Rolnicy zapłacą więcej
Ponad 1,5 mln Polaków ubezpieczonych jest w Kasie Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego. Budżet państwa przekaże w tym roku na zadania realizowane przez KRUS prawie 16 mld złotych. Taka sytuacja powoduje, że kolejne rządy naciskane są przez media i liberalnych ekonomistów do przeprowadzenia gruntownej reformy rolniczych ubezpieczeń. Bez tej reformy, polegającej na ograniczeniu dotacji do KRUS, nie uda się nie tylko uzdrowić finansów publicznych, ale także wprowadzić zdrowych ekonomicznych zasad do rolnictwa. Jednak reformując KRUS, trzeba uważać, aby nie wyrządzić rolnikom i krajowi jeszcze większej szkody.
Najpierw trochę historii. W latach powojennych rolnicy, aż do początku lat 70., byli praktycznie pozbawieni ubezpieczeń emerytalno-rentowych. Można więc powiedzieć, że była to wielomilionowa grupa obywateli Polski Ludowej drugiej kategorii. W ostatnich kilkunastu latach PRL system ubezpieczeniowy funkcjonował w gospodarce scentralizowanej, gdzie nie wiadomo było do końca, ile dokładnie rolnicy płacą na swoje emerytury i jaki to ma wpływ na świadczenia. W 1990 roku Sejm przyjął ustawę powołującą KRUS i ustanawiającą system ubezpieczeń, z jakim, po niewielkich korektach, mamy obecnie do czynienia. KRUS zbiera składki na emerytury i renty oraz na ubezpieczenia wypadkowe, chorobowe i macierzyńskie oraz zajmuje się wypłatą tych świadczeń dla rolników. Zanim jednak zostanie przeprowadzona zasadnicza – z pewnością podzielona na etapy – reforma KRUS, najpierw trzeba rozprawić się z kilkoma mitami narosłymi wokół rolniczych ubezpieczeń.
Budżet daje coraz mniej
Jeśli ktoś nieznający tematu przeczyta garść artykułów z największych dzienników, posłucha audycji ekonomicznych w telewizji, to może dojść do wniosku, że nie ma dla państwa większej kuli u nogi niż właśnie KRUS. Na wyobraźnię działają przede wszystkim liczby. W KRUS ubezpieczonych jest około 1,6 mln osób (od kilku lat ta liczba utrzymuje się mniej więcej na tym samym poziomie), a państwo tylko w tym roku dofinansuje rolniczą kasę kwotą 15,8 mld zł, która z roku na rok rośnie. To prawda, ale tylko z jednego punktu widzenia. Bo jednocześnie, jeśli dokładnie przeanalizujemy wykonanie budżetu państwa w kolejnych latach, to się okaże, że procentowy udział dotacji na KRUS we wszystkich wydatkach budżetowych… maleje.
Nieprawdziwe jest więc twierdzenie, że to konieczność dotowania KRUS rozsadza budżet państwa, a wręcz odwrotnie – to dzięki wzrostowi gospodarczemu, bez żadnego wysiłku, kolejne rządy, zarówno te spod szyldu SLD, jak i PiS czy PO, wydają na rolnicze ubezpieczenia coraz mniej w stosunku do innych wydatków państwa. Nie oznacza to oczywiście, że tych wydatków nie można zracjonalizować, ale nie grozi nam z tego powodu krach budżetu. A na pewno nie stanie się tak z powodu KRUS.
Niesprawiedliwe jest także „napiętnowanie” rolników za to, że rzekomo wszyscy Polacy muszą dokładać do świadczeń, które są im wypłacane. To prawda, że bez budżetowych dotacji nie byłoby pieniędzy na renty i emerytury rolnicze, jak również na leczenie rolników i ich dzieci. Ale już np. składki, jakie rolnicy płacą z tytułu ubezpieczenia wypadkowego czy macierzyńskiego, wystarczają na wypłacanie odszkodowań i zasiłków macierzyńskich.
Tak się składa, że co roku wszyscy podatnicy dokładają także dziesiątki miliardów złotych do emerytur i rent pracowniczych. I tak po prostu musi być, inaczej nie byłoby pieniędzy na te świadczenia. Dlatego wypominanie rolnikom dotacji do KRUS jest co najmniej nie fair.
Liczy się obszar
Nacisk na przeprowadzenie reformy jest tak silny, że resort rolnictwa ogłosił projekt ustawy zmieniającej zasady płacenia składek ubezpieczeniowych przez rolników. Jej główna idea polega na tym, że wysokość składki będzie uzależniona od wielkości gospodarstwa. W projekcie ustawy zapisano, że podstawową składkę miesięczną w wysokości 10 proc. kwoty najniższej emerytury – teraz 63,63 zł – płaciliby rolnicy posiadający gospodarstwo o powierzchni do 50 hektarów. Właściciele większych gospodarstw mieliby podnoszony wymiar składek: o dodatkowe 12 proc. najniższej emerytury dla rolników posiadających od 50 do 100 hektarów ziemi (składka wynosiłaby miesięcznie teraz około 140 zł); o dodatkowe 24 proc. w przypadku gospodarstw o obszarze 100-150 hektarów (składka wynosiłaby prawie 220 zł); o 36 proc. najniższej emerytury w przypadku gospodarstw od 150 do 300 hektarów (składka rośnie wtedy do około 295 zł); o 48 proc. najniższej emerytury w przypadku gospodarstw o obszarze powyżej 300 hektarów (składka tak ustalona wynosiłaby około 370 zł miesięcznie). Bez zmian pozostałaby wysokość składek dla osób prowadzących podwójną działalność – rolniczą i pozarolniczą – w wysokości 20 proc. kwoty najniższej emerytury.
Trzeba sobie jasno powiedzieć, że dzięki tej ustawie w niewielkim stopniu wzrosną przychody KRUS z tytułu składek. Jeśli przyjrzymy się danym dotyczącym struktury naszych gospodarstw, to okaże się, że tych z pierwszej grupy – do 50 hektarów – jest najwięcej. Z około 1,6 mln ubezpieczonych tylko niespełna 20 tys. rolników zapłaci wyższą niż teraz składkę.
Z tego też powodu wielu ekonomistów i przedstawicieli środowisk biznesowych krytykuje ministerstwo za zbyt zachowawczy projekt. I trudno się nawet temu dziwić, bo rzeczywiście reforma ma raczej kosmetyczny niż fundamentalny wymiar. Dlatego rząd jest naciskany, aby głębiej sięgnąć do kieszeni rolników i zamiast kryterium obszarowego zastosować przy obliczaniu składek kryterium dochodowe gospodarstwa. Jednak resort rolnictwa tłumaczy, że jest to niemożliwe w tej chwili, bo „musiałoby to się jednak wiązać z wprowadzeniem powszechnego obowiązku prowadzenia rachunkowości rolnej”, a to można wprowadzić tylko za pomocą odrębnej ustawy, co wymagałoby czasu. W tej chwili księgi rachunkowe prowadzi niewielu rolników. Wśród nich są ci, którzy mają specjalistyczne gospodarstwa rolne, produkują sporo na rynek, płacą podatek VAT. I trzeba co najmniej kilku lat, aby wszyscy rolnicy na taki system przeszli.
PO chce szybciej
Gdy projekt firmowany przez ministra rolnictwa Marka Sawickiego ujrzał światło dzienne, został natychmiast skrytykowany przez organizacje biznesowe oraz Platformę Obywatelską. „Projekt jest zachowawczy”, „to żadna reforma, a bajdurzenie” – to niektóre z określeń, jakie padają pod adresem projektu ustawy. PO, choćby ustami przewodniczącego klubu parlamentarnego Zbigniewa Chlebowskiego, wzywa ministra do odważniejszej reformy, czyli – jak wspomnieliśmy wcześniej – do „głębszego sięgnięcia do kieszeni rolników”. Marek Sawicki odpowiada, że to w tej chwili niemożliwe, bo rolnicy wcale nie mają aż takich pieniędzy, jak myślą politycy i biznesmeni. I w tym minister ma z pewnością rację.
Dochody rodzin rolniczych, choć co roku rosną, to wciąż wynoszą tylko 80 proc. dochodów w przeciętnym polskim gospodarstwie domowym. Co więcej, aż prawie 70 proc. rolników prowadzi gospodarstwa nietowarowe o wielkości ekonomicznej poniżej 2 ESU (Europejskie Jednostki Wielkości) rocznie. A 1 ESU to 1200 euro, co oznacza, że ci rolnicy osiągają z ziemi dochody na poziomie niższym niż 7 tys. zł rocznie. Dlatego muszą imać się dodatkowych zajęć, bo życie tylko z ziemi oznacza wegetację. Dlatego podniesienie tym rolnikom wymiaru składki byłoby dla nich naprawdę ogromnym obciążeniem i z tego powodu przeprowadzenie „odważniejszej” reformy jest niemożliwe. To m.in. z powodu dużego poziomu biedy na wsi przedstawiciele organizacji rolniczych, wspierani przez część posłów, zdecydowanie opowiadają się za wypłacaniem przez budżet dodatkowych zasiłków dla dzieci z rodzin rolników. Ich nie obejmuje ustawa o ulgach podatkowych na dzieci, gdyż właściciele gospodarstw takich podatków nie płacą, a mają często mniejsze dochody od rodzin żyjących w miastach, nawet po tym, gdy te rodziny zapłacą podatki. Naciskanie więc na resort rolnictwa, aby już teraz głębiej sięgnął do kieszeni rolników i wyciągnął od nich pieniądze na wyższe składki na KRUS, jest chybionym pomysłem, choć może to być równocześnie dowód na to, że PO za wszelką cenę chce zmniejszyć, i to szybko, wydatki państwa na różne cele, przede wszystkim społeczne, widząc perspektywę krachu finansów publicznych przy braku niezbędnych reform gospodarczych.
Obliczyć dochody
Prawdziwą reformę KRUS będzie można przeprowadzić po spełnieniu dwóch warunków: gdy w systemie KRUS zostaną rzeczywiście tylko rolnicy oraz gdy powszechna będzie rachunkowość w rolnictwie. Pierwszy warunek zostanie spełniony wtedy, gdy z KRUS nie będą korzystać osoby, które tylko kupiły ziemię, ale jej nie uprawiają, bo prowadzą inną działalność gospodarczą, a status właściciela gruntu rolnego pozwala na tańsze ubezpieczenie w KRUS zamiast drogiego ZUS. Jeżeli bowiem teraz w skali miesiąca rolnik płaci mniej niż 100 zł na ubezpieczenie, to osoba ubezpieczająca się w ZUS płaci około 800 zł co miesiąc. Stąd też i pokusa zostania „rolnikiem” jest duża. Trzeba mieć też jednak świadomość, że takich ludzi nie jest wielu (na pewno nie kilkaset tysięcy, jak twierdzą niektórzy politycy) i samo uszczelnienie KRUS problemu nie załatwi, ale jest niewątpliwie potrzebne.
O wiele istotniejsze jest przygotowanie i wdrożenie systemu pozwalającego na dokładne obliczenie dochodów z danego gospodarstwa rolnego. Bo prawda jest też i taka, że to nie obszar ziemi, jaki rolnik ma do dyspozycji decyduje o jego zamożności, ale to, co uprawia. Kilka hektarów dobrej ziemi, obsadzonej warzywami, pozwala na osiągnięcie wyższych dochodów niż przy uprawie nawet 20 hektarów żyta. Dlatego wprowadzenie podziału rolników tylko ze względu na wielkość gospodarstwa nie jest doskonałe. Docelowo musi to być podział ze względu na dochody.
Najpierw, jak już wspominaliśmy, potrzebne jest wprowadzenie rachunkowości w rolnictwie, tak jak ma to miejsce w przypadku przemysłu, usług czy handlu. I oczywiście w przypadku rolników formy rachunkowości byłyby zróżnicowane, bo nieduże gospodarstwo nie musi prowadzić tak obszernych ksiąg, gdzie rejestruje się przychody i koszty, jak w przypadku rolnika posiadającego bardzo duże gospodarstwo. Eksperci rolni podkreślają jednak, że proces wprowadzania rachunkowości musi potrwać jakiś czas, głównie z powodu słabej wiedzy rolników w tej dziedzinie. Wielu nigdy nie miało do czynienia z księgami, bo nie było im to do niczego potrzebne. A zorganizowanie i przeprowadzenie kursów nie jest możliwe w szybkim terminie. Wprowadzenie rachunkowości miałoby też i ten skutek, że rolnicy mogliby zostać objęci obowiązkiem płacenia podatków dochodowych. A to już przeraża drobnych rolników osiągających niewielkie dochody dzięki pracy na roli.
Otwarta pozostaje kwestia, jak duża byłaby składka płacona przez najzamożniejszych rolników. Zakładając, że przez wiele lat większość rolników płaciłaby nadal zryczałtowaną składkę na najniższym ustawowym poziomie, to ci z „zamożniejszej grupy” mogliby płacić składki np. w takiej samej wysokości jak w przypadku ubezpieczenia w ZUS – czyli obecnie około 800 zł miesięcznie. Na pewno nie więcej i nie dlatego, że tych rolników nie byłoby na to stać, ale z uwagi na inną zasadę. Składki ubezpieczeniowe w ZUS płaci samodzielnie kilka milionów osób prowadzących działalność gospodarczą i bez względu na osiągane dochody wszyscy płacą zryczałtowane składki ubezpieczeniowe w tej samej wysokości. Kilka lat temu SLD próbował zróżnicować składki na ZUS ze względu na dochody przedsiębiorców, ale nic z tego nie wyszło. Lobby biznesowe okazało się silniejsze niż teraz rolnicze. Ale wracając do ubezpieczeń rolniczych: jeśli właściciel dużego przedsiębiorstwa, które daje wielomilionowe dochody, płaci niską – jak dla niego – składkę, nie ma powodu, aby akurat zamożni rolnicy płacili więcej. Poza tym nierozstrzygnięta jest kwestia, jak podwyższenie składek wpłynie na wysokość przyszłych emerytur rolniczych. A jej podniesienie wydaje się logiczne.
Trzeba jednak mieć świadomość, że jakikolwiek system reformy KRUS wybierzemy, to nie ma szans na to, aby rolnicy sami sfinansowali swoje emerytury. Bo jeśli ubezpieczonych jest 1,6 mln osób, a dotacja budżetowa do KRUS to prawie 16 mld złotych, to każdy ubezpieczony musiałby co roku dodatkowo zapłacić średnio 10 tys. zł, aby system się sam zbilansował. A takich pieniędzy rolnicy nie mają, nawet gdyby wydali na ten cel wszystkie dopłaty bezpośrednie, jakie dostają (około 9 mld złotych). Dlatego budżet będzie musiał dotować KRUS, tak samo zresztą jak musi to robić w stosunku do ZUS. W obu przypadkach będzie spadać liczba płacących składki (niż demograficzny), a będzie przybywać emerytów. Co jednak ciekawe, jest szansa na to, że dotacje budżetowe do KRUS będą malały, zaś na ZUS będziemy musieli wydawać coraz więcej.
Krzysztof Losz
