Prywatne lecznice podkupują specjalistów

Narodowy Fundusz Zdrowia rozpoczął kontraktowanie świadczeń na
przyszły rok, ale nic nie wskazuje na to, że zwiększą się limity
przyjęć. Czy szpitale prywatne, których z każdym tygodniem przybywa,
poprawią sytuację na rynku usług medycznych, okazując się gwoździem
do trumny dla nierentownych oddziałów w publicznej służbie zdrowia?

Pacjentom wszystko jedno, czy będą korzystać ze świadczeń w
placówkach państwowych czy prywatnych, pod warunkiem, że za te
ostatnie nie będą musieli płacić. Dla placówek publicznych nie jest
to już takie obojętne. Na przykład na Podkarpaciu ostatnio powstały
Szpitale Ginekologiczno-Położniczy Pro-Familia oraz Centrum
Chirurgii Naczyniowej i Endowaskularnej. Jeżeli otrzymają kontrakt z
NFZ, można liczyć na to, że usługi będą bezpłatne, ponadto poprawią
się warunki leczenia. W innym przypadku pacjentom pozostaną
dotychczasowe szpitale. Tymczasem dyrektorzy publicznych placówek
obawiają się prywatnej konkurencji m.in. z powodu problemów
kadrowych. Okazuje się, że lekarze specjaliści przyjmują
korzystniejsze oferty prywatnych szpitali, a odchodząc z publicznych
placówek, pod znakiem zapytania stawiają ich dalszą działalność. Tak
jest m.in. z oddziałami neonatologii w Wojewódzkim Szpitalu
Specjalistycznym w Rzeszowie czy oddziałem chirurgii naczyniowej w
Szpitalu Miejskim w Rzeszowie. Jak podkreślają dyrektorzy
poszkodowanych szpitali, albo uda się ściągnąć specjalistów z
zewnątrz i zagrożone odziały będą w stanie przetrwać, albo w innym
przypadku oddziały te, nie spełniając wymaganych kryteriów, znikną z
mapy usług medycznych Podkarpacia. Dodatkowo pracę mogą stracić inne
osoby zatrudnione na tych odcinkach.

Zyski i obowiązki

Problem nie dotyczy jedynie Rzeszowa. Podobnych sytuacji obawiają
się dyrektorzy szpitali w Przemyślu i Tarnobrzegu. Jak podkreśla
Wojciech Wąsik, dyrektor Szpitala Wojewódzkiego w Tarnobrzegu,
problem nie dotyczy lukratywnych dziedzin medycznych, które zawsze
na siebie zarobią, ale kłopot jest z mniej rentownymi. – Szpitale
prywatne, komercyjne powstają w tych dziedzinach, które są najlepiej
płatne i refundowane przez NFZ, przy jak najmniejszym wkładzie
kosztowym – powiedział nam Wąsik. Dyrektorzy publicznych lecznic
narzekają, że pod względem praw niepubliczne szpitale są traktowane
na równi z ich placówkami, natomiast jeżeli chodzi o obowiązki, to
prywatne placówki ich praktycznie nie mają. – Szpitale publiczne
muszą przyjąć każdego pacjenta bez względu na jego stan, natomiast
szpitale komercyjne nie. Przyjmują tych pacjentów, których leczenie
się opłaca, natomiast bardziej kosztochłonne przypadki odsyłane są
do placówek publicznych – wyjaśnia dyrektor Wąsik. To oznacza, że
przyjmują tylko pacjentów galanteryjnych, wykonując zyskowne
zabiegi, a kosztochłonnych odsyłają do szpitala publicznego, który
musi realizować drogi proces leczniczy. Na porządku dziennym są
sytuacje, np. w przypadku drobnych zabiegów ortopedycznych czy
laryngologicznych, gdzie pacjent w szpitalu prywatnym przebywa dzień
lub dwa. – W przypadku powikłań, komplikacji czy zagrożenia życia,
co także się zdarza, taki pacjent trafia już do szpitala
publicznego, który ponosi wysokie koszty leczenia i otrzymuje za to
znikomą gażę. Natomiast pieniądze za zabieg główny, który jest
najlepiej płatny, inkasuje placówka prywatna – dodaje dyrektor
Szpitala Wojewódzkiego w Tarnobrzegu. Często mówi się o fenomenie
dobrze prosperujących szpitali niepublicznych, prywatnych, czy
przekształconych w spółki prawa handlowego, zestawiając je z
zadłużonymi placówkami publicznymi. Zapomina się jednak przy tym, że
zyskowne i mało kosztowne zabiegi trafiają do szpitali komercyjnych,
tymczasem do publicznych placówek trafiają ciężkie, kosztochłonne
przypadki.

Na przegranej pozycji

Podobnego zdania jest Mirosław Leśniewski, dyrektor Wojewódzkiego
Szpitala Podkarpackiego im. Jana Pawła II w Krośnie, który
przypomina, że szpitale prywatne powstają tylko w dziedzinach
opłacalnych, mniej rentowne świadczenia wykonują jedynie szpitale
publiczne i m.in. stąd wynikają ich problemy finansowe. – Tym, w
czym możemy zarobić, musimy się dzielić ze szpitalami prywatnymi,
natomiast dziedziny nieopłacalne pozostają na naszym utrzymaniu –
powiedział nam dyrektor Leśniewski. Lekarze i dyrektorzy publicznych
lecznic zastanawiają się także, kto będzie leczył pacjentów w
dziedzinach gorzej opłacanych przez NFZ. Dodatkowym problemem jest
to, że w Funduszu pieniędzy wcale nie przybywa. – Jeżeli konkretne
usługi w szpitalach prywatnych zostaną zakontraktowane przez NFZ, to
szpitale publiczne o podobnych specjalnościach mogą już nie otrzymać
tych środków – podkreśla w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" Janusz
Hamryszczak, dyrektor Szpitala Wojewódzkiego w Przemyślu. Wskazuje,
że konsekwencje utworzenia np. Szpitala Ginekologiczno-Położniczego
Pro-Familia w Rzeszowie są odczuwalne także w Przemyślu. Na skutek
tzw. migracji wewnętrznej lekarzy szpital stracił jednego
neonatologa, a dodatkowo ma problemy z ginekologami, którzy żądają
podwyżki wynagrodzeń. – Na ryku lekarzy jest tak jak na każdym innym
rynku, gdzie decyduje wynagrodzenie. Tymczasem jako placówka
publiczna jesteśmy ograniczeni możliwościami finansowymi. Ponadto
windowanie jednej grupie lekarzy wynagrodzeń, co ma miejsce w
placówkach prywatnych, odbija się negatywnie na pozostałych grupach
zarówno lekarskich, jak i pozalekarskich. Jako dyrektor placówki
publicznej nie jestem w stanie swoim lekarzom zapewnić takich
warunków – tłumaczy dyrektor Hamryszczak. W takiej sytuacji szpital
publiczny opierający się na środkach z NFZ jest z góry na pozycji
przegranej w stosunku do prywatnego biznesu, który ustala
wynagrodzenia swoim lekarzom, kierując się wyłącznie rachunkiem
ekonomicznym. W sytuacji tworzenia prywatnych lecznic medycy, którzy
i tak zarabiają niemało, czują się coraz pewniej, żądając podwyżek,
a w przypadku odmowy grożą odejściem do prywatnych
świadczeniodawców. – Lekarze specjaliści są kuszeni lukratywnymi
propozycjami, m.in. również udziałem w zyskach od poszczególnych
badań czy chociażby wykonywanych zabiegów – tłumaczy dyrektor
Szpitala Wojewódzkiego w Tarnobrzegu Wojciech Wąsik. Szpitale
publiczne, które często wiążą koniec z końcem, nie mogą im zapewnić
podobnych warunków. – Od początku stoimy na przegranej pozycji, bo
wszystkie NZOZ-y dobierają sobie specjalistów, o czym zresztą też
dowiadujemy się na szarym końcu, np. że od jutra ubywa mi dwóch czy
trzech lekarzy, bo wcześniej nikt się tym przecież nie chwali – mówi
dyrektor krośnieńskiego szpitala Mirosław Leśniewski. Przypomina, że
w tej chwili szpital, którym kieruje, obłożony jest w ok. 60
procentach, co znaczy, że placówka pracuje na dwie trzecie swoich
możliwości. Przy czym i tak już przekroczyła tegoroczny kontrakt o
ok. 3,5 miliona złotych i to tylko przyjmując chorych w sytuacji
zagrożenia życia. Tymczasem we wszystkich oddziałach są kolejki do
przyjęć planowych, których z uwagi na brak kontraktu szpital nie
może zrealizować. Takie sytuacje można określić mianem konkurencji,
ale czy zdrowej, to już zupełnie inny temat. Dlatego Janusz Solarz,
dyrektor Szpitala Wojewódzkiego nr 2 w Rzeszowie, uważa, że
specyficzny rynek, jakim są usługi medyczne, wymaga szeregu
regulacji, w tym zdefiniowania potrzeb, stworzenia sieci usług. W
innym przypadku walka o kontrakty pomiędzy placówkami publicznymi a
prywatnymi będzie marnotrawieniem publicznych środków, a przegranym
w tej walce zawsze będzie pacjent.

Karetki nie wyjadą z garażu

Szpitale publiczne martwią się perspektywą utraty kontraktów. Tak
jest np. w Krośnie, gdzie szpital obawia się utraty kontraktu na
karetkę neonatologiczną, która kosztowała niemało pieniędzy, a
wkrótce może stanąć bezczynnie w garażu. – Nasza karetka, w
przypadku której podniesienie referencyjności kosztowało sporo
pieniędzy, dziś obok karetki z Wojewódzkiego Szpitala
Specjalistycznego w Rzeszowie obsługuje teren całego województwa
podkarpackiego. Tymczasem jeszcze bardziej nowoczesną karetkę
zgłosił do NFZ nowy szpital Pro-Familia w Rzeszowie – informuje
Mirosław Leśniewski, dyrektor krośnieńskiego szpitala. To może
wskazywać, że jedna z karetek kupionych za publiczne pieniądze okaże
się niepotrzebna i w konsekwencji straci kontrakt. – Negocjacje w
sprawie kontraktowania usług medycznych trwają i pozostają niejawne,
a jaki kształt i dla kogo korzystny przybiorą, okaże się już wkrótce
– oznajmia Marek Jakubowski, rzecznik podkarpackiego oddziału NFZ w
Rzeszowie. Kształt przyszłorocznych kontraktów pokaże kierunek
przepływu środków w Funduszu. Pewne jest, że nowe prywatne podmioty
na rynku usług medycznych mają przewagę, bo ich parametry finansowe
są tak dobrane, by przynosiły zyski. Inaczej jest w szpitalach
publicznych, które muszą leczyć zarówno w specjalnościach
opłacalnych, jak i deficytowych. W tej sytuacji pozycja
konkurencyjna szpitali publicznych jest zawsze gorsza i jak na razie
trudno liczyć na to, że będzie lepiej.
 

Mariusz Kamieniecki

drukuj