Rewia listków figowych?
Gdzie mądry człowiek ukryje liść? – pytał ksiądz Brown w opowiadaniu Chestertona „Złamana szabla” i odpowiadał: – W lesie. A jeśli nie ma lasu? To mądry człowiek zasadzi las, żeby ukryć w nim liść. Oczywiście chodzi o człowieka nie tylko mądrego, ale przede wszystkim przebiegłego, a tacy właśnie: zachłanni i przebiegli, są przedstawiciele biurokratycznego internacjonału, który narodom Europy próbuje narzucić swoją władzę poprzez pełzające forsowanie biurokratycznego imperium.
Dopóki chodziło o zapewnienie współpracy ekonomicznej w ramach kontynentu polegającej na usuwaniu barier, za pomocą których narodowe biurokracje tworzyły sobie swoje „folwarki zwierzęce” – dopóty nie budziło to zastrzeżeń. Pojawiły się one w momencie, gdy pod pretekstem „dalszego doskonalenia” zaczęto konstruować polityczną nadbudowę, która w rezultacie doprowadza do poddania życia gospodarczego, politycznego, społecznego i kulturalnego Europy, to znaczy narodów europejskich – kurateli biurokratycznego internacjonału. Ten internacjonał z natury swojej jest socjalistyczny, bo swoją władzę nad narodami może realizować tylko przy narzuceniu im rozwiązań socjalistycznych na poziomie ponadnarodowym, gdzie uwalnia się już spod jakiejkolwiek kontroli. Przełomowy krok w tym kierunku stanowił traktat z Maastricht z 7 lutego 1992 roku.
Wypłukiwanie suwerenności
Traktat z Maastricht zapoczątkował proces wypłukiwania suwerenności państwowej z krajów-sygnatariuszy, powierzając znaczny zakres kompetencji organom i instytucjom ponadpaństwowym, nad którymi żadne państwo z osobna nie mogło rozciągnąć kontroli i które przed żadnym państwem nie ponosiły odpowiedzialności. Ten proces został pogłębiony w traktacie amsterdamskim, a następnie – w traktacie z Nicei z 26 lutego 2001 roku. Traktat z Nicei jeszcze dalej odchodził od zasady jednomyślności, poszerzając zakres głosowania większościowego na dalsze 28 dziedzin. Poszczególnym krajom przyznane zostały następujące liczby głosów: Niemcy – 29, Wlk. Brytania – 29, Francja – 29, Włochy – 29, Hiszpania – 27, Polska – 27, Holandia – 13, Grecja – 12, Czechy – 12, Belgia – 12, Węgry – 12, Portugalia – 12, Szwecja – 10, Austria – 10, Słowacja – 7, Dania – 7, Finlandia – 7. Litwa – 7, Irlandia – 7, Łotwa – 4, Słowenia – 4, Estonia – 4, Cypr – 4, Luksemburg – 4 i Malta – 3. Cztery największe państwa mają 116 głosów, czyli ponad połowę tych, którymi dysponują wszystkie pozostałe państwa (205). Gdyby obowiązywała zwykła większość, to „wielka czwórka” mogłaby spokojnie przegłosowywać całą resztę, która, nawet działając wspólnie i w porozumieniu, nie mogłaby jej nigdy niczego narzucić. Oczywiście na coś takiego żadne państwo by się nie zgodziło, więc w traktacie z Nicei ustanowiono większość kwalifikowaną, czyli 232 głosy na 321, oddane przez co najmniej 13 spośród 25 państw, które jednocześnie reprezentują co najmniej 62 proc. ludności Unii. Wymagało to od „wielkiej czwórki” kaptowania państw mniejszych. Dlatego też pan poseł Jan Maria Rokita dramatycznie wołał z sejmowej trybuny, że „Nicea albo śmierć”. Jakież zresztą inne kabotyńskie okrzyki miałby wznosić, skoro wcześniej popierał przystąpienie Polski do Unii? Okazuje się, że teraz wypada umierać już tylko za to, by nie zostać wyrolowanym podczas „współdecydowania o naszych sprawach” – jak określił nową pozycję naszego państwa pan dr Andrzej Olechowski podczas sławnego „Forum Dialogu w Sali Kongresowej Pałacu Kultury i Nauki im. Józefa Stalina. Ano, „tu l”as voulu Georges Dandin”.
Krok dalej, czyli „podwójna większość”
W traktacie konstytucyjnym te zasady zostały zmienione. Każdemu państwu przyznano jeden głos, bez względu na liczbę ludności, zaś większość kwalifikowana, która miałaby wejść w życie od 1 listopada 2009 roku, obejmuje co najmniej 15 państw członkowskich, które jednocześnie reprezentują co najmniej 65 proc. mieszkańców Unii. „Wielka czwórka” reprezentuje ponad połowę ogólnej liczby ludności UE, która wynosi 495 mln. Niemcy liczą 82 005 000 ludności, Francja – 63 587 700, Wlk. Brytania – 61 044 684, Włochy – 59 545 000. Pozostałe kraje: Dania – 5 447 000, Szwecja – 9 110 000, Finlandia – 5 223 442, Estonia – 1 316 000, Łotwa – 2 280 000, Litwa – 3 378 600, Polska – 38 122 000, Czechy – 10 287 000, Słowacja – 5 439 448, Węgry – 9 955 000, Rumunia – 21 155 000, Bułgaria – 7 320 000, Grecja – 10 668 354, Słowenia – 2 011 070, Austria – 8 192 880, Holandia – 16 366 600, Belgia – 10 511 382, Hiszpania – 45 003 663, Portugalia – 10 600 000, Cypr 780 133, Malta 398 534, Irlandia – 4 234 925 i Luksemburg – 474 413. Jak widzimy, „wielka czwórka” liczy łącznie 266 182 384 obywateli, co stanowi 53,7 proc. całej ludności Unii. Do przeforsowania decyzji w Radzie musi zatem skaptować 11 mniejszych państw, ale za to samodzielnie, już bez potrzeby kaptowania kogokolwiek, może zablokować każdą decyzję, jako tzw. mniejszość blokująca, którą mogą tworzyć co najmniej cztery państwa reprezentujące co najmniej 35 proc. ludności Unii. „Słowicze dźwięki w mężczyzny głosie, a w sercu lisie zamiary” – przestrzegał Adam Mickiewicz. Okazuje się, że w Unii Europejskiej, niczym w orwellowskim „Folwarku zwierzęcym” wprawdzie wszystkie zwierzęta są sobie równe (każde ma jeden głos), ale niektóre są równiejsze od innych, bo jako „wielka czwórka” mają de facto prawo weta, podczas gdy innym byłoby znacznie trudniej. Jak mówią Rosjanie, „łarczik prosto otkrywajetsia” i w miarę przybliżania się terminu, jaki został nakreślony w rozkazie zwanym Deklaracją Berlińską, coraz trudniej zachować pozory.
System pierwiastkowy jako listek figowy
Zgłoszony przez premiera Jarosława Kaczyńskiego tak zwany system pierwiastkowy polega na zmianie siły głosów poszczególnych państw, która określana byłaby przez pierwiastek kwadratowy z liczby obywateli. Pierwiastek kwadratowy z liczby ludności Niemiec wynosi 9055 głosów, zatem Niemcom przysługiwałoby 9 głosów, Francji, Wlk. Brytanii i Włochom – po 7, podczas gdy Polsce – 6 – i tak dalej. Kwalifikowana większość, wystarczająca do podjęcia decyzji w Radzie UE, według polskiej propozycji wymagałaby co najmniej 14 państw dysponujących co najmniej 62 proc. głosów. W tej sytuacji „wielka czwórka” nie dysponowałaby nawet połową głosów, a więc siła jej przebicia byłaby znacznie mniejsza niż przy systemie podwójnej większości, zatem dla przeforsowania swego stanowiska musiałaby zawierać obszerniejsze koalicje, no i nie mogąc skutecznie blokować decyzji podjętych bez jej udziału, utraciłaby prawo weta, posiadane de facto przy systemie podwójnej większości. Warto jednak pamiętać, że system pierwiastkowy nie oznacza wcale, że Polska nie mogłaby zostać przegłosowana, bo ta możliwość jest z natury rzeczy wpisana do konstytucji Unii Europejskiej. Powtarzając slogan posła Jana Rokity, że gotowi jesteśmy umierać za system pierwiastkowy, pan premier Jarosław Kaczyński być może liczy na to, że w hałasie spowodowanym dyskusją, czy mamy sprzedać naszą suwerenność państwową taniej czy drożej, nikt już nie zapyta, czy i w jakim celu mamy rezygnować z naszej suwerenności państwowej W OGÓLE. O ile bowiem dla zachowania suwerenności państwowej warto wiele poświęcić, a może nawet umierać, o tyle za system pierwiastkowy, podobnie jak wcześniej – za „Niceę” – już niekoniecznie. No ale co ma mówić, skoro PiS na tę równię pochyłą weszło przed referendum akcesyjnym w roku 2003?
Nie oznacza to oczywiście poparcia dla stanowiska Aleksandra Kwaśniewskiego, któremu najwyraźniej nie przychodzi do głowy, że można coś przedsięwziąć bez rozkazu Mosk…, to znaczy – oczywiście rozkazu Brukseli. „Wilk zmienia skórę, lecz nie obyczaje” – powiedział pewien Rzymianin do cesarza Wespazjana, a te słowa znakomicie pasują do Aleksandra Kwaśniewskiego, który, jak nie w jednym, to w drugim przepoczwarzeniu („bo to jest wielka prawda stara; z poczwarki, zamiast motyla, nędzna wykluje się poczwara”), zawsze reprezentuje „partię zagranicy”, tylko „zagranica”, tzn. Związek Sowiecki zmienia swe położenie. Teraz akurat jest w Brukseli.
