, oraz że od 50 lat dopiero teraz będzie
spał spokojnie" – kończy swoją relację doc. dr Irena Pająk, dodając, że
poczytuje sobie za wielką łaskę to, iż dane jej było pośredniczyć w tej
"wielkiej sprawie".
W kościele św. Maksymiliana w Oświęcimiu znajdują się oprócz różańca św.
Maksymiliana jeszcze dwie inne relikwie obozowe: maleńki kielich o wysokości 7
cm, używany w Auschwitz do odprawiania Mszy Świętej po kryjomu, oraz formularz
łacińskiej Mszy Świętej za zmarłych w formie grypsu.

Prekursor duchowości maryjnej
Różaniec umieszczony jest w pięknym relikwiarzu w kształcie figury Niepokalanej.
– Jest on przede wszystkim świadectwem świętości życia o. Maksymiliana, jego
otwartości na Boga, Matkę Przenajświętszą i Kościół – mówi ks. Józef
Niedźwiedzki, proboszcz parafii pw. św. Maksymiliana Marii Kolbego w Oświęcimiu.
Jego zdaniem, to, że o. Kolbe oddał innemu współwięźniowi swój różaniec, z
którym nigdy się nie rozstawał i który był dla niego wsparciem w przeżywaniu
życia obozowego, ukazuje postawę wiary i miłości zakonnika oraz świadczy o tym,
iż sytuacja Wilhelma Żelaznego musiała być niezwykle poważna. – Można
powiedzieć, że w tym czynie o. Maksymiliana objawił się jeden z aktów jego
wielkiej miłości i ofiary za drugiego człowieka. Ta miłość bliźniego wypełniła
się w nim przez ofiarowanie życia za Franciszka Gajowniczka – podkreśla ks.
Niedźwiedzki.
W 70. rocznicę męczeństwa zakonnika oraz z okazji Roku Kolbiańskiego
zapoczątkowana została peregrynacja różańca św. Maksymiliana w parafiach
diecezji bielsko-żywieckiej. Podróżujący wraz z relikwią ks. Jacek Pędziwiatr,
diecezjalny asystent Rycerstwa Niepokalanej, przybliża wiernym dzieje różańca
oraz historię męczeństwa o. Kolbego. – W parafiach pod wezwaniem św.
Maksymiliana lub tam, gdzie istnieje Rycerstwo Niepokalanej, sprawowane było po
Mszy Świętej nabożeństwo, w czasie którego wierni mogli ucałować cenną relikwię
oraz dotknąć jej swoimi własnymi różańcami – opowiada ks. Pędziwiatr. Wskazuje
również, że peregrynacja jest okazją do pokazania postaci o. Kolbego od innej,
mniej znanej strony. – Ojciec Maksymilian znany jest przede wszystkim jako
męczennik z Auschwitz. Natomiast niewiele mówi się o jego duchowości, zwłaszcza
duchowości maryjnej, znacznie wyprzedzającej nauczanie Soboru Watykańskiego II –
zauważa kapłan. Wskazuje na pojęcie mariologii eklezjotypicznej o. Maksymiliana.
– Polega ona nie tylko na modlitwie i powierzeniu życia Matce Najświętszej, ale
także na próbie naśladowania Jej jako Matki Kościoła, tej, która była pierwszą
uczennicą Chrystusa. Jest to postulat Soboru Watykańskiego II, ale o.
Maksymilian wspominał o tym dużo wcześniej – wyjaśnia. Ksiądz Pędziwiatr nazywa
męczennika z Auschwitz prekursorem duchowości maryjnej w XX wieku. Podkreśla, że
to właśnie św. Maksymilian szczególnie rozwijał teologię Maryi jako
Pneumatofory, czyli Niosącej Ducha Świętego. – Ojciec Maksymilian zbierał
materiały do swojej książki mającej być podręcznikiem mariologii. 16 lutego 1941
r. zakończył kwerendę i następnego dnia miał zabrać się za pisanie. Jego plany
pokrzyżowali Niemcy. Nazajutrz został aresztowany przez gestapo i osadzony na
Pawiaku. To wręcz zaskakująca zbieżność dat, tak jakby diabeł nie chciał, żeby
jego praca ujrzała światło dzienne – zauważa kapłan.

Zło dobrem zwyciężył
Różaniec, który uratował życie więźniowi Wilhelmowi Żelaznemu, ukazuje męczeńską
drogę św. Maksymiliana, której zwieńczeniem stała się ofiara z życia złożona
przez zakonnika za skazanego na śmierć Franciszka Gajowniczka, męża i ojca
dwojga małych dzieci. Jest symbolem tego, co założyciel Niepokalanowa
przekazywał swoim współwięźniom do samego końca, także w bunkrze głodowym. Wobec
jego postawy nawet sami Niemcy nie potrafili przejść obojętnie. Ksiądz Konrad
Szweda ujął to w swoich wspomnieniach z Auschwitz następująco: "(…) o. Kolbe
umierających kolegów pojednał z Bogiem, modlił się z nimi i za nich, śpiewał
pieśni maryjne. Na wizytujących go esesmanów kierował spojrzenie pełne dobroci,
tak iż krzyczeli: 'Patrz na ziemię, a nie na nas. Kogoś takiego, jak ten ksiądz,
jeszcze nigdy nie widzieliśmy!’". W chwili śmierci o. Kolbe miał 47 lat. W 1971
r. Papież Paweł VI dokonał uroczystej beatyfikacji męczennika, a w 1982 r.
Ojciec Święty Jan Paweł II ogłosił go świętym.
 

Bogusłw Rąpała

drukuj