Rodzinne świętowania
Gdy patrzę wstecz na nasze małżeńskie i rodzinne świętowania, staje mi przed
oczami scena powrotu Świętej Rodziny z Jerozolimy, ze Święta Paschy: ich
niepokój o Jezusa, ich poszukiwanie, niezrozumienie sytuacji, kiedy Go wreszcie
odnaleźli. Pocieszające jest dla nas to, że oni też nie wszystko mogli
zaplanować, nie wszystko wiedzieli, a może nawet bardzo mało, że po ludzku nie
mogli wszystkiego przewidzieć – Syn inaczej niż oni widział to wydarzenie. Jeśli
oni – Święta Rodzina… to cóż my. Pomaga mi ta scena w akceptacji mojej
kondycji żony i mamy – akceptacji faktu, że nie wszystko muszę wiedzieć, nie
wszystko rozumieć, nie wszystko najlepiej zrobić czy zaplanować, że mogę się
pomylić i mogę pomimo to z ufnością iść dalej.
Ile już przeżyliśmy niedziel i świąt? I choć się powtarzały, były
niepowtarzalne, bo każde jakoś inne. Nie wszystkie, patrząc na nasze
oczekiwania, udane, niektóre kończące się wewnętrznym poszukiwaniem siebie
nawzajem.
Nauczmy się świętować
Młodzi małżonkowie mają dużo czasu dla siebie, często rozmawiają, na bieżąco
wymieniają uwagi na tematy dla nich ważne, mają różne spontaniczne pomysły. To
jest dobry okres, żeby nauczyć się wspólnie modlić – stawać razem przed Bogiem,
a nie "odmawiać" modlitwy. To jest pora, by nauczyć się rozmawiać z szacunkiem
do drugiej osoby o sprawach dla nas ważnych. Ważny czas budowania fundamentów
jedności małżeńskiej. Jest to możliwe w dni wolne od pracy, w niedziele. Wydaje
się rzeczą oczywistą, że młodzi małżonkowie mają dla siebie czas i umieją
rozmawiać ze sobą. Przekonuję się, że nie zawsze tak jest. Spotykam młode pary –
z rocznym, dwuletnim stażem, niemogące się porozumieć co do podstawowych spraw,
decyzji związanych z codziennym funkcjonowaniem. Oni twierdzą, że nie mają
czasu. Ja twierdzę, że nie zdają sobie sprawy, jak taki czas jest ważny, i
pozwalają przepływać chwilom na niepotrzebnej aktywności. Tymczasem każda chwila
niesie ukrytą w sobie łaskę. Mówię im, że po prostu muszą umówić się na
małżeńskie randki, na odświętność i docenić wagę słowa wzajemnie do siebie
wypowiedzianego. W małżeństwie Bóg Słowo mówi również przez małżonka, mówi coś
szczególnego, więc muszę Go naprawdę posłuchać (nie to, co chcę usłyszeć, czy co
mi się wydaje, że mówi). Okazuje się, że dla wielu jest to trudne. Jest czas,
żeby nauczyć się słuchać tak, żeby zrozumieć, i czas, by nauczyć się
wypracowywać wspólne – nasze decyzje. Jest to praktyczna realizacja wierności
małżeńskiej – bycia ze sobą. Ile wtedy można uniknąć nieporozumień, mijania się
pomimo dobrej woli obu stron. Nie omówimy wszystkiego na zapas. Jest istotne
nasze małżeńskie "teraz", w którym mieszka Bóg. Wsłuchanie się w bijące serce
młodej rodziny podpowiada, że takie spotkania-rozmowy są niezwykłe… są
świętowaniem.
Jedność buduje się na co dzień
Przychodzą na świat dzieci, kochane, oczekiwane. Nowe obowiązki, coraz mniej
wolnego czasu, wreszcie rozpędzeni zaczynamy żyć tylko dla nich. Wydaje się, że
już jesteśmy jednością, że ona już raz na zawsze została zbudowana. Teraz trzeba
wychowywać dzieci. Modlimy się z nimi, święta przygotowujemy pod ich kątem.
Wszystko, co uważamy za najlepsze, najwartościowsze – dla nich. Zrozumiałam, że
nawet modlitwa wciąż dopasowywana do dzieci jest nadopiekuńczością w stosunku do
nich – one to mogą w końcu odrzucić.
Skromniej, ale bliżej siebie
Inną kwestią jest, co ustalimy, że w dniu świątecznym będziemy robić. Jeśli
wcześniej, wspólnie – najpierw sami małżonkowie, potem już razem ze starszymi
dziećmi – nie pomyślimy, jak chcemy spędzić niedzielę, to już w niedzielny
poranek mogą zderzyć się nasze różne niewypowiedziane oczekiwania i wkradnie się
niepokój, żal, pretensje – to, co niszczy bliskość. Inaczej jest, jeśli mamy
wspólny plan i powierzymy go Aniołowi naszej rodziny, by pomógł go zrealizować.
Ważne Słowo
W naszej parafii zakończyły się misje. Cały proces trwał dwa lata, ale ostatnie
wydarzenie było wymowne: kapłan poświęcił przyniesione przez każdego z parafian
Pismo Święte. Potem zostało ono wniesione do naszych domów. Musimy uwierzyć w
to, że Słowo ma moc przemiany naszych serc i serc naszych dzieci. Uwierzyć, że
rodzice są kapłanami tego Słowa w domu. Ono pragnie mieszkać w naszych sercach,
a nie wśród książek. Dawno temu usłyszałam na początku konferencji dotyczącej
rodziny słowa pana Jana Kłysa, które spowodowały ogólną konsternację wśród
zebranych: "Jestem biskupem". Po dłuższej chwili dodał: "Jestem biskupem
kościoła domowego". Miał rację. Takie jest właśnie zadanie rodziców. Duch Święty
podpowie im, jak celebrować to Słowo w rodzinie. Charyzmat rodziców
niedostatecznie wykorzystany. Jezusa – żywe Słowo mogą przybliżyć dzieciom tylko
tacy rodzice, którzy to Słowo sami rozważają. We wszystkich dziedzinach tak
jest, że tylko ci, którzy mają własną praktykę, doświadczenie, mogą innym coś
przekazać. Małym dzieciom dobrze jest opowiadać Ewangelię własnymi słowami, tak
by zrozumiały sens poszczególnych fragmentów. Rodzic, znając swoje dziecko,
najlepiej wie, jak je wytłumaczyć, i może pokazać, jak Słowo Boże odnosi się do
wydarzeń naszego dnia. Oczywiście najłatwiej będzie wspólnie czytać Pismo Święte
w sobotę – jako przygotowanie do Eucharystii, i w niedzielę. Jeśli mamy czas dla
naszych dzieci, to w zwykłym, codziennym życiu mamy wiele sytuacji, które pomogą
im zrozumieć słowa czytane podczas niedzielnej Mszy Świętej.
Elżbieta Marek
