Przegrywamy rozwój rolnictwa

Propozycje budżetowe UE na lata 2014-2020

Parę miesięcy temu zakończyło się nasze przewodnictwo w Radzie Unii
Europejskiej. Okazało się, że w sprawie jednego z jej priorytetów, czyli
zaawansowania przygotowań do uchwalenia budżetu UE na lata 2014-2020, zrobiliśmy
bardzo niewiele.

Wydatki budżetu na lata 2014-2020 (biorąc pod uwagę płatności) oscylują w
granicach 1 proc. PKB 27 krajów UE, choć w wielkościach bezwzględnych mają one
sięgnąć 972 mld euro, czyli o 46 mld euro więcej niż pułap wydatków w obecnym,
7-letnim budżecie.

Ale już w wielkościach względnych, a więc biorąc pod uwagę płatności w
relacji do PKB, są one mniejsze niż w budżecie 2007-2013, gdzie wyniosły 1,05
proc. PKB.

Te 46 mld euro więcej to wzrost wydatków o blisko 5 proc., a dokładnie
takiego wzrostu zażądał Parlament Europejski od rządów krajów UE w przyjętej w
czerwcu rezolucji poświęconej tej problematyce. Piszę "zażądał", bo od momentu
wejścia w życie traktatu lizbońskiego w sprawach budżetowych Parlament jest
władzą budżetową, podobnie jak Rada Europejska. Stanowisko tzw. największych
płatników netto w UE w tej sprawie jest jednak odmienne. Jeszcze przed
propozycjami budżetowymi KE upubliczniony został tzw. list pięciu, czyli
kanclerz Niemiec Angeli Merkel, prezydenta Francji Nicolasa Sarkozy´ego,
premiera Wielkiej Brytanii Davida Camerona, premiera Holandii Marka Rutte´a i
premiera Finlandii Mari Kiviniemi, w którym szefowie tych państw domagali się od
Komisji Europejskiej zamrożenia wydatków w budżecie UE na lata 2014-2020 na
dotychczasowym poziomie. "Płatności powinny wzrosnąć nie więcej niż o wskaźnik
inflacji przez całą następną perspektywę finansową" – napisali wtedy prezydent i
premierzy. "Wszystkie kraje zaciskają pasa, by redukować deficyty. Europa także
nie może od tego uciec" – kontynuowali. Teraz po tym, jak Komisja Europejska
przygotowała większy budżet, wszystkie te kraje go skrytykowały. Równie
krytycznie wypowiedziało się kolejnych 6 krajów, w tym kolejni duzi płatnicy
netto, tj. Austria i Szwecja.

Teraz już budżet przygotowany przez KE ma przeciwników aż w 11 krajach
unijnych i to niestety wiodących, jeżeli chodzi o realne wpływy w gremiach
kierowniczych UE. Wydaje się więc, że przeforsowanie go w takim kształcie wbrew
stanowisku głównych płatników netto nie będzie raczej możliwe.

 

Struktura nowej perspektywy finansowej UE

W rozdziale środków na poszczególne polityki Komisja zastosowała taki zabieg,
aby środki na politykę spójności pozostały na dotychczasowym poziomie, a dzięki
temu wzrosły środki na badania i innowacyjność, rozwój sieci transeuropejskich,
politykę zagraniczną UE, migrację i politykę sąsiedztwa.
Jakiś czas temu w strategii UE na lata 2014-2020 priorytetami okazały się:
innowacyjność gospodarki Unii, walka ze zmianami klimatu i działania Unii na
scenie międzynarodowej.

Już wtedy było wiadomo, że oznacza to, iż Unia wprawdzie nie zaprzestanie
finansowania polityki spójności czy WPR, ale niestety najprawdopodobniej
spowoduje wyraźne zmniejszenie środków na te polityki. Trudno było sobie
wyobrazić, że najzamożniejsze kraje Unii zdecydują się zwiększyć wpłaty do
budżetu i tym samym zwiększyć ogólną kwotę wydatków budżetowych. Teraz niestety
to się potwierdza. Polska oczywiście będzie korzystać ze środków skierowanych na
trzy nowe priorytety, ale ponieważ nie mamy ani innowacyjnej gospodarki, ani nie
będziemy pozyskiwać dużych środków na walkę ze zmianami klimatu, ani wreszcie
nie będziemy w centrum polityki zagranicznej UE, to trudno będzie oczekiwać
znaczącego wzrostu środków dla naszego kraju.
Propozycje rozdziału środków finansowych w nowej perspektywie niestety to
potwierdzają. Na politykę spójności miałoby być przeznaczone 376 mld euro, ale w
związku z propozycją utworzenia kategorii regionów przejściowych, które miałyby
prawo do korzystania z tych środków (zamiast dotychczasowych regionów tzw.
efektu statystycznego, których było kilkanaście, tych nowych będzie blisko 40,
będą to między innymi wschodnie landy Niemiec, w Polsce – woj. mazowieckie),
będzie ich jednak wyraźnie mniej dla dotychczasowych beneficjentów.

Na rolnictwo przeznaczono kwotę 371 mld euro, w tym 281 mld euro na dopłaty
bezpośrednie i około 90 mld euro na rozwój obszarów wiejskich. W budżecie jest
zawarta propozycja lekkiego podwyższenia dopłat dla nowych krajów członkowskich,
ale niestety nie ich wyrównania w skali całej Unii.
 

Środki finansowe dla Polski

W tej sytuacji informacja, która pojawiła się w naszych mediach, że Polska na
politykę spójności w budżecie na lata 2014-2020 otrzyma około 80 mld euro (w
budżecie na lata 2007-2013 otrzymała 67 mld euro), jest informacją o charakterze
propagandowym.

Nic na to niestety nie wskazuje, co więcej – wprowadzenie tak szerokiej
kategorii regionów przejściowych, z których większość nie miała już prawa
korzystania z funduszu spójności (np. landy wschodnioniemieckie), raczej
przesądza o tym, że na politykę regionalną więcej pieniędzy niż do tej pory nie
otrzymamy.
Dojdą jeszcze środki ze Wspólnej Polityki Rolnej. Jeżeli nic nie ulegnie
zmianie, to będzie to około 21 mld euro dopłat bezpośrednich i około 14 mld euro
środków na modernizację terenów wiejskich, ale podobne pieniądze na te cele
mieliśmy także w budżecie na lata 2007-2013. Trzeba również pamiętać, iż rośnie
nasza składka do budżetu UE. Jeżeli w obecnym siedmioleciu składka ta
średniorocznie wyniesie około 3 mld euro, to w następnej perspektywie finansowej
wyniesie ona średniorocznie przynajmniej 4 mld euro, a więc nasze wpłaty będą
sumarycznie przynajmniej o 10 mld euro większe, niż to było do tej pory.
Sugerowanie więc, że w następnym unijnym budżecie otrzymamy wyraźnie więcej
środków finansowych, jest kolejnym zabiegiem propagandowym na użytek toczącej
się w Polsce kampanii wyborczej. Rozpowszechnianie tej informacji na
europejskich salonach może nam tylko zaszkodzić, a nie pomóc w rozpoczynających
się powoli negocjacjach w sprawie nowego budżetu UE.

 

Skutki małego budżetu

Jeżeli jednak się okaże, że wiodące kraje UE (głównie Niemcy i Francja)
przeforsują na lata 2013-2020 budżet mniejszy, wynoszący około 0,9 proc. PKB 27
krajów UE, to znaczy, że jego wydatki (w ujęciu płatności) zmniejszą się
przynajmniej o 100 mld euro, a to oznacza poważne ich redukcje.
W takiej sytuacji ucierpiałyby dwie najważniejsze unijne polityki, to znaczy
Polityka Spójności i Wspólna Polityka Rolna. Cięcia wydatków w Polityce
Spójności wyniosłyby około 80 mld euro, a we Wspólnej Polityce Rolnej
przynajmniej 20 mld euro.

To oznaczałoby także cięcia w tzw. kopertach narodowych, w tym także tej
naszej, polskiej. Trudno teraz powiedzieć, jak one się ostatecznie rozłożą, ale
nie ulega wątpliwości, że będą one wyraźnie mniejsze od zapowiadanych 80 mld
euro na Politykę Spójności i o być może kilka miliardów mniejsze na Wspólną
Politykę Rolną.

W tym drugim przypadku ucierpiałyby głównie środki z tzw. II filara WPR,
ponieważ środki na dopłaty bezpośrednie są dosyć ściśle określone we
wcześniejszych dokumentach opublikowanych przez KE, a w nich te z I filara, od
2013 r., są przewidziane w wysokości 3 mld euro rocznie.
 

Problem wyrównania dopłat bezpośrednich

Mimo że problem wyrównania dopłat w ramach UE po roku 2013 nie został
ostatecznie rozstrzygnięty, to niestety w tzw. konkluzjach prezydencji
węgierskiej w I połowie 2011 r. minister rolnictwa Marek Sawicki zgodził się na
zapisy, które utrwalają nierówności w tym zakresie na całe następne
siedmiolecie.
Wprawdzie są tam zapisy mówiące o podwyższeniu dopłat w krajach o ich najniższym
poziomie, ale w przypadku Polski – o ich zwiększeniu zaledwie o 20 euro na
hektar do roku 2020.

W tej sytuacji będą one wynosiły w Polsce średnio w 2020 r. około 220 euro na
hektar (obecnie około 190 euro na hektar), co oznacza, że będą stanowiły
niewiele ponad 50 proc. tego, co otrzymują i będą otrzymywali np. rolnicy
niemieccy. Ta sytuacja będzie niezwykle groźna szczególnie dla gospodarstw
towarowych, ponieważ już w tej chwili waga dopłat w ich przychodach stanowi
blisko 60 proc., co oznacza, że tylko dzięki ich istnieniu rolnicy mogą osiągać
jakiekolwiek dochody ze swej działalności. Niestety, koszty wytwarzania w
Polsce, w tym w szczególności w rolnictwie, gwałtownie rosną, a tym samym są już
na podobnym poziomie jak koszty wytwarzania w takich krajach jak Niemcy i
Francja. Ba, coraz częściej polscy rolnicy się skarżą, że ceny środków ochrony
roślin, nawozów sztucznych, paliwa rolniczego są w Polsce wyższe niż u naszych
sąsiadów w Niemczech. Świadczy to o tym, że warunki konkurencji z rolnikami tego
kraju ulegają systematycznemu pogorszeniu, a już w zestawieniu z wysokością
dopłat bezpośrednich w Niemczech, wynoszących około 340 euro na hektar,
oznaczają poważne zagrożenie dla najbardziej towarowych gospodarstw w Polsce.

Gdyby polski rząd w zdecydowany sposób forsował tę sprawę choćby podczas
naszej prezydencji w UE i doprowadził do tego, że dopłaty bezpośrednie we
wszystkich krajach są na podobnym poziomie (tzn. przy niezwiększeniu wydatków na
dopłaty w budżecie UE wynosiłyby one około średnio 270 euro na hektar), to
środki na ten cel dla naszego kraju zwiększyłyby się z obecnych 3 mld euro do 4
mld euro rocznie.

W skali całego budżetu na lata 2014-2020 polscy rolnicy uzyskaliby
przynajmniej 7 mld euro więcej, a więc w wyrażeniu złotowym po obecnym kursie
przynajmniej 30 mld zł więcej. Takie pieniądze nie tylko byłyby dodatkowymi
impulsem rozwojowym dla tych gospodarstw, ale także szansą na względnie niskie
ceny żywności dla konsumentów w naszym kraju.

Dopłaty bezpośrednie bowiem wprawdzie zasilają przychody rolnika, ale tak
naprawdę powodują, że rolnik jest gotów zaakceptować na rynku niższe, niż to
wynika z kosztów wytwarzania, ceny sprzedawanych przez siebie produktów, a to z
kolei daje szansę na względnie niskie ceny żywności dla konsumentów.

 

Drastyczne sięganie przez rząd Tuska do kieszeni rolników

Exposé premiera Tuska mocno uderzyło w wieś i rolnictwo. Najmocniej zabolało
na razie wprowadzenie składki zdrowotnej płaconej przez rolników posiadających
więcej niż 6 hektarów przeliczeniowych gruntów rolnych w wysokości 1 zł za każdy
hektar, ale liczonej od każdej osoby będącej członkiem gospodarstwa domowego,
jeżeli ta osoba nie ma ubezpieczenia z innego tytułu (np. z tytułu nauki).

To obciążenie wydaje się niewielkie, natomiast dla gospodarstw ponad
6-hektarowych to jest znaczący dodatkowy wydatek. Rząd sam szacuje, że składki
te przyniosą w tym roku przynajmniej 200 mln zł, a w następnych latach
najprawdopodobniej będą podwyższane. Najwięcej niepokoju wzbudziła jednak dość
kategoryczna zapowiedź premiera dotycząca likwidacji KRUS. W tej sprawie rząd
Tuska chce zachowywać się skrajnie liberalnie. Takie specyficzne, wydzielone
systemy ubezpieczeniowe rolników istnieją przecież w każdym kraju UE. Likwidacja
KRUS i wprowadzenie do rolnictwa systemu ZUS-owskiego (być może z filarem
kapitałowym w OFE) to niewyobrażalny, kilkunastokrotny wzrost obciążeń
składkowych, który będą w stanie zaakceptować tylko 100-200-hektarowe
przedsiębiorstwa rolne. Pomysł na tego rodzaju reformę jest pomysłem na
likwidację znaczącej części gospodarstw w Polsce.

Niestety, wygląda na to, że działania rządu Tuska ku temu zmierzają, bo
jeżeli jeszcze dołożymy do tego proponowany właśnie podatek dochodowy, to z
pewnością spora część gospodarstw rolnych nie sprosta nowym wyzwaniom.

"Reformatorzy" próbują zachęcić rolników do przyjęcia tego rozwiązania. Skoro
działalność rolnicza przynosi przychody, a jednocześnie jest obciążona wysokimi
kosztami, występują także straty wynikające z nieurodzajów, klęsk żywiołowych,
to nie będzie problemu z podatkiem dochodowym, bo rolnik będzie mógł wykazać
brak dochodów albo nawet stratę.
Zresztą wpływy z podatku dochodowego od rolników mogą być niższe niż wpływy z
obowiązującego podatku rolnego. Ponadto są one przecież dochodami gmin, a
podatek dochodowy byłby odprowadzany wprost do budżetu państwa.

Wprowadzenie podatku dochodowego w rolnictwie to także odejście od
konstytucyjnej zasady, że podstawą polskiego rolnictwa jest gospodarstwo
rodzinne. Gospodarstwo rolne płacące podatek dochodowy, potraktowane jak zwykłe
przedsiębiorstwo, przestaje być podstawą ustroju rolnego Polski. Jest to więc
projekt niekonstytucyjny, grożący rewolucją na wsi.

Ten nowy podatek może być bardzo poważnym problemem także z innego powodu.
Rolnicy, płacąc dziś podatek rolny, mają kontakt z przyjaznym, swojskim urzędem
gminy, natomiast przeniesienie się pod władzę aparatu skarbowego może być
trudne, bo to będzie już zupełnie inny, nieznany dla rolników świat.
Bez doradztwa podatkowego, bez zlecenia prowadzenia rachunkowości gospodarstwa
firmie podatkowej rolnicy nie dadzą sobie rady. Obecnie na 1,5 mln gospodarstw w
Polsce z rachunkowością ma do czynienia co najwyżej kilkadziesiąt tysięcy (to
te, które z powodu dużych inwestycji zdecydowały się być podatnikami VAT). Tak
więc robiąc teraz tego rodzaju rewolucję i przeciągając w ciągu 2-3 najbliższych
lat wszystkie gospodarstwa do systemu podatku dochodowego, rząd Tuska nie wie,
na co się decyduje.

Wszystkie te zamierzenia sięgają głęboko do kieszeni rolników i mogą być
sposobem na błyskawiczną restrukturyzację polskiej wsi. Część gospodarzy
podniesie ręce i powie: zabierajcie tę ziemię. Część, poprzez narastanie
zobowiązań wobec KRUS (wtedy już chyba ZUS), urzędów skarbowych, będzie się
musiała zmagać z komornikami. Dziś ziemia w Polsce jest drogim, rzadkim dobrem,
a w warunkach podupadania gospodarstw rolnych stanieje i stanie się cennym,
łatwym łupem dla tych, którzy mają spore zasoby wolnej gotówki.

W tym miejscu wypada tylko przypomnieć, że w 2017 r. znikają ograniczenia w
dostępie do zakupu ziemi w Polsce dla rolników z innych krajów unijnych. Być
może nieliczne wielkoobszarowe gospodarstwa będą miały się nieźle, ale co
zrobimy z tym ponad milionem i ludźmi w nich pracującymi, którzy nagle znajdą
się bez środków do życia?

 

Brak krajowej polityki rolnej

Zafundowanie przemian społecznych na tak gigantyczną skalę, których skutków
nawet nie jesteśmy w stanie przewidzieć, to polityczna nieodpowiedzialność.
Coraz większym problemem polskiej wsi jest to, że zamiast dobrej polityki rolnej
wciąż mamy tylko nieodpowiedzialne i nieprzemyślane działania rządu PO – PSL.

Potrzebna jest krajowa polityka rolna. Powinna ona polegać na odpowiednim
sterowaniu środkami europejskimi. Tego sterowania w Polsce nie ma! Część
gospodarstw skorzystała z unijnego wsparcia (z II filara WPR po kilka razy),
inne, nawet te, które składały wnioski, ani razu. Niezwykle ważne jest
stosowanie wszystkich możliwych instrumentów korygowania sytuacji ekonomicznej w
rolnictwie – np. odpowiedniego poziomu zwrotu akcyzy na paliwo rolnicze, co przy
jego galopująco rosnących cenach jest rzeczą niesłychanie ważną. Potrzebne są
rozsądne decyzje dotyczące wszelkich rozwiązań podatkowo-składkowych. A dziś
można odnieść wrażenie, że rząd Tuska proponuje rozwiązania, które mają
prowadzić do trzęsienia ziemi.

Nieporozumieniem jest, że wszystkie decyzje dotyczące rolnictwa podejmuje
apodyktycznie minister finansów, a minister rolnictwa nie ma nic do powiedzenia
i siedzi cicho, uznając, że za politykę rolną tak naprawdę odpowiada tylko
Bruksela.

Polityki krajowej w rolnictwie po prostu nie ma! Nie mamy, jak inne kraje,
żadnej polskiej polityki rolnej w ramach europejskiej Wspólnej Polityki Rolnej i
nie chcemy wpływać na kształt tej unijnej.

Zbigniew Kuźmiuk
 poseł na Sejm RP (PiS)

drukuj