Rosjanie zamknęli bramę Siewiernego do zmroku
Z Janem Marią Tomaszewskim, bratem ciotecznym tragicznie zmarłego w drodze
do Katynia Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego oraz Prezesa Prawa i Sprawiedliwości
Jarosława Kaczyńskiego, rozmawia Marta Ziarnik
Minęło już ponad osiem miesięcy od katastrofy pod Smoleńskiem. Jak ocenia
Pan śledztwo w sprawie wyjaśnienia jej przyczyn i przebiegu?
– Jakie śledztwo, pani redaktor? Nie ma żadnego śledztwa! Cały czas mamy do
czynienia jedynie z kombinacjami. Jest to stek zaprzeczeń, zakłamań, sprostowań
i gdybania, co by powiedzieli Rosjanie w tym momencie, a czego by nie
powiedzieli; czego mogą chcieć i oczekiwać. O czym my więc rozmawiamy? O jakim
śledztwie mówimy? Ja nie wierzę w ani jedno słowo, które Rosjanie powiedzieli
czy opublikowali. Absolutnie nie wierzę też tej naszej ekipie rządzącej, że ona
cokolwiek zrobi. Te wszystkie dokumenty, o których ciągle słyszymy, że je
dostaliśmy, według mnie nie mają żadnej wartości. Rosjanie nie są w stanie
powiedzieć żadnej prawdy, jeśli to będzie na ich szkodę. Całe to śledztwo nie
jest więc niczym innym jak tylko jednym wielkim zakłamaniem. Zacieranie i
zamydlanie, to i owszem, jest. Ale nie ma śledztwa. Zamiast niego jest zwykła
farsa. Goszczący w Polsce na początku tego miesiąca prezydent Rosji Dmitrij
Miedwiediew powiedział, że wszystkie nagrania z czarnych skrzynek zostały
stronie polskiej już udostępnione. A przecież, ludzie kochani, to jest jedno
wielkie oszustwo!
W kwietniu mógł Pan przypuszczać, że to postępowanie będzie tak właśnie
prowadzone?
– Jestem człowiekiem, który żył już trochę w poprzednim wieku i pewne tego
typu doświadczenia nabył, w związku z czym od samego początku wiedziałem, że tak
naprawdę nic z tego śledztwa nie będzie. Byłem pewien, że wszystko zostanie
zamydlone i zasłonięte wieloma tajemnicami. Już na samym początku wiedziałem, że
Rosjanie będą to tak gmatwać i tuszować, żeby nic z tego nie wyszło. Bo pytam –
jak to jest możliwe, że nasi prokuratorzy nie pojechali do Smoleńska od razu?
Dlaczego oni nic nie wnieśli do tego śledztwa? Dlaczego oddali wszystko Rosjanom
i zdali się całkowicie na nich?
Ale to nie tylko prokuratorzy są za to odpowiedzialni. Co robił premier
polskiego rządu, gdy ważyły się losy formuły śledztwa smoleńskiego?
– No, jak to co? Robił to, co zwykle, czyli dobrą minę do złej gry. To nie
Donald Tusk uzgadniał warunki z Rosjanami, tylko Rosjanie je naszemu premierowi
oznajmili. On je tylko przyjął do wiadomości. Taka forma jemu odpowiada.
Jakie tezy, Pana zdaniem, znajdują się w raporcie rosyjskiego
Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego?
– Nic istotnego i prawdziwego. Na pewno są tam same bzdury. Z tego, co wynika
z informacji podawanych w mediach, wnioskuję, że w raporcie Rosjanie podtrzymują
teorię o winie pilotów, bo przecież nie strzelą sobie gola do własnej bramki.
Jakby to wyglądało w przeciwnym wypadku? Sami Rosjanie remontowali tego tupolewa
i teraz mieliby się przyznać, że coś źle zostało zrobione?! Co też to jest za
raport, skoro do tej pory Rosjanie nie dali nam żadnej odpowiedzi na nasze
pytania dotyczące katastrofy… To co, nagle te odpowiedzi znajdą?
Pan w wersję o winie pilotów lansowaną od 10 kwietnia jako oczywistość nie
wierzy?
– Absolutnie nie!
Sądzi Pan, że poznamy faktyczną przyczynę katastrofy?
– Mam nadzieję, że prędzej czy później poznamy prawdę. Nie ma bowiem takiej
zbrodni, w której nie popełniono jakiegoś błędu. Biorąc też pod uwagę techniki,
którymi obecnie dysponujemy, myślę, że jest to już kwestia czysto polityczna, iż
do tej pory nie znamy prawdy. Nie sądzę też, że jeśli zwykły samolot cywilny
jest ciągle obserwowany, to samolot z prezydentem na pokładzie nie. Taka maszyna
na pewno jest obserwowana jeszcze staranniej. Jestem więc pewien, że z czasem
ukrywane dzisiaj fakty wyjdą na jaw. Sądzę bowiem, że jeżeli technika będzie
szła do przodu w takim tempie jak dotychczas, to może niedługo jakiś sprytny
młody człowiek włamie się do jakiegoś tajnego systemu i ujawni prawdę. Tylko w
taki sposób czegoś się dowiemy, bo inaczej – czyli od samych Rosjan – to na
pewno nie. Może wówczas tym wszystkim wpatrzonym w Rosję politykom i
dziennikarzom spadnie wreszcie zasłona z oczu i przejrzą.
Jednak o katastrofie samolotu z generałem Władysławem Sikorskim dopiero po
70 latach uzyskaliśmy część informacji, choć wywiad brytyjski od początku miał
wiedzę na jej temat.
– Tak, ale wtedy nie było komputerów i internetu. Dziś już to wszystko jest i
są informatycy, którzy potrafią włamywać się nawet do amerykańskiego systemu sił
zbrojnych. Sądzę, że jeżeli naprawdę dobry informatyk się uweźmie, to da radę
włamać się i do takich informacji. Nie ma takich zabezpieczeń, których nie można
by było złamać. Wystarczy spojrzeć chociażby na najnowsze sensacje, które
ujawnia portal WikiLeaks. To nic innego jak stenogramy z rozmów dyplomatycznych
na najwyższych szczeblach. Jest to takie pogrożenie palcem i powiedzenie, że
"jeśli chcemy, to możemy".
W okresie poprzedzającym katastrofę smoleńską Prezydent był obiektem
ataków i drwin ze strony takich polityków, jak: Palikot, Sikorski, Niesiołowski,
Komorowski i Tusk. Po 10 kwietnia wiele kontrowersyjnych umów, łącznie z umową
gazową, którą Lech Kaczyński drobiazgowo analizował, szybko zostało
podpisanych… Nie za dużo tych "przypadków"?
– Zgadzam się z panią w stu procentach. W polityce nie ma żadnych przypadków.
Pamiętajmy, że wraz ze śmiercią Leszka poległy nie tylko kwestie gazowe, ale
także tak bliska mojemu bratu ciotecznemu sprawa Gruzji i jeszcze wiele innych,
które narażały go na nienawiść naszych wschodnich sąsiadów. Ja do Rosjan nie mam
najmniejszego zaufania, na co "zasłużyli" sobie wieloletnią pracą. Jeśli ktoś ma
do nich zaufanie i uważa, że można z nimi rozmawiać, to gdy kiedyś – mówiąc
brutalnie – dostanie w łeb, to będzie już tylko jego wina. Wracając zaś do wątku
słownej nagonki prowadzonej przez wspomnianych polityków, muszę powiedzieć, że
to, co się obecnie wyprawia w polityce, jest wprost przerażające. Straszny jest
ten stosowany przez nich język. O ile np. ja mógłbym sobie jeszcze pozwolić na
wygłaszanie podczas rozmowy z panią pewnych uwag, to politykom już to nie
przystoi z racji chociażby tego, że słuchają ich miliony. A u nas duża część
społeczeństwa nie myśli niestety samodzielnie i nie wyciąga samodzielnie
wniosków. Myśli jedynie pod dyktando pewnej gazety. To jest bardzo smutne i
bardzo nad tym boleję.
Media na długo przed katastrofą wyspecjalizowały się w kampanii przeciwko
Prezydentowi Kaczyńskiemu.
– Tak, to prawda. Na długo przed katastrofą pod Smoleńskiem zaczęła się
kampania przeciwko moim braciom, swoista wręcz histeria, rozpętana przez znane
wszystkim środowiska dziennikarskie i polityczne. Ta histeria nadal trwa. W
mojej głowie – głowie artysty plastyka – powstał obraz kumulacji tej całej złej
energii zbierającej się wokół Leszka. I w końcu nastąpiło sprzężenie tej
energii, które doprowadziło do nieszczęścia. Ja nie mówię oczywiście w tym
momencie o jakichś technicznych sprawach, tylko o tej złej myśli, wściekłych
prądach. Ci wszyscy, którzy tę nagonkę przeciwko Leszkowi nakręcali, teraz
nakręcają ją przeciwko Jarkowi, ciągle podkreślając, że ma on "ciężki
charakter". Ale proszę mi powiedzieć, czy lepiej mieć charakter i ideały, czy
też lepiej tego charakteru w ogóle nie mieć – jak chociażby premier Tusk? Moim
zdaniem, Polsce wystarczy już swoistych "galaret" i "meduz", ludzi bez wyrazu.
Niestety, ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, dlaczego Leszek był
przedstawiany tak, jak teraz jest przedstawiany Jarek. Czyli w świetle zupełnie
innym, niż jest w rzeczywistości. Leszek był człowiekiem cudownym i naprawdę
bardzo rzadko teraz się spotyka ludzi tak jak on dobrych, mądrych i
wyrozumiałych. Myślę, że Polska jeszcze długo będzie czekała na takiego
prezydenta, jakim był Leszek. Ci, co wypisują te wszystkie bzdury na jego temat,
którzy twierdzą, że był on najgorszym prezydentem, to są chorzy z nienawiści
ludzie albo sabotażyści, którzy próbują pchnąć Polskę w rosyjskie łapy. Takie
odnoszę wrażenie. Ja tę wściekłość budowaną wobec moich braci obserwowałem z
olbrzymim zdziwieniem, gdyż czegoś takiego nigdzie wcześniej nie widziałem.
Chociażby w Austrii, gdzie spędziłem kilkanaście lat, taki seans nienawiści
nigdy nie mógłby się pojawić.
Dlaczego dzieje się tak w Polsce?
– To, co się od jakiegoś czasu wyprawia w Polsce, to jest fenomen – niestety
niechlubny. Powinniśmy się zastanowić, czy rzeczywiście wszyscy uczestnicy
dzisiejszego życia politycznego to prawdziwi politycy. Weźmy na przykład takiego
pana Palikota. Dla mnie jest to awanturnik stosujący upiorną retorykę, człowiek
bezwzględny i zainteresowany wyłącznie podsycaniem konfliktów. Prawdziwym
"mięsem" rzuca też pan Niesiołowski, który oskarża wszystkich o agresję, podczas
gdy sam jest najbardziej agresywnym graczem na polskiej scenie politycznej. To
jest wręcz niesłychane, co ci ludzie wyprawiają!
Wróćmy do 10 kwietnia. Pana zdaniem, ktoś mógł mieć interes w tym, by ten
lot zakończył się tragicznie?
– Przepraszam bardzo, ale skoro Rosjanie potrafili wymordować swoją
inteligencję, całą generalicję i nie tylko (tzw. czystki), to co o nich można
sądzić? Przecież już udowodnili, że wymordowanie niemal całego narodu nie jest
problemem. I nie chcę tworzyć tutaj jakichś spiskowych teorii, ale już w
pierwszym telefonie, jaki dostałem od znajomych z Austrii, powiedzieli mi, że
mają informacje, iż był to zamach. Niektórzy mogą powiedzieć, że niesłusznie
ciągle atakuję Rosję. Ale proszę mnie zrozumieć, że cała moja rodzina – jeszcze
z dziada pradziada, zbyt wiele przez Rosjan wycierpiała i mój żal jest
uzasadniony. Między innymi mój wuj Jan został zamordowany w Ostaszkowie. W kraju
tym zginęła także moja kuzynka, nie licząc już zaborów itp., przez które
cierpieli moi dziadkowie.
Jak zapamiętał Pan dzień katastrofy?
– 10 kwietnia całkowicie zmienił się mój świat i już nigdy nie będzie on
taki, jaki był przedtem. To była zbyt wielka tragedia.
Tego dnia wieczorem był Pan razem z Jarosławem Kaczyńskim w Smoleńsku.
– Tak. Zaraz po tym, jak dowiedziałem się o katastrofie, pojechałem do
szpitala do cioci, u której był już Jarek. Na początku też ciągle jeszcze miałem
nadzieję, że wśród osób, które – jak podawały na początku media – przeżyły,
będzie Leszek. Chwilę później okazało się jednak, że niestety wszyscy nie żyją,
i od tego momentu wszystko działo się jak w kalejdoskopie. Szybko został
zorganizowany samolot, którym wraz z Jarkiem polecieliśmy do Witebska. Wówczas
właśnie zrozumiałem, gdzie kończą się Europa i europejska cywilizacja. Kończą
się – nie jak wszyscy myślą – na Polsce, tylko na Białorusi, a dokładnie na
granicy białorusko-rosyjskiej. Chciałbym zauważyć, że pomimo panującego tam
reżimu Białorusini zachowali się wobec nas naprawdę dobrze. Byli wyrozumiali i
zorganizowani i wszystko na nasz przyjazd było przygotowane tak, jak być
powinno. Także do granicy rosyjskiej wszystko było zorganizowane bardzo dobrze.
Trasę pokonaliśmy w błyskawicznym tempie i na tym odcinku, gdy mijaliśmy jakichś
milicjantów, to pamiętam, że nam salutowali. Horror zaczął się właśnie na
granicy z Rosją.
Co się wydarzyło?
– Właśnie tam zaczęła się historia z celowym opóźnianiem naszego dotarcia do
Smoleńska, z niezrozumiałym przetrzymywaniem nas na granicy, pomimo że w naszym
autokarze byli sami dyplomaci, parlamentarzyści. To było wręcz niewyobrażalne!
Zaczęła się nasza niekończąca się podróż i po tych przeżyciach nie chcę już
nigdy jechać do Rosji. Temu opóźnianiu nie było końca. W pewnym momencie doszło
do tego, że podróżująca z nami pani z polskiego konsulatu w Moskwie zatrzymała
autobus i zapytała tych milicjantów, dlaczego tak wolno jedziemy. Jeden z nich
odpowiedział wreszcie szczerze, że "taki był prikaz". Oni wszyscy nas tyle
godzin wstrzymywali dlatego, że czekali, aż przejedzie Tusk. I później
przejechała obok nas duża kolumna, w której zauważyłem siedzącego w samochodzie
naszego premiera. Wtedy jeszcze myśleliśmy, że chciano nas dołączyć do tej
jadącej na sygnałach i w obstawie kilku samochodów i motorów kolumny.
Ale tak się nie stało.
– No, nie. Zaraz też rozwiały się nasze nadzieje na to, że wreszcie będziemy
jechać w normalnym tempie. Nic podobnego nie nastąpiło. Choć do tej pory
jechaliśmy z prędkością około 20 kilometrów na godzinę, to po wyprzedzeniu nas
przez kolumnę z Tuskiem nasze tempo jeszcze zmalało! Co więcej, Rosjanie zaczęli
robić takie idiotyczne numery, że na – nazwijmy to – rondach nasz pilot zaczął
jeździć w kółko, żeby tylko dodatkowo nas opóźnić. Udawał, że nie wie, w którym
kierunku mamy dalej jechać. Przecież to jest niewyobrażalne! Kiedy wreszcie
dojechaliśmy do lotniska, zostaliśmy zaskoczeni po raz kolejny, gdyż zamknięto
nam przed nosem bramę. Wówczas było jeszcze jasno. Trzymali nas tak długo, aż
zapadł zmierzch. Oni zdecydowanie wszystko tam ukrywali przed nami. Dlatego
kompletną bzdurą jest wygadywanie, jakoby nastąpiło ze strony Rosji jakieś
"otwarcie". Wszystko to, co teraz się wyprawia – czyli między innymi wizyta
Dmitrija Miedwiediewa w Polsce – nazywanie tego "otwarciem" i "gestami
współpracy" to jakaś paranoja. Kto takie rzeczy wymyśla? Chińczycy mieli rację,
budując mur…
Mówi Pan, że Rosjanie coś ukrywali. Mógłby Pan to sprecyzować?
– W jakim innym celu był potrzebny cały ten cyrk związany chociażby z
niszczeniem dowodów, rozpowszechnianiem nieprawdziwej godziny katastrofy itp.?
Z tego powodu wstrzymywano przez wiele godzin Państwa przyjazd?
– Moim zdaniem tak. Dlatego podkreślam, że na miejsce katastrofy powinny
przyjechać przede wszystkim polskie ekipy śledcze, a nie Tusk, który robił z
Putinem show. Odpowiadając jednak na pani pytanie, to przecież wiadomo, że
współczesne techniki są bardzo rozpowszechnione i każdy z nas miał telefon z
wbudowanym aparatem fotograficznym. Myślę, że prawdopodobnie chodziło o to,
byśmy nie sfotografowali tego miejsca, by czasem w ten sposób czegoś później nie
odkryć…
Jednak zdjęcia i tak robiono.
– No tak, ale to były zdjęcia robione w ciemności. Więc na nich i tak dużo
się już nie zobaczy. Poza tym do tego czasu można było dużo rzeczy ukryć.
Kto przyjmował na lotnisku Państwa delegację?
– Nikt. Najpierw – jak już mówiłem – zamknięto nam bramę przed nosem, a
później przez kilkadziesiąt minut trwały pertraktacje, byśmy mogli wreszcie
wjechać na teren lotniska. Ludzie z konsulatu wydzwaniali do Moskwy i w wiele
innych miejsc. Wpuścili nas dopiero wtedy, gdy już zrobiło się ciemno. Kiedy
wreszcie weszliśmy na teren lotniska, zauważyłem masę ekip telewizyjnych i
dziennikarzy, a w środku namiotu Tuska z Putinem robiących sobie zdjęcia. My ten
cały zgiełk ominęliśmy, by pójść złożyć hołd naszym bliskim w miejscu
katastrofy.
To zostało wykorzystane. Były przecież pretensje o to, że Jarosław
Kaczyński nie poszedł najpierw przywitać się z premierami.
– To już była przesada. Przecież jeśli umiera nam ktoś bliski, to nie my
powinniśmy chodzić do ludzi i prosić ich o kondolencje. Powinno być odwrotnie.
Więc to wszystko, co później pisała prasa i podawała telewizja, to było
poplątanie z pomieszaniem. Doprawdy nie wiem, jak takie pomysły mogły zrodzić
się w głowach tych dziennikarzy. Gdy później czytałem te wszystkie komentarze na
ten temat, to nie wierzyłem własnym oczom.
Nie było problemów z odnalezieniem ciała Pana Prezydenta?
– Raczej nie. Leszek jako Prezydent miał najprawdopodobniej wszyty w garnitur
chip, dzięki któremu można go było odnaleźć przez GPS. I podejrzewam, że w taki
właśnie sposób Leszka znaleziono.
Zobaczył Pan ciało Prezydenta Kaczyńskiego…
– To są bardzo ciężkie wspomnienia. Leszek leżał na ziemi, przykryty tylko
jakimś prześcieradłem lub workiem. Wszędzie wokoło było błoto i krew. Dalej nie
chcę już opisywać, jak to wyglądało, bo to był zbyt makabryczny widok…
Rosjanie nawet nie byli łaskawi postawić nad nim chociażby prowizorycznego
namiotu. Jestem pełen podziwu dla Jarka, dla jego siły charakteru, że
przetrzymał taki widok brata. Pamiętam jeszcze, że obok leżało ciało
wicemarszałka Krzysztofa Putry. Poznałem go po charakterystycznych wąsach.
Jak wyglądał sam teren katastrofy?
– To było coś przerażającego. Z tego, co zdążyłem dostrzec w świetle tych
małych reflektorów, to pamiętam mieszaninę wszystkich części samolotu, drzew i
ciał. Mieszaninę błota i krwi. To wszystko wyglądało jak teren po wybuchu.
Powyrywane małe kawałki blach, ludzkich ciał, foteli itp. Zauważyłem tam też
takie duże worki, których normalnie używamy na śmieci. I w tych workach były
najprawdopodobniej ludzkie szczątki, pozrzucane pod jakimś murem.
Skąd skojarzenie z wybuchem?
– Nie wiem, czy widziała pani kiedyś zdjęcia katastrof lotniczych z podobnych
przypadków, maszyn o podobnych gabarytach. Ja widziałem, i to wiele. I na żadnym
z tych zdjęć czy filmików żaden samolot nie był w aż takich poszarpanych
kawałeczkach. Tamte samoloty były przełamane w dwóch, trzech, czterech
częściach. A jak wyglądał nasz samolot? Na własne oczy widziałem, że był
roztrzaskany na drobniusieńkie kawałeczki. A upadł z wysokości drzew. Proszę mi
powiedzieć, jak takie delikatne drzewko, jakim jest brzoza, mogło doprowadzić do
oderwania części skrzydła tak potężnego samolotu? Podobnych pytań można w tym
miejscu stawiać jeszcze wiele.
Pana zdaniem teren ten został odpowiednio zabezpieczony?
– To nie było nic nadzwyczajnego. Wypadki, które widziałem na terenie Niemiec
i Austrii, nawet takie zwykłe, drogowe, były dużo lepiej zabezpieczone niż to
miejsce w Smoleńsku. Przynajmniej ta część, którą ja widziałem. Po tym terenie,
na którym nastąpił rozrzut samolotu, jeździły potężne samochody, co – moim
zdaniem – wyglądało jak celowe niszczenie śladów. Kręciło się tam też masę osób,
i to w sposób zupełnie nieskoordynowany. Moje pierwsze wrażenie z tego miejsca
mógłbym określić dwoma słowami: totalny chaos. Zastanawiam się, czy nie był to
czasem specjalny brak organizacji. W Rosji nie ma bowiem przypadków. Kiedy
później widziałem w telewizji relacje z tego miejsca, to wszystko cały czas
wyglądało tak samo. Sądząc więc po tym, co zobaczyłem na miejscu, od razu
podejrzewałem, że nasi archeolodzy, którzy tam w październiku byli – pomimo że
minister Ewa Kopacz zapewniała, że wszystko zostało fantastycznie zabezpieczone,
przesiane itp. – znajdą bardzo dużo rzeczy i dowodów. Czas niestety pokazał, że
moje podejrzenia były słuszne.
W zachowaniu Rosjan zauważył Pan inne niepokojące elementy?
– Co bardzo mnie tam na miejscu zastanowiło, to sytuacja, że w pewnym
momencie, gdy poszedłem do autobusu – chyba po płaszcz, nagle do stojących
nieopodal naszych ochroniarzy podbiegł ktoś w polskim mundurze i bardzo przejęty
pytał ich o samolot, którym mieliśmy odlecieć do Polski. Ochroniarze
odpowiedzieli, że jest w powietrzu, bo wówczas leciał po nas do Smoleńska. Wtedy
ten człowiek powiedział, żeby pilot natychmiast kontaktował się z ziemią i żeby
przez cały czas był na linii z tymi ochroniarzami, bo jak powiedział: "Jezus
Maria, będzie druga tragedia", i mówił jeszcze coś o tym, że "ten samolot też
chcą zestrzelić". Dokładnie tych słów może już nie pamiętam, bo to było ponad
osiem miesięcy temu, a ja też byłem wówczas w szoku. Ale taki był ich sens.
Ten wojskowy powiedział to przy Panu?
– Nie, oni mnie nie widzieli, bo ja znajdowałem się w ciemnym autobusie.
Słyszałem to jednak przez otwarte drzwi. Jak na te słowa zareagowali ci
ochroniarze? – Zapanowała wśród nich konsternacja i zaczęli się między sobą
naradzać. Dalszej wymiany zdań jednak już nie usłyszałem.
Jak wyglądał Państwa powrót do Polski?
– Lecieliśmy już ze smoleńskiego lotniska. Ten powrót też był bardzo
"ciekawy", bo Rosjanie również wtedy robili nam dużo problemów i utrudnień. Nie
tylko z samym lotem, ale i z oddaniem nam ciała Leszka, byśmy mogli je zabrać do
Polski. Najpierw była mowa, że możemy Leszka zabrać ze sobą, później – po trzech
godzinach – powiedzieli nam jednak, że nie możemy go wziąć, bo nie zgadza się na
to Putin.
Dlaczego się nie zgadzał?
– Nie wiem. Nikt nam nic nie chciał powiedzieć.
A nie było z Państwem prawnika lub innej osoby, która mogłaby doradzić w
sprawach tego typu? Mieli Państwo prawo zabrać ciało Prezydenta.
– Chyba nikogo takiego z nami nie było. Nasz wylot był spontaniczny i szybko
musiał być zorganizowany. W takiej sytuacji, proszę zrozumieć, że ani ja, ani
Jarek nie byliśmy w stanie racjonalnie pomyśleć, kto będzie tam, na miejscu, nam
potrzebny.
W Smoleńsku też nie zapewniono Państwu opieki prawnej?
– Nie. Patrząc z dzisiejszej perspektywy, to ja bym zupełnie inaczej wówczas
postąpił.
A mianowicie?
– Po pierwsze, wziąłbym ze sobą kamerę i aparat fotograficzny i kręcił
wszystko, co widziałem, wszystko to, co tam się działo. I nie wróciłbym do
Polski z resztą delegacji, tylko został na miejscu i poprosił o to samo kilku
posłów. Dziś też poprosiłbym naszą ekipę telewizyjną, która była na miejscu,
żeby mi pomogli zrobić z tego miejsca i z tych rosyjskich prac materiał.
Ale przecież polskim dziennikarzom zabierano kasety i zabroniono filmować
teren katastrofy.
– Ale w moim przypadku to byłaby inna sytuacja. Ja jestem przecież bratem
ciotecznym tragicznie zmarłego Prezydenta i mam prawo do tego typu informacji.
Ale jestem taki mądry dopiero teraz. Wtedy, 10 kwietnia, byłem w zbyt wielkim
szoku, żeby to do mnie dotarło. Wtedy robiłem to, co mi kazali. Tak właśnie
działa człowiek w szoku.
Mówił Pan też o problemach z odlotem ze Smoleńska. Czego dotyczyły?
– Były to sytuacje chociażby tego typu, że kiedy już mieliśmy startować z
lotniska w Smoleńsku, nagle samolot został zatrzymany i powiedziano nam, że
jeszcze będzie kontrola. I czekaliśmy na tę kontrolę celników i żołnierzy
przynajmniej 40 minut. Znów zrobiło się duże zamieszanie i Rosjanie zaczęli
sprawdzać samolot z dyplomacją na pokładzie, co nie zdarza się w innych krajach!
Oni sprawdzali także, co mieliśmy między siedzeniami – tak jakbyśmy coś
wywozili. Ostatecznie wróciliśmy do Polski dopiero koło godziny piątej nad
ranem. Niech więc nikt mi nie mówi o jakiejś pomocy ze strony Rosjan, bo tej
pomocy nie było. Były natomiast jakieś dziwne i niepotrzebne utrudnienia.
Dlaczego kilka godzin wcześniej lądowali Państwo w Witebsku, a nie od razu
w Smoleńsku? Przecież taka możliwość była, skoro odlot był już z Siewiernego.
– Mnie też to pytanie nurtuje. Moim zdaniem, nie wpuścili nas wcześniej do
Smoleńska, żebyśmy przypadkiem z góry nie zrobili zdjęć miejsca katastrofy. Bo
proszę pamiętać, że lecieliśmy tam za dnia. Gdyby było inaczej, to niby dlaczego
ten nasz samolot, kiedy wysadził nas w Witebsku, przyleciał na lotnisko w
Smoleńsku? A wracaliśmy już w środku nocy, kiedy było ciemno i nie było
możliwości fotografowania. Korzystając ze sposobności, chciałbym na koniec
złożyć wszystkim Czytelnikom "Naszego Dziennika" najserdeczniejsze życzenia
radosnych i spokojnych świąt Bożego Narodzenia oraz szczęśliwego nowego roku
2011. Życzę także sobie i wyborcom PO, by spadły wreszcie łuski z ich oczu i by
wreszcie przejrzeli i zaczęli dostrzegać to, co wyprawia "góra" tej partii.
Dziękuję za rozmowę.
