Przełamanie monopolu PO

Wyniki wyborów samorządowych to wyraźny sygnał, że społeczeństwo jest już
zmęczone rządami Platformy Obywatelskiej. W ciągu roku poparcie dla partii
Donalda Tuska może jeszcze bardziej spaść, a niebezpieczny monopol władzy może
zostać ograniczony. Dobry wynik PiS to sygnał dla Jarosława Kaczyńskiego, że
droga bardziej wyrazistych ruchów i odwołanie się do jednoznacznie prawicowego
elektoratu pozwalają osiągać przyzwoity wynik wyborczy.

Warto przyjrzeć się układance, która kształtuje się w kontekście
przyszłorocznych wyborów parlamentarnych. Platforma w wyborach samorządowych
toczyła bój o monopol władzy. Chciała osiągnąć poziom – porównywalny co do skali
– z monopolem władzy z czasów PRL. Mając swojego prezydenta, premiera, większość
w Sejmie i Senacie, a także sprawując kontrolę nad najpoważniejszymi
instytucjami w kraju, prostą drogą zmierzała do monopolu władzy na poziomie
sejmików wojewódzkich i gmin. Niemożliwa byłaby wówczas jakakolwiek kontrola nad
rządzącymi. Liderzy PO żywili nadzieję, że monopol zostanie utrzymany również po
wyborach w przyszłym roku. Wydawało się, że do powodzenia tego planu przyczyni
się zamieszanie wokół wykluczenia z PiS Joanny Kluzik-Rostkowskiej. Jednakże
dobry wynik wyborczy PiS wskazuje, że nowa partia może zostać w ciągu roku
zmarginalizowana i nie osiągnie progu wyborczego. Antyklerykalna inicjatywa
Janusza Palikota także wydaje się schodzić na margines polskiego życia
publicznego.
Rezultaty wyborów do sejmików wojewódzkich to wyraźny sygnał, że Platforma
słabnie, i to znacząco. Niewiele ponad 30-procentowy wynik nie może zadowalać
sztabowców PO. Wszystko wskazuje na to, że ostra medialna promocja inicjatywy
Kluzik-Rostkowskiej wynikała z obawy inżynierów polskiej sceny politycznej, że
PiS się wzmocni i zagrożony zostanie monopol władzy partii Tuska. Gdyby udało
się przekonać elektorat do grupy Kluzik-Rostkowskiej, poparcie dla PO nie
spadłoby tak znacząco. Tymczasem odejście kilku polityków wcale nie zaszkodziło
partii Jarosława Kaczyńskiego. Oczywiście Prawo i Sprawiedliwość nadal ma
zredukowane do minimum pole możliwości koalicyjnych. Poza Polskim Stronnictwem
Ludowym nie ma bytu politycznego, z którym taka koalicja byłaby możliwa. I to
wydaje się najważniejszym problemem prezesa Kaczyńskiego. Na scenie politycznej
brakuje ugrupowań, z którymi można zawrzeć skuteczną koalicję prawicową. Z kolei
Platforma będzie zmuszona poważniej traktować PSL jako silnego koalicjanta,
wszak to ugrupowanie, które osiągnęło w wyborach samorządowych trzeci wynik.
Także Sojusz Lewicy Demokratycznej może wciąż liczyć na poparcie swojego
twardego elektoratu. Wszelkie zatem próby wykreowania dwubiegunowego układu na
polskiej scenie politycznej spełzły na niczym. Palikot najprawdopodobniej nie
będzie w stanie przebić się przez skoncentrowany na SLD elektorat lewicy,
Platforma zaś nie ma szans na zdobycie PSL-owskiego elektoratu wiejskiego.
Prawdopodobnie w ciągu najbliższego roku retoryka prezentowana przez PiS się nie
zmieni, a główne skrzypce będą grać działacze zbliżeni do Zbigniewa Ziobry, a
nie do Kluzik-Rostkowskiej. Jak już wspomniałem, największą bolączką tego
ugrupowania jest brak szerszej zdolności koalicyjnej.
Warto dodać, że po raz kolejny "zbankrutowały" wszystkie ważniejsze polskie
sondażownie, które przeszacowując poparcie dla PO, udowodniły, że nie stanowią
wartościowego źródła informacji, tylko po prostu są używane do manipulowania
opinią publiczną.

Tępa partyjność
Kampania wyborcza toczyła się nade wszystko pod dyktando walk partyjnych. To
partie starały się rozstrzygnąć te wybory na swoją korzyść, przygotowując się w
ten sposób do przyszłorocznych zmagań o parlament. Tajemnicą poliszynela jest,
że władanie sejmikami w dużym stopniu przekłada się na samorządy gminne i
powiatowe – wszak to na poziomie urzędu marszałkowskiego rozdziela się gros
środków unijnych. Gminy rządzone przez opozycję otrzymują tych środków o wiele
mniej. To dowód na to, jak dalece tępota partyjna zabija naszą samorządność.
Władysław Konopczyński tak opisywał podobną mentalność, która wytworzyła się w
Polsce w czasach saskich w XVIII wieku: "Zagłuszała wszystko partyjność tępa,
zacietrzewiona, wyuzdana (…). To, że w przejawach życia politycznego tak mało
cnoty i rozumu żądano od przywódców, że się tak ślepo, nie pytając o zasady i
programy, oddawano pod ich rozkazy – to już stanowiło smutny znak czasu i ponurą
zapowiedź przyszłości". Odnosząc się do niniejszego cytatu, możemy z powodzeniem
porównać naszą rzeczywistości do czasów saskich.
Owa tępa partyjność objawia się również w sposobie tworzenia list na wybory
samorządowe. Najbardziej naturalnym sposobem ich budowania powinno być
odniesienie do różnorakich organizacji społecznych posiadających swoich liderów.
Polskie partie powinny mieć w swoim zapleczu całe mnóstwo współpracujących z
nimi organizacji. Najlepszym zaś modelem układania list mógłby być rodzaj
prawyborów. Tymczasem mamy do czynienia z procesem wręcz odwrotnym. Osoby
znaczące w lokalnych środowiskach wielokrotnie są eliminowane jako naturalne
zagrożenie dla funkcjonariuszy partyjnych. Zaś na pierwszych miejscach list
można było znaleźć młode studentki, startujących dopiero w życie zawodowe
dwudziestolatków czy po prostu ludzi wiernych (choć miernych) i oddanych liderom
partyjnym. Taki sposób uprawiania lokalnej polityki zniechęca całe rzesze
obywateli do zaangażowania się w sprawy publiczne. Zniechęcające również były
billboardy z wizerunkiem premiera, na których widniały napisy w stylu: "Nie
róbmy polityki. Budujmy mosty". W stwierdzeniu tym znajdujemy ogromną
sprzeczność. Jeśli politykę zdefiniujemy jako realizację dobra wspólnego, to
zbudowanie mostu jest polityką w najwyższym stopniu. Zatem billboardowy napis
można by sparafrazować: "Nie róbmy mostów. Budujmy mosty". Absurd tego
stwierdzenia razi. Chyba że politykę zdefiniujemy jako sztukę oszukiwania ludzi,
to wtedy rzeczywiście – "nie róbmy polityki". Jeśli najważniejsze osoby w
państwie postrzegają politykę w sposób machiawelistyczny, to skrajnie
zniechęcają Naród do angażowania się w sprawy publiczne.

Zniechęcenie źródłem anarchii
Słaba aktywność obywatelska jest niezwykle groźna dla przyszłości państwa.
Rzesze naszych rodaków nie uznają państwa polskiego za swoje. Nie głosują więc
także w wyborach samorządowych. Rzeczpospolita, jak sama nazwa wskazuje, jest
dobrem wszystkich obywateli, zatem brak zaangażowania może powodować postawy
anarchiczne. Tak właśnie zrodziła się polska anarchia XVIII wieku, kiedy
szlachta zdiagnozowała, że król jest największym zagrożeniem dla wolności
obywatelskich i należy go maksymalnie osłabić. O wiele mniejsze oburzenie
wywoływało wysługiwanie się zagranicy niż służba własnemu władcy. W czasach PRL
państwo obciążone potężnym balastem ideologicznym i biurokratycznym było
traktowane jako narzędzie zniewalania Narodu. Niestety, dzisiaj mamy do
czynienia z podobnym procesem. Ludzie dochodzą do przekonania, że nic zrobić się
nie da, że rządzą "oni" – za pomocą wszędobylskiej, wścibskiej biurokracji.
Feliks Koneczny jeszcze przed II wojną światową pisał o bizantyńskiej
mentalności biurokratycznej przeżerającej polskie państwo: "Jacy my jesteśmy
niekonsekwentni! Dworujemy sobie z Ligi Narodów, gdy do rozsądzenia sporu z
Gdańskiem powołuje 'znawców’ gdzieś z Argentyny i z Japonii, a nie razi nas, gdy
czytamy w 'Pacie’, jako Rada Ministrów obradowała nad tym, czy folwark
Hreczkosiejbę wydzielić z gminy Lewodrągi, a wcielić do Prawodrągów? Nikt z
ministrów nie ma pojęcia, gdzie to jest i jak tam życie wygląda, ale decydują.
Państwowość 'nowoczesna’ nie cierpi decentralizacji, toteż bliscy jesteśmy tego,
że obywatele wszystkich prowincji jednako znienawidzą tę nowoczesność i nastanie
rozłam państwa a społeczeństwa, jak bywało w Rosji".
Zbiurokratyzowanie państwa polskiego w istocie prowadzi do zduszenia
samorządności i do pogłębienia się w Narodzie mentalności anarchicznej. Kultura
I Rzeczypospolitej, gdzie państwo było określane mianem dobra wspólnego wolnych
obywateli, zanika na rzecz odrzucenia tworu duszącego naturalne życie społeczne.

 

Prof. Mieczysław Ryba
 

 

Autor jest kierownikiem Katedry Historii Systemów Politycznych XIX i XX wieku
Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II, wykładowcą w WSKSiM,
członkiem Kolegium IPN.

drukuj