Rosyjska kontrrewolucja
Tysiące zwolenników i przeciwników dotychczasowej koalicji rządowej na Ukrainie zebrało się wczoraj w Kijowie, demonstrując swoje racje. Nasilające się protesty wskazują na rosnący konflikt nie tylko polityczny, ale także gospodarczy i społeczny. Parlament tego kraju dał wyraz obawom o podział kraju. Choć jest on już od co najmniej kilku lat faktem na wielu płaszczyznach, politycy obawiają się, aby nie doszło do realnego podziału państwa.
Obecny spór o władzę jest w dużej mierze wyrazem nie tylko walki o władzę wśród ukraińskich polityków, lecz także rosnących podziałów w społeczeństwie ukraińskim. Nie zasypały ich niespełna dwuletnie rządy „pomarańczowych”. Teraz chcą wrócić do władzy, strasząc oligarchizacją kraju pod rządami Partii Regionów Ukrainy i jej koalicjantów.
Strach przed oligarchizacją
był jednak większy trzy lata temu, podczas tzw. pomarańczowej rewolucji. Obawy te symbolizował ówczesny prezydent Leonid Kuczma, a także sam premier Wiktor Janukowycz (wówczas również pełniący tę funkcję), wywodzący się z Zagłębia Donieckiego. Powszechnie uważany jest za blisko związanego z Rinatem Achmetowem, najbogatszym Ukraińcem i najbardziej znanym ukraińskim oligarchą, którego majątek szacowany jest na co najmniej 7 mld USD. Prezes Związku Polaków na Ukrainie Stanisław Kostecki podkreśla, że także obecnie obawy przed oligarchizacją są aktualne.
To właśnie oligarchowie ukraińscy skupiają władzę nad majątkiem narodowym. Rządzą jak udzielni książęta, nie licząc się niemal z nikim… z wyjątkiem Rosji. Podporządkowane są im często władze samorządowe, policja, sądy i prokuratura, a nawet wielu posłów. Głównym powodem rozwiązania parlamentu przez obecnego prezydenta Ukrainy były właśnie oskarżenia o „kupowanie” deputowanych. Za werbowanie ich do szeregów rządzącej koalicji, według Julii Tymoszenko (stojącej na czele najbardziej liczącej się partii opozycyjnej – Bloku Julii Tymoszenko), oferowano łapówki sięgające nawet 10 mln USD. Nie wszyscy wierzą w te informacje, ale mało kto na Ukrainie ma wątpliwości, że cena za poparcie oligarchicznej większości musiała być duża.
Odwet Rosji
Pomarańczowa rewolucja sprzed trzech lat była próbą wyrwania Ukrainy z rosyjskiej strefy wpływów i wciągnięcia jej w orbitę oddziaływania Zachodu. Dziś okazuje się jednak, że to oddziaływanie było zbyt słabe, zaś powiązania z Rosją są silniejsze, niż się wydawało zachodnim politykom. Moskwa już wówczas traktowała ten ukraiński zryw jako dywersję Zachodu. Obecnie – jak przyznaje prof. Mieczysław Smoleń z Katedry Rosjoznawstwa Wydziału Studiów Międzynarodowych i Politycznych Uniwersytetu Jagiellońskiego – dokonała „rosyjskiej kontrrewolucji”.
Chodzi jednak nie tylko o polityczne wpływy i oddziaływanie na scenę polityczną za pomocą związanych z Rosją ukraińskich oligarchów. Okazało się bowiem, że nowe władze były za słabe, by zapewnić funkcjonowanie gospodarki ukraińskiej niezależnie od wielkiego wschodniego brata.
Podstawą uzależnienia są dostawy surowców energetycznych – ropy i gazu, co pokazały konflikty z ostatnich lat, które odczuły także kraje zachodnie, w tym Polska. Podobne zależności występują również w innych dziedzinach gospodarki, a nawet w samych Ukraińcach… Recepty, jakie przedstawiał Zachód i przywódcy „pomarańczowych”, były po prostu nieskuteczne.
Unia i ropa za daleko
Zwolennicy tzw. pomarańczowej rewolucji sprzed trzech lat sposób na postawienie na nogi słabego państwa ukraińskiego widzieli głównie w integracji kraju z Unią Europejską i NATO oraz uniezależnieniem go od rosyjskich dostaw surowców energetycznych. W obu projektach Kijów liczył na wsparcie Polski.
Jednak żadnego z nich nie udało się dotąd zrealizować. Dzieje się tak częściowo z powodu polityki Zachodu (UE nie widzi w najbliższej przyszłości szans na przyjęcie Ukrainy), ale w dużej mierze jest to wina również ukraińskich przywódców. Kłótnie „pomarańczowych” wkrótce po objęciu władzy pozwoliły powrócić do władzy prorosyjskiej Partii Regionów Ukrainy. Czas ich rządów był zbyt krótki, by udało się zrealizować oba projekty, wymagające wielu nakładów i wysiłku.
Problem tkwi zresztą także w samych Ukraińcach. Wielu z nich po prostu nie chce zmian.
Pękanie Ukrainy
Obecny konflikt pokazał jeszcze raz, że kraj jest podzielony nie tylko politycznie. Północno-zachodnia część Ukrainy popiera w większości obecną opozycję, południowo-wschodnia – koalicję. W ten sposób połowa kraju sąsiadująca z Polską jest bardziej nacjonalistyczna, wschodnia – bardziej prorosyjska. Zresztą w tej pierwszej częściej słyszy się język ukraiński, w drugiej – niemal wyłącznie rosyjski. Podziały sięgają także sfery gospodarczej, i w dużej mierze to właśnie z nich wynika obecny spór. Wschód jest silniej związany gospodarczo z Rosją, zachód – z Europą Zachodnią. Gospodarka wschodniej części kraju zależy niemal całkowicie od oligarchów, więc tamtejsze społeczeństwo siłą rzeczy ich popiera, bo zapewniają miejsca pracy, funkcjonowanie przedsiębiorstw itd.
Rozłam jest na tyle poważny, że wszyscy politycy obawiają się podziału kraju na dwie części. Głównie z tego powodu w ostatnich dniach „pomarańczowi” nie organizowali tak licznych demonstracji jak przed trzema laty, zaś koalicyjna większość parlamentarna wezwała do mediacji przywódców sąsiednich państw.
Rola Polski
Trzy lata temu ówczesne lewicowe władze Polski poparły pomarańczową rewolucję. Jednak także przedstawiciele współrządzącego dziś Prawa i Sprawiedliwości, a także Platformy Obywatelskiej wspierali przywódcę ówczesnej opozycji, dzisiejszego prezydenta Wiktora Juszczenkę i jego towarzyszy. Obecnie fiasko polityki „pomarańczowych” postrzegane jest jako przegrana Zachodu, ale także polityki polskich władz, zwłaszcza byłego prezydenta Kwaśniewskiego, który mediował między ówczesnymi oponentami, i – jak wynika z nieoficjalnych informacji – zastanawia się nad wyjazdem do Kijowa ponownie. Nie dość że nie odnieśliśmy wymiernych korzyści z tego poparcia, to może się okazać, że teraz „pomarańczowi” przegrają, a ich lewicowi konkurenci, stawiający na Rosję, zrewanżują się co najmniej polityczną izolacją. Zaś nasze plany transportu ropy z Morza Kaspijskiego poprzez Ukrainę pozostaną tylko na papierze.
Czas więc zrewidować dotychczasową politykę. Wydarzenia ostatnich lat pokazują, że procesy gospodarcze i społeczne są silniejsze niż plany polityków, a ci, którzy się z tym nie liczą, są skazani na klęskę. Klucz do zmian na Ukrainie tkwi w zmianach gospodarki i społeczeństwa ukraińskiego oraz mentalności samych obywateli tego kraju. Nie poprą zachodnich planów, jeśli ich przyszłość będzie zależała od wschodniego sąsiada, i to u niego będą wciąż musieli szukać pracy. Należałoby postawić na długofalowe działania zmierzające do stałej obecności naszych firm, organizacji w tym kraju. Mogłoby to przynieść również większe korzyści dla Polski, jak i dla samych Ukraińców. Zamiast interwencji politycznych potrzebują oni pracy i pomocy w respektowaniu praw człowieka przez tamtejsze władze, a przecież instytucje europejskiej właśnie w ich strzeżeniu się specjalizują.
