Reforma przez likwidację – czy tędy droga?
Reformowanie finansów publicznych to od wielu lat bardzo nośny temat, niemalże idée fixe elit politycznych i opium dla mediów. Ostatnie propozycje minister Zyty Gilowskiej wychodzą im naprzeciw i wydają się najdalej idącą próbą zreformowania całej struktury organizacyjnej finansów publicznych.
Oto dowiadujemy się, że zniesionych zostanie wiele związanych z budżetem, ale względnie od niego niezależnych instytucji. Jak coś zlikwidujemy, to każdy laik przyjmie to za dobrą monetę, bo wyda mu się, że będzie to mniej kosztować. Jak powiada wicepremier Gilowska, zlikwiduje się „takie państewka w państwie”. Obiecuje, że budżet zaoszczędzi 10 miliardów złotych w 2 lata, a to według niej ocena skromna, bo może być i więcej. Jeśli wszak twierdzi, że „w perspektywie dwóch lat oszczędności sięgną 1 proc. PKB”, to jednak zapala się nam czerwona lampka, że coś tu chyba nie gra, bo skoro roczny PKB to około 1 biliona 100 miliardów złotych, to przecież 10 miliardów w dwa lata jest bliżej pół procenta dwurocznego PKB – bo chyba tak jest logicznie… no ale to drobiazg, taka mała „manipulacyjka”: gdyby wziąć za dobrą monetę te oszczędności i nie 2, lecz 20 lat, to można by powiedzieć, że oszczędzimy 10 proc. PKB, a co sobie żałować.
Cięcia… przychodów?
Co prawda, jak się ocenia, w wyniku tych zmian pracę straci 100 tys. osób, ale jak powiada z wdziękiem pani minister, „oni są zatrudnieni w jednostkach archaicznych, które się wywodzą z głębokiego socjalizmu”. Projekt reformy zakłada więc likwidację wszystkich zakładów budżetowych oraz wszystkich gospodarstw pomocniczych. „Likwidowane zakłady budżetowe i gospodarstwa pomocnicze są archaiczne i nie przystają do gospodarki rynkowej” – podkreśla twardo pani wicepremier.
Ale kosa tnie szerzej: znikną też fundusze celowe samorządów terytorialnych, ich środki mają wzmocnić budżety samorządów, bo – jak powiada wspierający te posunięcia pan premier Jarosław Kaczyński – finanse potrzebują konsolidacji, tak aby grosz publiczny był lepiej pilnowany.
Potrzeba konsolidacji to dobry argument, finanse publiczne byłyby wtedy lepiej kontrolowane, a to wydaje się uzasadnione, bo jeśli prawdą jest, że instytucje te są pod przemożnym wpływem politycznych koterii, różnych bliższych i dalszych znajomych różnych królików, przez co stały się synekurami, w których mniej chodziło o realizację dobra publicznego, a o to, by zaczerpnąć z tych smakowitych konfitur finansowych, często nie tylko w interesie osób „zasłużonych” dla politycznych układów, ale i po to, by drogą okrężną zasilać groszem publicznym partie polityczne, to rzeczywiście kiedyś trzeba było to przeciąć.
Jednakże ogłoszona totalna likwidacja gospodarstw pomocniczych i zakładów budżetowych budzi poważne wątpliwości, bo można odnieść wrażenie, że autorzy tych zmian nie bardzo wiedzą, czym są te likwidowane struktury organizacyjne. Wiceminister Suchocka-Roguska przyznaje, że gospodarstwa pomocnicze to specjalne części jednostek budżetowych wyodrębnione po to, aby wykonywać określone zadania. Bardzo często w formie gospodarstw pomocniczych działają jednostki obsługujące urzędy: ministerstwa, urzędy wojewódzkie, ale są to także ośrodki wczasowe czy nawet przejścia graniczne. Gospodarstwami pomocniczymi są na przykład bufety lub stołówki dla pracowników zatrudnionych w tych jednostkach budżetowych czy warsztaty szkolne działające przy szkołach zawodowych, zatem raczej trudno przypuszczać, by były to jakieś synekury dla polityków. Ich finanse są wyodrębnione od finansów macierzystych jednostek budżetowych, są zatem względnie samodzielne.
Działalność gospodarstw pomocniczych powinna być ekonomiczna i może nawet przynosić zyski. A co ważne, jeśli gospodarstwo pomocnicze osiąga zysk, to jego połowa była przeznaczona na własne potrzeby instytucji, a druga połowa wpłacana do budżetu. W budżecie na 2006 r. przychody gospodarstw pomocniczych to co prawda prawie 1,5 miliarda złotych, ale w tym dotacje z budżetu to tylko 2,4 miliona złotych – i to głównie na ochronę środowiska, trochę na resort sprawiedliwości i śladowe ilości (tylko 20 tysięcy złotych) na rolnictwo. Gdzie zatem mają być te oszczędności w wyniku likwidacji gospodarstw pomocniczych?
Oszczędności znaczy straty?
Wygląda raczej na to, że będą straty, a burząc utrwalone, często bardzo dobrze funkcjonujące struktury, nasza urocza pani minister tylko napsuje ludziom krwi i… spowoduje spadek poparcia dla partii rządzącej. Oczywiście trzeba będzie zawierać kontrakty z przedsiębiorstwami komercyjnymi, które zdaniem pani minister bardziej pasują do gospodarki rynkowej… tylko, że trzeba jeszcze rozumieć, jak działa gospodarka rynkowa. Nie tylko nie ma żadnych gwarancji, że ta zmiana da oszczędności, ale często może to nawet kosztować więcej, bo przedsiębiorstwo komercyjne zwykle oczekuje wyższej marży zysku, a jeśli zadowoli się niższą, to kosztem jakości.
Tu naprawdę trzeba nie tylko mieć trochę wyobraźni, ale też znać realia życia gospodarczego. Gdy tego brakuje, wydumane w ciszy gabinetów koncepcje mogą doprowadzić nie tylko do wzrostu kosztów, ale i do znacznego pogorszenia jakości dostarczanych usług. Dobrym przykładem na to, do czego prowadzi brak porządnej wiedzy i wyobraźni, jest pewna niezachwycająca mądrością pani dyrektor odpowiedzialna za żłobki, która postanowiła zlikwidować działające w nich kuchnie, wywalić kucharki, a karmienie maleńkich dzieci powierzyć komercyjnym firmom cateringowym… Ach, jakież to rynkowe! Owszem, to rzeczywiście bardziej pasuje do gospodarki rynkowej, jedzenie jest jednak nie tylko gorsze, ale co najważniejsze – nie daje możliwości indywidualizacji wyżywienia dzieci. I nie ma co się dziwić, że rodzice są oburzeni… ale niestety bezsilni, bo jest w ostatnich latach jakiś wielki talent do obsadzania stanowisk dyrektorskich ludźmi nie tylko o słabych kwalifikacjach i niemającymi zwykłej ludzkiej roztropności, ale i nad wyraz aroganckimi. Co ciekawe, błędy i głupstwa jednych urzędników nie stają się nauką dla innych i catering chce się wprowadzać do szkół i przedszkoli.
Oczywiście może być i tak, jak w przykładzie opisywanym przez panią wiceminister finansów – gospodarstwa pomocniczego przy ministerstwie, które zostało zlikwidowane w 2005 r., dzięki czemu znacząco zmniejszono zatrudnienie, bo gospodarstwo miało własne kadry, księgowość, dyrektorów. Gdy usługi są teraz kupowane na rynku, to kosztuje to mniej – jest to typowy przykład tak zwanego outsourcingu, pozbywania się własnej kadry do wykonywania pewnych czynności i oddawania ich przedsiębiorstwom zewnętrznym, rynkowym. Ale na świecie ma miejsce odwrót od tej innowacji organizacyjnej sprzed ponad ćwierć wieku, bo okazuje się, że jakość takich zewnętrznych usług jest często gorsza, a co najważniejsze, pracownik zewnętrzny nie identyfikuje się z firmą, dla której pracuje, jest wobec niej nielojalny, czasem działa wbrew jej interesom. Co jednak w tym przypadku szczególnie istotne, oto popełnia się błąd polegający na uogólnianiu jakiegoś zaobserwowanego wyjątkowego przykładu: to, że gdzieś taki pomysł zadziałał, to nie znaczy, że należy wszystkich podciągać pod jeden strychulec: to jest naprawdę elementarz racjonalnego działania.
To nie są „przeżytki socjalizmu”
Następne likwidowane instytucje to zakłady budżetowe. To takie miniprzedsiębiorstwa, które co prawda teoretycznie nie powinny osiągać zysku, ale gdy zysk się pojawia, to płacą podatek CIT, a nadwyżkę środków obrotowych wpłacają do budżetu. Zakłady budżetowe funkcjonują w administracji rządowej, jednak większą popularnością cieszą się w samorządach. Na przykład są to: Miejski Ośrodek Sportu i Rekreacji, Izba Wytrzeźwień, Zarząd Cmentarzy Komunalnych, Ośrodki Sportu i Rekreacji, Zespoły Żłobków, Zespoły Przedszkoli Państwowych, Warszawskie Ośrodki Wypoczynku Wisła, Zakłady Remontów i Konserwacji Dróg, Miejskie Zakłady Wodociągów i Kanalizacji, Ośrodki Pomocy Społecznej. Są to samodzielne jednostki organizacyjne, które swoje koszty w znacznej części pokrywają z uzyskiwanych własnych przychodów, ale mogą, a często muszą być dofinansowywane dotacjami z budżetu miasta czy gminy. W ich przypadku dofinansowanie budżetu jest co prawda wyższe niż gospodarstw pomocniczych, bo prawie 54 miliony, przy przychodach ogółem niższych, bo tylko nieco ponad 442 miliony, ale warto wiedzieć, że dofinansowanie to głównie środki na rolnictwo (26 milionów) oraz kulturę fizyczną i sport (18 milionów). Tu znowu oszczędności nie zapowiadają się imponująco, a będzie więcej psucia krwi.
To nie jest tak, że zakłady budżetowe powstawały wyłącznie po to, żeby nie trzeba było płacić tzw. popiwku, bo nie płaciła go sfera budżetowa, a na co daje się przykład istniejącego gdzieś zakładu budżetowego hodującego karpie. Było to po prostu ucieczką od formuły przedsiębiorstwa państwowego ku przedsiębiorstwu użyteczności publicznej, co czasami po prostu ułatwiało funkcjonowanie, ale przecież – jak uwidocznia powyższa lista – wiele zakładów budżetowych to instytucje użyteczności publicznej realizujące ważne zadania dostarczania czegoś, co fachowo nazywa się dobrem publicznym, czyli powszechnym.
To nie są zatem żadne ostoje socjalizmu, przeżytki niepasujące do gospodarki rynkowej, coś takiego istnieje też na Zachodzie, choć ma różne formuły organizacyjne i naprawdę likwidowanie tego będzie nie tylko odebraniem ludziom pracy, ale doprowadzi do nieopisanego bałaganu, bo wypracowanie nowych form organizacyjnych, które wypełnią powstałą lukę, zabierze dużo czasu… i będzie oczywiście więcej kosztować zwykłych ludzi.
Likwidacja funduszy to nie pozbycie się wydatków
Ważne jest też to, że komunalne zakłady budżetowe prowadzą gospodarkę finansową na zasadach określonych w przepisach prawa budżetowego, nie jest więc tak, że ich finanse nie są kontrolowane – właśnie ta formuła pozwala całkiem nieźle kontrolować ich finanse, a takiej możliwości nie będzie, jeśli powstaną – jak to określają przedstawiciele Ministerstwa Finansów – quasi-przedsiębiorstwa. Finanse nie tylko nie staną się bardziej przejrzyste, ale koszty mogą być wyższe. Obawiam się, że nie zasięgano rady u ekspertów zarządzania sektorem publicznym.
Propozycja likwidacji funduszy i agencji państwowych laikom może wydawać się sensowna w wielu punktach, ale jednak rodzi mnóstwo pytań i wątpliwości. Fundusze kosztują budżet więcej niż zakłady budżetowe i gospodarstwa pomocnicze, w 2006 r. budżet dofinansował je kwotą rzeczywiście sporą – prawie 39 miliardów złotych, ale środki te wchłonęły właściwie dwa fundusze: Fundusz Ubezpieczeń Społecznych finansujący emerytury i renty wypłacane przez ZUS (23,4 miliardy złotych) oraz Fundusz Emerytalno-Rentowy, finansujący emerytury i renty rolnicze, wypłacane przez KRUS (14,9 miliardy złotych); poza nimi z dofinansowania budżetu korzystały tylko Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych (400 milionów złotych) oraz w śladowej ilości Fundusz Prewencji i Rehabilitacji (4 miliony złotych). Ale przecież zlikwidować można Fundusze jako organizacje, natomiast zadania i tak pozostaną. Przede wszystkim trzeba zatem wyjaśnić, że pojęcie „fundusz” ma dwa znaczenia. W sensie ekonomicznym fundusz to zgromadzona pula pieniędzy przeznaczona na określone cele. Z drugiej strony fundusz to specjalna organizacja, instytucja należąca do sektora publicznego, częściowo niezależna od rządu, ale mająca pewną autonomię.
Gdy organizację się zlikwiduje, to nie będzie prezesa, jego zastępców, rady nadzorczej itd., nie będzie względnie niezależnej instytucji, organizacja się uprości, ale nie można zlikwidować funduszu w sensie ekonomicznym, bo po to, by realizować pewne zadania, trzeba gromadzić środki i musi to robić jakiś urząd. Powstanie zatem jakiś departament w ministerstwie czy „agencja zadaniowa z dyrektorem”.
Centralizacja nie jest panaceum
Trzeba też pamiętać, że zarówno fundusze, jak i agencje czy też omawiane wyżej zakłady budżetowe stanowią efekt pewnej organizacyjnej decentralizacji funkcji państwa. Proponowane w ramach reformy finansów publicznych zlikwidowanie funduszy i agencji będzie oznaczało konieczność przeniesienia realizowanych przez nie funkcji do odpowiednich ministerstw i poddanie ich bezpośredniemu nadzorowi. Wydaje się to uzasadnione, skoro w niektórych przypadkach decentralizacja i brak właściwego nadzoru doprowadziły do różnych nieprawidłowości, nadużyć i patologii zarządzania, zwłaszcza tam, gdzie agencje otrzymały możliwość dysponowania olbrzymim majątkiem przejętym od instytucji i przedsiębiorstw państwowych.
Jednakże ten nowy kierunek zmian stanowi wyraźne odrzucenie zasady decentralizacji, można go uznać za początek stopniowego wycofywania się z wcześniej zaakceptowanej zasady oddawania części władzy nad pieniądzem publicznym niższym szczeblom organizacji sektora publicznego. Warto postawić pytanie, czy właściwe jest uogólnianie wniosków wynikających z obserwacji zjawisk patologicznych. Negatywne akcydentalne przypadki nie powinny być przesłanką do generalnej zmiany kierunku ku decentralizacji, lecz raczej do racjonalnych zmian organizacyjnych. Patologie są bowiem najczęściej skutkiem złej organizacji, a tę zawsze można naprawić.
W okresie kilku ostatnich lat i tak nastąpiła znaczna ogólna redukcja wkładu budżetowego do funduszy celowych. Było to wynikiem, z jednej strony, znacznego ograniczenia ich zadań, co znalazło wyraz w znacznym zmniejszeniu ich budżetu (np. Funduszu Pracy), z drugiej, przesunięcia części wydatków na tę część budżetu, której zadaniem jest finansowanie deficytu, co jednakowoż można uznać za swego rodzaju kamuflaż, ukrycie nakładów na te fundusze: choć nie obciążają budżetu bezpośrednio, to wymuszają wzrost operacji finansujących deficyt. Miało też miejsce częściowe zastąpienie środków budżetowych funduszami unijnymi (w przypadku Funduszu Pracy będzie to jednak niewiele, bo tylko 0,5 miliarda złotych, podczas gdy dofinansowanie z budżetu w latach 2003 i 2004 przekraczało 3 miliardy złotych); dokonano też nawet całkowitej likwidacji funduszu (Funduszu Alimentacyjnego).
Spór o ZUS
Ważnym posunięciem wydaje się być przekształcenie ZUS w jednostkę budżetową, czyli nie będzie finansowany z odpisu ze środków Funduszu Ubezpieczeń Społecznych, zbieranych przezeń składek, tylko z budżetu, który sam będzie te składki zbierał. Pieniądz będzie jakby ten sam, ale popłynie innymi korytami. No, ale skoro tak, to wydatki ZUS na utrzymywanie oddziałów, pensje dla pracowników itd. będą obciążały budżet.
ZUS oczywiście kosztuje, dzielnie wspierająca panią wicepremier wiceminister Suchocka-Roguska powiada nawet, że te zmiany są konieczne, bo „ZUS każe sobie słono płacić”… Ale przecież to tylko ok. 2,5-2,6 proc. całości wydatków Funduszu Ubezpieczeń Społecznych – a jakaż to prywatna instytucja ubezpieczeniowa ma takie koszty? Czy pani wiceminister nie wie, że różne OFE pobierają od 7,5 do 9 proc. składek na pokrycie swych kosztów, i dopiero projekt rządowy z 2003 r. próbował ograniczyć ich zachłanność: miały na swe potrzeby brać od 7 proc. składek w 2006 r. do maksimum 3,75 proc., ale dopiero w 2014 r., a jest to jednak i tak sporo więcej niż bierze ZUS? Z tym słonym płaceniem ZUS – to chyba znowu wymknęła się drobna manipulacja… W kwestii systemu emerytalnego manipulowanie opinią społeczną jest doprawdy nagminne, jakby działała jakaś zmowa.
Jak się mówi, dzięki tej nowej koncepcji ZUS nie będzie mógł się zadłużać, co wydaje się sensowne, bo pożyczanie w bankach komercyjnych sporo kosztuje. Z drugiej jednak strony, trzeba przecież się zgodzić, że zasilenie finansowe z zewnętrznych instytucji finansowych jest czasami niezbędne, bo zapewnia, jak to się fachowo mówi, płynność finansową, czyli po prostu umożliwia realizację wypłat. Zatem odebranie możliwości korzystania z kredytu zmusi do finansowania poprzez krótkookresowe zadłużanie budżetu bonami skarbowymi lub przez zwiększanie długu publicznego – a to może być co prawda tańsze niż kredyt komercyjny, bankowy, ale przed okresowym przynajmniej zadłużaniem nie da się uciec. Nie może być bowiem tak, że z powodu niedoboru środków ZUS nie wypłaci emerytur czy rent. Nie można w imię „naprawy” finansów publicznych psuć finansów gospodarstw domowych.
To kontynuacja polityki Belki
Te wszystkie propozycje budzą zatem wiele wątpliwości. Najdziwniejsze jest to, że jest to wyraźna kontynuacja kierunku zapoczątkowanego już kilka lat temu, gdy jeszcze za premiera Marka Belki zlikwidowano tak zwane środki specjalne. Nadawały one pewną elastyczność finansom publicznym, mobilizowały na przykład szkoły, przedszkola i inne zakłady budżetowe do pozyskiwania dodatkowych środków i uelastyczniały ich finanse. Likwidacja środków specjalnych spowodowała nie tylko zamieszanie, ale w wielu przypadkach zniechęciła do pozyskiwania dodatkowych środków, finanse publiczne w gruncie rzeczy na tym ucierpiały, straciły na sprawności w finansowaniu zadań publicznych.
Ten kierunek zmian organizacyjnych, które doprowadzą raczej tylko do pozornych efektów i bałaganu, budzi zatem niepokój jako wyraz kontynuacji zmian zainicjowanych przez poprzednie rządy. Nie ma zatem przełomu. Trzeba sobie wreszcie wyraźnie powiedzieć, że reforma finansów publicznych będzie wiarygodna tylko wtedy, gdy zostanie jasno powiedziane, jaka jest sfera odpowiedzialności państwa i jak będzie ona finansowana, po to, by państwo swe zadania mogło skutecznie wypełniać. Będzie tak, gdy wreszcie przyzna się, że za pewne sprawy państwo musi odpowiadać i musi na to mieć pieniądze.
Wiarygodna reforma musi mówić nie tylko o pewnych oszczędnościach, ale musi też wskazać, na co zostanie przeznaczonych więcej pieniędzy, gdzie finansowanie się poprawi. Jeśli chcemy mieć lepsze drogi, trzeba na ich budowanie i remonty przeznaczyć wyraźnie więcej pieniędzy. Jeśli chcemy, aby policja była skuteczna, trzeba zwiększyć jej finansowanie. Jeśli chcemy, by nasz kraj zaczął więcej znaczyć w Unii Europejskiej, a Polacy znajdowali dobrą pracę we własnym kraju, trzeba więcej przeznaczyć na naukę i szkolnictwo. Jeśli chcemy, by najlepsi fachowcy zostawali w Polsce, trzeba więcej przeznaczyć na szkolnictwo wyższe. Jak pisze wybitny ekonomista amerykański Joseph Stiglitz, „Nowa gospodarka – innowacje, które napędzają wzrost produktywności i tworzą podstawy stabilności kraju w długim okresie – zależy od postępów w nauce, od badaczy na uniwersytetach i w laboratoriach, którzy pracują po szesnaście i więcej godzin dziennie, niestrudzenie starając się zrozumieć świat, w którym żyjemy. To tych ludzi powinniśmy nagradzać i stymulować” [1].
Nie marnować młodości Polaków na zmywanie talerzy
Jeśli chcemy, by młodzi ludzie swą energię i zapał oddawali krajowi, a nie marnowali młodość na zmywanie talerzy, remontowanie i obsługiwanie innych współobywateli Unii Europejskiej, to trzeba przeznaczyć środki na wsparcie budownictwa mieszkaniowego tak, aby mieszkania i domy były dostępne dla średnio zarabiających.
Jeśli chcemy, aby lekarze lepiej wykonywali swe obowiązki i nie uciekli tam, gdzie ich praca jest bardziej szanowana, musimy przeznaczyć więcej na ochronę zdrowia. I tak dalej, i tak dalej: państwo musi wyznaczyć wyraźne priorytety i na nie przeznaczać więcej pieniędzy – wiarygodna reforma finansów publicznych musi o tym wyraźnie mówić i trzeba odejść od destrukcyjnego hasła „taniego państwa”, które powstało jako pewien propagandowy koncept na etapie wyborów, miało wtedy pewną medialną nośność, ale niestety zostało z pełną wiarą w jego sensowność wprowadzone w życie – a wtedy stało się wyrazem nieodpowiedzialności polityków.
Jakie podatki?
Wiarygodna reforma finansów publicznych musi też jasno sformułować kierunek zmian w systemie podatkowym. Należy sobie wyraźnie powiedzieć, czy chcemy włączyć się do cywilizacji zachodniej, czy przystać do hucpiarstwa, które doszło do głosu w niektórych krajach pokomunistycznych, gdzie elity zdominowane przez niemających wykształcenia ekonomicznego polityków i różnych pseudoekspertów lub cynicznych reprezentantów tak zwanych elit biznesu zmanipulowały społeczeństwa na rzecz poparcia takich absurdów jak podatek liniowy.
Warto tu znowu przytoczyć laureata nagrody Nobla Josepha Stiglitza, który udowadnia, że obniżki podatków dla najbogatszych od dochodów i od zysków kapitałowych dają budżetowi zysk w krótkim okresie, gdyż działają jak podatkowe „wyprzedaże”, ale na dłuższą metę prowadzą do strat w postaci obniżonych wpływów budżetowych i wzrostu dysproporcji dochodowych, które działają destrukcyjnie na społeczeństwo, gospodarkę i prowadzą do rozdymania baniek spekulacyjnych, które początkowe zyski ostatecznie przekształcają w straty. Najlepszą zaś drogą obniżania podatków są ulgi inwestycyjne, które sprawiają, że zmniejszenie obciążeń podatkowych uzyskują tylko ci, którzy naprawdę inwestują w gospodarkę [2].
Patrzeć dalej niż media
Dokładnie to samo radziłem PiS, namawiając, by jego program ekonomiczny był profesjonalnie bardziej wiarygodny. Wybrano jednak efektowny medialnie program bezwzględnej obniżki podatków dla najbogatszych, co jest skądinąd zrozumiałe w sytuacji „podatkoliniowego” szaleństwa medialnego, jakie ma miejsce w Polsce i innych krajach postkomunistycznych. Jednak rządzenie, gdy już ma się je w ręku, wymaga wyboru nie efektywności medialnej, lecz wiarygodności i skuteczności w długiej perspektywie. Odpowiedzialny minister finansów nigdy nie zgodziłby się na zaakceptowanie tego programu podatkowych zmian, które ostatecznie wprowadzono do ustawy (obniżenie podatków dla najbogatszych). Nie zgodziłby się ani na forsowanie wydatków w obszarach, które nie dadzą żadnego efektu gospodarczego, ani na wykorzystywanie autorytetu premiera do reklamowania pozornych reform finansów publicznych.
Całkowicie zgadzam się z prof. Zybertowiczem, że należało utworzyć niezależne, kompetentne zaplecze eksperckie przy rządzie i przy prezydencie. Błędem było to, że nie przeciwstawiono się osobom, które usilnie blokowały ten pomysł. Zgadzam się również, że gdy robi się tak gruntowną przebudowę, o takiej randze historycznej jak projekt IV RP, to trzeba mieć nie tylko szerszy ogląd rzeczywistości, ale i takich niezależnych ekspertów, którzy w porę ostrzegą przed próbami wmanipulowania rządu w działania nie tylko nieskuteczne, ale i groźne dla przyszłości Polski.
1 Joseph Stiglitz, Szalone lata dziewięćdziesiąte, PWN, Warszawa 2006, s. 174.
2 Tamże, s. 171.
