Reprezentantka utopijnej jedności
Zarabiająca 388 tysięcy funtów rocznie ekscentryczna komisarz Catherine
Ashton przedwczoraj wróciła z podróży do Chin, którą można śmiało określić jako
wyjazd turystyczny. Z kolei w ważnej kwestii rozpoczynających się negocjacji
izraelsko-palestyńskich w imieniu całej Wspólnoty zrezygnowała z zabrania głosu,
co spotkało się z powszechną krytyką, także w watykańskim "L’Osservatore
Romano".
Wysoki przedstawiciel Unii Europejskiej do spraw Wspólnej Polityki Zagranicznej
i Bezpieczeństwa – zanim zajmiemy się postacią Catherine Ashton, spróbujmy
przeanalizować tę długą nazwę jej obecnej funkcji. Czyż nie łatwiej byłoby
nazywać ją po prostu "minister spraw zagranicznych"? Albo "komisarz spraw
zagranicznych"? Niewykluczone, że i to kiedyś zostanie nam zaproponowane. Na
razie jednak nie mówi się wprost społeczeństwom dwudziestu siedmiu krajów Unii,
żeby Wspólnotę traktowały jak swoje państwo. Dlatego przejmowanie atrybutów
suwerenności przez brukselską centralę rozpoczęło się od elementów
symbolicznych: flaga, hymn, stolica.
Potencjalne eurounijne państwo ma już parlament, na razie słaby, ale to może
zawsze się zmienić. Ma też coraz więcej kompetencji we wszelkich dziedzinach, co
obserwujemy za każdym razem, gdy jakiś komisarz albo europejski trybunał
rozstrzygają ponad naszymi głowami w sprawach gazociągów, deficytu budżetowego
albo obwodnicy Augustowa. Nie zapominajmy o działającym już europejskim nakazie
aresztowania, mechanizmie, którego możliwości mogą być groźniejsze, niż
ktokolwiek obecnie przypuszcza. Coraz śmielej mówi się o ujednoliceniu podatków
europejskich, wspólnych siłach zbrojnych, itd. Szczególnie niebezpieczna wydaje
się ta ostatnia propozycja, bo jak dotąd dyscyplinę wewnątrz Unii zapewnia
wyłącznie lojalność jej członków wobec podpisanych umów. Po powołaniu
"europejskiej" armii w grę będzie wchodzić argument siły. W tym kontekście nie
zapominajmy też o słowie "bezpieczeństwo" w tytule funkcji Ashton.
Odrębność przeciw jedności
Nie udało się uniokratom przeforsować dla Europy konstytucji, mamy jednak
traktat lizboński, który posiada wszelkie jej cechy. To właśnie ten
kontrowersyjny dokument, obowiązujący od grudnia ubiegłego roku, przewiduje
powołanie nowego w Komisji Europejskiej specjalnego komisarza do spraw
zagranicznych, nadając mu jednocześnie status wiceprzewodniczącego całej
Komisji. Wysoki przedstawiciel ma zatem prowadzić wspólną politykę całej Unii
wobec reszty świata. Jest to więc kolejny fundamentalny komponent suwerenności
każdego państwa członkowskiego, który został zdublowany przez analogiczny
mechanizm wspólnotowy. Na razie poszczególne kraje posiadają swoje własne
dyplomacje i prowadzą politykę zagraniczną stosownie do własnych interesów i
programów politycznych rządzących ugrupowań. Ale taka indywidualna aktywność nie
może przecież "wyłamywać się" z założeń polityki "wspólnej".
A kto definiuje tę wspólną politykę zagraniczną Unii? Jest to jak na razie
trochę nieokreślone. Wysoki przedstawiciel musi się oczywiście kierować
postanowieniami Rady Europejskiej złożonej z przedstawicieli rządów krajów
członkowskich, ale wiele zależy też od niego samego, od koordynacji działań w
samej Komisji Europejskiej i oczywiście od układu sił w Radzie.
Kim jest zatem kobieta, która będzie trzymała w ręku nici europejskich stosunków
zewnętrznych? Skojarzenie, które może się tu i ówdzie zrodzić, z długoletnią
brytyjską premier Margaret Thatcher jest zupełnie chybione. Ta ostatnia jest
wybitną osobowością, mającą wielkie zasługi w obaleniu komunizmu, prawdziwą
ideową konserwatystką, ucieleśnieniem brytyjskiej koncepcji stosunków
międzynarodowych. Catherine Ashton to właściwie przeciwieństwo tych cech.
– Wielką Brytanię zawsze charakteryzowała, jak to sami określają, "splendid
isolation" (wspaniałe odosobnienie), czyli poczucie własnej odrębności –
tłumaczy Robert Kuraszkiewicz, historyk i znawca problematyki geopolitycznej,
autor książki "Polityka nowoczesnego patriotyzmu". Przez długi czas Brytyjczycy
dysponowali własnym imperium kolonialnym, co dawało im przestrzeń i możliwość
samorealizacji. – W okresie powojennym nałożyły się dwa procesy: rozkład
imperium i refleksja nad procesami integracyjnymi w Europie. Powstająca wówczas
Wspólnota Węgla i Stali odniosła – w ocenie Londynu – sukces polegający przede
wszystkim na korzyściach ekonomicznych płynących z wolnego handlu – tłumaczy
nasz rozmówca.
Jedność w służbie odrębności
Stąd obecność Wielkiej Brytanii we Wspólnocie, do której dołączyła późno, bo
dopiero w 1973 roku, i zawsze pozostawała na uboczu. – Przyjmowała raczej
postawę oczekiwania i obserwowania i w bardzo wielu wypadkach zastrzegała własną
odrębność, tak jak w przypadku Karty Praw Podstawowych dołączonej do traktatu
lizbońskiego – wyjaśnia Kuraszkiewicz. Rząd Zjednoczonego Królestwa pod
kierownictwem Thatcher był twardym partnerem dla Brukseli. – W myśl zasady "tyle
praw, ile obowiązków" domagał się zmniejszenia brytyjskiej składki. Był to czas,
gdy Wielka Brytania była płatnikiem netto do budżetu Unii, zaś głównym
beneficjentem było francuskie rolnictwo. Zwana "żelazną damą" brytyjska premier
wymusiła to ustępstwo, grożąc obstrukcją wszelkich inicjatyw we Wspólnocie –
mówi ekspert.
Kolejne lata, szczególnie po 1997 roku, kiedy do władzy doszedł laburzystowski
rząd Tony’ego Blaira, a następnie Gordona Browna, zaznaczyły się ewolucją
tradycyjnego brytyjskiego izolacjonizmu i coraz silniejszymi wpływami
marginalnych dotąd grup euroentuzjastów. Z takiego to nurtu życia politycznego
nad Tamizą wywodzi się Catherine Ashton. Nie zapominajmy, że chociaż Wielką
Brytanię postrzegamy jako ojczyznę nowoczesnego kapitalizmu, kraj mocno
ugruntowanych tradycji i pewnej zachowawczości, to niemało jest w niej ugrupowań
o zabarwieniu wprost marksistowskim bądź nawet trockistowskim.
Urodzona w 1956 roku polityk brytyjskiej Partii Pracy pochodzi ze środowiska
robotniczego i jest pierwszą w swojej rodzinie absolwentką wyższych studiów.
Jeszcze jako dwudziestolatka zaangażowała się w organizację Kampania na rzecz
Rozbrojenia Nuklearnego, przybudówkę Brytyjskiej Partii Komunistycznej. Tego
rodzaju ruchy o nośnych społecznie hasłach stanowiły przyczółki wpływów wprost
sowieckich w krajach Zachodu. Mówiąc o pokoju, rozbrojeniu, prawach ludzi pracy
albo wyzwoleniu z kolonializmu – w istocie przemycano treści zaprojektowane na
Kremlu. Na całym świecie istniało szereg podobnych organizacji, najczęściej
niejawnie finansowanych i kierowanych z Moskwy, często stanowiących też bazę dla
sowieckiej agentury.
Integracja, ale z ZSRS
Młoda Ashton dobrze odnalazła się w środowisku brytyjskiej skrajnej lewicy, bo
już w 1982 roku została wiceszefową i skarbnikiem ruchu. W ramach swojej
skrajnie lewicowej formacji politycznej uczestniczyła w zjazdach organizacji
komunistycznych w swojej ojczyźnie, a także we Francji i Holandii. W tym okresie
występowała z krytyką nie tylko własnego rządu (Thatcher), ale też integracji
europejskiej.
Gdy jednak młoda, zdolna lewicowa działaczka pięła się po kolejnych szczeblach
kariery w różnych organizacjach społecznych i administracji rządowej, zmieniało
się też oblicze europejskich wspólnot. Proste zasady Schumana i Adenauera,
których celem było przyspieszenie wzrostu gospodarczego w powojennej Europie
dzięki zniesieniu barier dla handlu między krajami członkowskimi, ustąpiły
modelowi totalnej regulacji i standaryzacji wszystkiego.
Ten proces trwa i obecna jego odsłona, której ramy określa traktat lizboński,
osiągnęła poziom, na którym integrowana ma być nawet polityka zagraniczna państw
członkowskich. Konrad Szymański, poseł do Parlamentu Europejskiego (Europejscy
Konserwatyści i Reformatorzy), uważa ten pomysł za utopijny. – To niemożliwe.
Unię tworzą kraje, które mają utrwalone modele prowadzenia spraw
międzynarodowych od setek lat, utrwalone pojęcia geopolityczne i interesy. W
związku z tym znalezienie wspólnego mianownika jest trudne, chyba że na poziomie
deklaracji – mówi.
Czy temu niemożliwemu zadaniu podoła Ashton? Jej nominacja odczytywana jest
zupełnie inaczej. – Po pierwsze, celem jest pewnego rodzaju "wciągnięcie"
Wielkiej Brytanii do głównego nurtu procesów integracyjnych, a po drugie – co
jest znacznie ważniejsze – zagwarantowanie przywódcom głównych państw
członkowskich, że nominatka nie będzie wkraczała w ich własne pola interesów –
uważa Szymański.
Stanowisko dla euroentuzjastki
Rzeczywiście Catherine Ashton nie posiada autorytetu, charyzmy ani szczególnych
kompetencji. Po jej nominacji, a przed zatwierdzeniem przez Parlament
Europejski, wytykano jej szereg wpadek i niezręczności. Nie potrafiła w żaden
sposób wypowiedzieć się w sprawie takich zagadnień jak stosunki Unii z Ukrainą,
najprawdopodobniej nie słyszała wcześniej zbyt wiele o Gazociągu Północnym.
Brytyjska prasa nie przebierała w słowach. Przypominano, że nigdy nie pełniła
żadnej funkcji z wyboru, nie zajmowała się też nigdy zagadnieniami
międzynarodowymi. Nie miała również szczególnych osiągnięć jako komisarz do
spraw handlu.
Co więc skłoniło rząd Wielkiej Brytanii do wysunięcia jej kandydatury? "Sukces",
jakim było przyjęcie traktatu lizbońskiego w kierowanej przez nią wówczas Izbie
Lordów. Wcześniej pełniła liczne funkcje w brytyjskich ministerstwach, w tym
edukacji i sprawiedliwości, angażowała się w popieranie postulatów aktywistów
homoseksualnych, co uczyniło ją znaną i w określonych kręgach popularną. Tak
doszła do tytułu lordowskiego i szeregu innych brytyjskich wyróżnień.
Taka ścieżka kariery jest, niestety, charakterystyczna dla ludzi ze świecznika
UE. Odpowiada to z pewnością europejskim elitom, jest zgodne z interesem
głównych państw dwudziestki siódemki: Niemiec i Francji, sprzyja budowie
podwalin europejskiego państwa. Jest jednak wielką porażką dla tych, którzy
liczyli na wykorzystanie prawdziwych możliwości, jakie daje integracja, i nie
przynosi nic dobrego społeczeństwom Europy.
Piotr Falkowski
