Przegrany bierze dzieci od piątku do niedzieli
Z Marcinem Gallem, przewodniczącym berlińskiego oddziału
Polskiego Stowarzyszenia Rodzice Przeciw Dyskryminacji Dzieci w Niemczech, współprowadzącym
audycję "Horror Jugendamt" w radiu internetowym Wolne Media, rozmawia
Marta Ziarnik
Kiedy rozmawialiśmy przed miesiącem, Marzenie Zdebiak udało się odzyskać
10-letniego syna, którego odebrano jej na mocy decyzji austriackiego Jugendamtu,
czyli urzędu ds. dzieci i młodzieży. Pana organizacja pomaga teraz innej
matce, Małgorzacie K., która o odzyskanie dzieci walczy z obywatelem Turcji…
– Sprawa Małgorzaty K. jest równie skomplikowana jak sprawa Marzeny Zdebiak.
Mamy tu do czynienia z typowym polsko-tureckim konfliktem rodzinnym. Sąd orzekł,
że dzieci zostają przy matce, ale ostatecznie Jugendamt postąpił wbrew tej
decyzji. Na spotkaniu w Jugendamcie pracownik tego urzędu zaproponował matce,
żeby ojciec opiekował się dziećmi od poniedziałku do piątku, a matka – od
piątku do niedzieli. Czyli de facto uznał ojca za osobę zdolną do
wychowywania dzieci. Znam bardzo dobrze tę sprawę, kontaktuję się z tą
rodziną od roku 2007. Z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że
ojciec, który notabene posiada bogatą kartotekę policyjną, nie nadaje się
do wychowywania dzieci. Mało tego, jako osoba niebezpieczna i bezwzględna,
powinien być od nich odseparowany. Podobnego zdania był zresztą sąd,
przyznając matce pełne prawa rodzicielskie.
Jugendamt nie wziął tego pod uwagę?
– Urząd zaproponował ojca jako osobę, która ma wychowywać dzieci. W moim
przekonaniu, decyzja pracownika nie była oparta na przesłankach prawnych. Małgorzatę
K. reprezentuje w sądzie bardzo dobry i uczciwy adwokat – mecenas Stefan Nowak.
Jestem przekonany, że ten doświadczony prawnik skutecznie poprowadzi sprawę.
Teraz głównym celem adwokata jest wykazanie w sądzie błędnej decyzji
pracownika Jugendamtu, a co za tym idzie, podtrzymanie orzeczenia sądu, który
stwierdził, że dzieci powinna wychowywać tylko ich matka. Z ramienia naszego
stowarzyszenia sprawę monitoruje Igor Kowalewski, wiceprzewodniczący oddziału
berlińskiego. Był on również obecny na pierwszej sprawie sądowej Małgorzaty
K.
Dlaczego Jugendamt postąpił w tym wypadku inaczej, niż zadecydował sąd?
– Decyzję Jugendamtu w tej sprawie oceniam w kategoriach politycznych. Turcy są
w Niemczech bardzo wpływowi, mają swoich przedstawicieli na różnych
szczeblach władzy. Nie należy zapominać również o realnym wsparciu, jakie
otrzymują od tureckiego rządu, czego niestety nie można powiedzieć o
stosunku kolejnych polskich rządów do sytuacji niemieckiej Polonii.
Jakie są szanse, że Małgorzata K. odzyska dzieci?
– Jestem przekonany, że mimo działania Jugendamtu ponownie możemy liczyć na
uczciwość i bezstronność Sądu Rodzinnego w Berlinie. Wiem z doświadczenia,
że sądy często mają odmienne zdanie od Jugendamtu. Jednak ze względu na
fakt, że instytucja ta znajduje się poza jakąkolwiek kontrolą organów państwa,
oficjalnie się o tym nie wspomina.
Często przywołuje Pan zdanie: "przegrany bierze dzieci od piątku do
niedzieli". Tak też się stało w tej sprawie…
– Rodzic, któremu Jugendamt przyzna opiekę nad dziećmi od piątku do
niedzieli, jest tylko kimś do spędzania z nimi wolnego czasu. Każdy normalny
rodzic chce uczestniczyć w wychowaniu swoich dzieci – chce również mieć
realny wpływ na ich rozwój, uczestniczyć w życiu codziennym dziecka, widzieć,
jak odrabia lekcje i jak zachowuje się w środowisku szkolnym, dzielić z nim
jego radości i problemy. Obecny system takiego rodzica od tego wszystkiego
izoluje, czyniąc go rodzicem "od święta", czyli osobą niemal zbędną
w życiu dziecka.
Jak wiem z doświadczenia, mamy tu do czynienia z systematycznym izolowaniem
dziecka od rodzica, gdyż po pewnym czasie informuje się takiego rodzica, że
jego dziecko nie chce mieć z nim kontaktu. Jugendamt ustala pytania i
odpowiedzi dziecka. Rodzic gorszej kategorii jest systematycznie, w miarę jak
dziecko dorasta, izolowany. Następstwem takiej z góry ustalonej decyzji są
spotkania nadzorowane przez jugendamtowskiego "specjalistę".
Charakterystyczne, że osoby, które prowadzą takie spotkania, przeważnie
wystawiają opinię, jakoby dziecko bało się rodzica albo nie łączyła go z
nim żadna pozytywna więź.
Marzena Zdebiak podkreślała, że kiedy jej syn przebywał w ośrodku opiekuńczym,
to te już i tak sporadyczne spotkania z dzieckiem były dodatkowo ograniczane i
odbywały się pod nadzorem. Dlaczego Jugendamt tak skrupulatnie pilnuje, by
widzenia rodziców z dziećmi były kontrolowane?
– Nie tylko ja uważam, że kryminalizowanie rodziców w Niemczech i Austrii
oraz próby udowadniania im patologii mogą być w pewien sposób wygodne dla
Jugendamtu, gdyż dzięki temu urząd dba o interesy swoich pracowników i firm,
które prowadzą spotkania nadzorowane. Spotkania te mają dodatkowy cel –
zapewnienie miejsc pracy ludziom, którzy klepią się po plecach i nazywają
fachowcami w sprawach dzieci. Również Jugendamt jako płatnik być może
oczekuje od tych ludzi odpowiedniej opinii – najlepiej takiej, że rodzic jest
patologiczny i że dziecko nie potrzebuje z nim żadnego kontaktu. Jugendamt płaci
i wymaga. Jeżeli opinia będzie inna niż oczekiwana przez urzędników, to
osoba wydająca tę opinię nie dostanie już kolejnych zleceń. Znam osobiście
kilka takich osób z Berlina, które powołując się na rzekome dobro dziecka,
w rzeczywistości kierowały się dobrem własnej kieszeni.
Jugendamt standardowo kieruje też dzieci i rodziców do psychologa. W
przypadku Marzeny Zdebiak to był główny powód odebrania jej Kacpra – matka
nie poszła z nim do psychologa…
– Psycholodzy czy psychiatrzy rodzinni zazwyczaj wystawiają opinię taką,
jakiej oczekuje Jugendamt. Tu również chodzi o biznes. Jeżeli taki psychiatra
czy psycholog chce mieć nowe zlecenia, to zapewne musi być wydajny, czyli musi
zarabiać na siebie i dla urzędu. Przypuszczam, że Jugendamt oczekuje od
takiego "specjalisty" opinii, iż rodzic nie nadaje się do
wychowywania własnych dzieci, i taką opinię od swojego "fachowca"
zazwyczaj otrzymuje.
W czym tkwi istota polityki Jugendamtu?
– Oficjalnie Jugendamt kieruje się tzw. dobrem dziecka, mimo że żaden z jego
wewnętrznych przepisów nie definiuje, czym to dobro jest. Ciągle mówi się o
tym, że pracownicy Jugendamtu to ludzie uczciwi, stawiający na pierwszym
miejscu dziecko i jego dobro. Jednak jak jest w rzeczywistości, najlepiej
pokazują przypadki, z którymi jako stowarzyszenie mamy do czynienia każdego
dnia.
Z moich obserwacji wynika, że polityka Jugendamtu ma na celu niejako szczucie
jednego rodzica przeciw drugiemu, tak żeby konflikt rodzinny ulegał
zaostrzeniu. Taka właśnie eskalacja sprawia, że pracownik Jugendamtu staje się
bardziej potrzebny, uzurpując sobie prawo do bycia "nadrodzicem".
Psycholodzy, pedagodzy, pediatrzy i adwokaci dzieci zarabiają na tej polityce
olbrzymie pieniądze.
Jugendamt odbiera dzieci także niemieckim rodzicom.
– To prawda. W skali roku są ich tysiące. Tylko że te osoby pozostają
anonimowe. Bardzo często ci rodzice są także nieświadomi przysługujących
im praw. Taką ikoną jugendamtowskiej dyskryminacji jest rodzina Haase, której
ten urząd odebrał siedmioro dzieci. Lissa Haase w wyniku działań Jugendamtu
popełniła samobójstwo. Jest również sprawa Sandry Himmel, która została
uprowadzona przez Jugendamt, a następnie faszerowano ją w domu dziecka
psychotropami. Jak sama opowiadała, pracownicy przywiązywali ją pasami do
krzesła. Ostatecznie zdesperowana i zmaltretowana psychicznie uciekła z tej
placówki i pojechała autostopem do Polski. Niemiecka dziewczynka postanowiła
szukać pomocy w Polsce i dopiero tam ją otrzymała.
Jestem przekonany, że obywatelstwo, jakie dziecko posiada, nie ma tu znaczenia.
Aczkolwiek nie mogę wykluczyć, że nie bez znaczenia jest sytuacja
demograficzna Niemiec, co sprawia, iż dla Jugendamtu liczy się, aby dziecko –
bez względu na jego pochodzenie – pozostało w Niemczech.
Ile dzieci rocznie odbiera rodzicom Jugendamt?
– Takie statystyki prowadzi zarówno Polskie Stowarzyszenie Rodzice Przeciw
Dyskryminacji Dzieci w Niemczech, jak też inne tego typu stowarzyszenia.
Tygodniowo mamy kilka zgłoszeń i skarg na Jugendamt. Również nasi
przyjaciele z organizacji ojców VAFK mówią, że z dnia na dzień przybywa im
nowych członków z osobistymi tragediami. Nic nam jednak nie wiadomo na temat
prowadzenia takich statystyk przez Jugendamt. Statystyki, które do nas napływają
z innych organizacji pozarządowych (głównie z organizacji zrzeszających ojców),
są przerażające. Wynika z nich, że w 2005 r. na mocy decyzji tego urzędu w
całych Niemczech odebrano rodzicom 28 400 dzieci. W roku następnym liczba ta
wzrosła o blisko 2 proc., co daje liczbę 28 800. Wynika z tego, że dziennie
odbierano 71 dzieci. W 2007 r. odebrano 28 200 dzieci. W 2008 r. w stosunku do
roku poprzedniego liczba odebranych dzieci wzrosła o 14,4 proc., co dało
przerażający wynik 32 300 odebranych rodzicom dzieci. Okazuje się więc, że
urzędnicy z roku na rok biją kolejne rekordy.
Jak długo trwa tego typu sprawa przed Jugendamtem?
– W Niemczech ok. 3 lat. Znam jednak przypadki, w których sprawa toczyła się
znacznie dłużej, bo aż do osiągnięcia przez dzieci pełnoletności.
Na licznych forach dla rodziców, którym Jugendamt odebrał dzieci, wytyka
się, że w urzędzie tym pracują ludzie niekompetentni. Głośnym echem odbiła
się historia półtorarocznej córeczki Liliany W. z Berlina, która przebywając
w ośrodku opiekuńczym Jugendamtu, wielokrotnie była bita i gryziona –
prawdopodobnie przez inne dzieci. Jak urząd tłumaczy tę sytuację?
– Na forach piszą ludzie, którzy przeżyli osobisty dramat. W pełni się z
nimi zgadzam i ubolewam nad faktem, że dochodzi do tak wielu rodzinnych
tragedii w demokratycznym państwie prawa.
Jeśli zaś chodzi o panią Lilianę W. i jej córeczkę, to jest to przypadek,
w którym zostało udowodnione ewidentnie naganne zachowanie odpowiedzialnych
ludzi na stanowiskach. Ta sprawa była i jest bardzo trudna. Udało się jednak
nie tylko wyrwać dzieci z domu dziecka, ale również, i to nie bez pomocy
naszego stowarzyszenia, umożliwić powrót dziewczynek do Polski. Dwie córki
Liliany W. są teraz w Polsce u kochającego ojca. Chcemy pogratulować mu
wielkiego zaangażowania, co miało decydujący wpływ na pozytywny werdykt w
tej sprawie.
W tym miejscu pragnę także w imieniu stowarzyszenia i rodziców, których
reprezentujemy, podziękować wielu zaangażowanym osobom bezinteresownie poświęcającym
swój czas i życie zawodowe dla spraw dzieci i ich rodziców dyskryminowanych
przez niemiecki Jugendamt. W szczególności zaś osobie, bez której nie
moglibyśmy świętować żadnego sukcesu – panu mecenasowi Stefanowi Nowakowi.
Ogromne podziękowania składam również redakcji "Naszego Dziennika"
i gronu przychylnych nam osób z różnych środowisk, a w szczególności
zaprzyjaźnionym psychologom, pedagogom, politykom i osobom prywatnym.
Do polskich oraz unijnych instytucji napływają każdego roku setki skarg i
petycji rodziców z prośbą o pomoc w odzyskaniu dzieci odebranych im przez
Jugendamt. Podobne pisma kieruje także Pana stowarzyszenie. W ilu przypadkach
adresaci podejmują realne działania?
– W poprzedniej kadencji Parlamentu Europejskiego polski europoseł Marcin
Libicki, były Przewodniczący Komisji Petycji w Parlamencie Europejskim,
wypracował bardzo dobry dokument roboczy w sprawie dyskryminacji przez
niemiecki Jugendamt. Dokument ten pomaga nam w walce z tym urzędem, gdyż możemy
udowodnić, że nowe przypadki nie są odosobnione. W tym czasie na forum
Parlamentu Europejskiego za dyskryminację językową został przeproszony przez
przedstawiciela rządu Niemiec jeden rodzic – Wojciech Pomorski. Jednak poza tym
przypadkiem w tej kadencji brakuje reakcji ze strony Parlamentu Europejskiego na
petycje i interpelacje w sprawie Jugendamtu. Sporo mówi się o pomocy
politycznej, ale tak naprawdę słowa nie mają konkretnego pokrycia w działaniach
instytucji europejskich.
Na portalach dla rodziców pokrzywdzonych przez Jugendamt bardzo często
odnaleźć możemy nawiązania do procesu z Worms. O co chodziło w tej sprawie?
– Sprawa z Worms była najgłośniejszą w Niemczech sprawą o pedofilię. W
wyniku działań Jugendamtu i jeszcze jednej organizacji "pomagającej"
dzieciom 25 osób – głównie rodziców – oskarżono o molestowanie seksualne
dzieci. W czasie prowadzenia sprawy, czyli w latach 1993-1997, dzieci przebywały
w domu dziecka, gdzie nakłaniano je do składania fałszywych zeznań. Później
wszystkie te osoby uniewinniono, ale i tak ich życie zostało zniszczone.
Dyrektor domu dziecka stracił pracę, a w 2008 r. został oskarżony o praktyki
pedofilskie wobec podopiecznych. W 2009 r. skazano go na rok pozbawienia wolności
w zawieszeniu i czasowo (!) odebrano mu prawo do wykonywania zawodu. Pedofilia w
niemieckich domach dziecka jest bardzo trudna do udowodnienia. Zazwyczaj takie
sprawy wychodzą dopiero po latach.
Dziękuję za rozmowę.
