Promocje bez promocji
Zapewne wielu klientów sklepów, zwłaszcza wielkich sieci handlowych, miało niekiedy wrażenie, że promocje, które są ogłaszane, wcale nie oznaczają tańszych zakupów. Te podejrzenia potwierdza ostatni raport Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, który wziął pod lupę sklepowe promocje. I konkluzja z niego płynąca jest niewesoła: handlowcy, organizując promocje, często oszukują klientów.
– Towary w promocji są często droższe niż przed przeceną, a za tzw. gratisowy upominek dołączany do jakiegoś towaru trzeba jednak zapłacić – to najważniejsze ustalenia kontrolerów Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK). Odwiedzili oni blisko 80 placówek handlowych w ośmiu województwach (wielkopolskim, małopolskim, dolnośląskim, śląskim, pomorskim, kujawsko-pomorskim, lubuskim i podkarpackim). W większości były to super- i hipermarkety zachodnich sieci. Okazało się, że nieprawidłowości w zakresie promocji dotyczyły aż co czwartego towaru. Nie można więc powiedzieć, że oszukiwanie klientów podczas promocji to jakieś jednostkowe, incydentalne przypadki. W niektórych placówkach to niestety stała praktyka.
Kontrolerzy stwierdzali, że na półkach sklepowych lub opakowaniach towarów była informacja, która błędnie sugerowała kupującym, iż nabywają towar za niższą cenę albo do danego produktu jest dołączony bezpłatny upominek. Tymczasem produkt w promocji wcale nie jest tańszy niż przez rzekomą przeceną albo nawet droższy, a za upominek de facto i tak trzeba zapłacić.
Okazuje się też, że owe nieprawidłowości, o których informuje UOKiK, są obserwowane już od dawna.
Wiosną tak samo
Urząd przeprowadził podobną kontrolę wiosną ub.r. i wykazała ona niemal identyczne „grzeszki” popełniane przez handlowców w czasie promocji. Wtedy się okazało, że nieprawidłowości dotyczyły co trzeciego skontrolowanego towaru. Poza tym aż jedna czwarta produktów, na które rzekomo obniżono cenę, była sprzedawana po starej cenie. Były też problemy z „gratisami”. Zresztą pomysłowość handlowców jest chyba nieograniczona. Wiele na ten temat mogą powiedzieć byli i obecni pracownicy supermarketów, a także niektórzy bardziej świadomi i uważni klienci.
Bardzo często w sklepach nie zmienia się cen i ogłasza promocję. Ten chwyt działa, bo większość klientów robi zakupy niezbyt uważnie, nie pamięta starych cen, więc dają się na to nabrać. Ponadto wystarczy zmienić miejsce towaru „promocyjnego” na półce i osiąga się podobny efekt. W marketach stosuje się też przestawianie stoisk (żeby klient nie przyzwyczaił się do jednego miejsca), a przy okazji można też ogłaszać przeceny towaru. Inny manewr polega np. na wrzucaniu produktów do dużych koszy z napisem „promocja”, co też stwarza wrażenie, że oferuje się kupno towaru po obniżonej cenie.
– Dwa lata pracuję w tej branży, a już poznałem chyba wszystkie sztuczki promocyjne – opowiada Artur, pracownik supermarketu elektronicznego. – Czasami rzeczywiście ogłaszamy promocję, choć faktycznie nie obniżamy ceny towaru. Inny sposób to zmiana ceny, a konkretnie jej znaczne podwyższenie na kilka dni przed promocją. I wtedy, gdy rusza „promocja”, cena w rzeczywistości jest na poprzednim poziomie albo nawet nieco wyższa. Jednak swoje robi kartka, na której stara wysoka cena jest przekreślona, a obok widnieje nowa, niższa. A wielu klientów rzuca się na zakupy, bo są przekonani, że natrafili na wyjątkową okazję – tłumaczy nasz rozmówca.
Sprzedawca podaje przykład jednego z modeli telewizorów, który przed „promocją” można było kupić za prawie 6 tys. zł, a gdy ją ogłoszono, telewizor kosztował o tysiąc złotych więcej. I co ciekawe, sprzedaż była o wiele lepsza, gdy na półkach stanęły droższe, ale „promocyjne” odbiorniki.
Promocja ograniczona
Inny sprytny wybieg, jaki robią handlowcy organizujący promocje, polega na tym, że obniżona cena dotyczy niewielkiej liczby produktów. Frustracja dotyka często właśnie klientów kupujących sprzęt elektroniczny i komputerowy, czyli towar, który często jest bardzo drogi. Dlatego wiele osób czyha na specjalne okazje, aby zaoszczędzić przynajmniej kilkaset złotych, a czasami nawet i kilka tysięcy, gdy kogoś stać np. na bardzo drogi laptop, telewizor plazmowy lub wysokiej klasy kino domowe. Z tego powodu opłaca się pojechać nawet do innego miasta. I polujący na takie promocje często wychodzą ze sklepów rozczarowani. – Już kilkanaście razy jeździłem do różnych centrów handlowych w Warszawie, bo ogłaszano tam promocje na komputery. I jakoś nigdy na tani towar nie trafiłem, chociaż przychodziłem do sklepu tuż po jego otwarciu – mówi Grzegorz Czubak, student Politechniki Warszawskiej. – To na pewno nie jest mój pech, tylko pewnie oszustwo.
I podejrzenia Czubaka mogą być jak najbardziej słuszne. Bo zdarza się niejednokrotnie, że sklep ogłasza wielką promocję, ale po niższej cenie można kupić niewiele produktów. – W tamtym roku obniżyliśmy ceny na pralki, lodówki, kuchenki i inny sprzęt jednej z zachodnich firm. Ale w rzeczywistości po niższej cenie można było kupić tylko kilka lodówek i pralek. Promocja trwała więc tylko kilka minut – opowiada Ilona Rzeczkowska, była kasjerka w jednym z niemieckich supermarketów.
Niejednokrotnie zdarza się również, że promocja obejmuje końcówki partii jakiegoś produktu, choćby kosmetyków i innych wyrobów chemicznych. Trudno więc czasem nazywać takie akcje promocjami. W innych przypadkach obniżka cen dotyczy produktów wadliwych, np. z uszkodzonymi opakowaniami, i to także nie jest faktycznie promocja, bo przecież po normalnej cenie i tak nikt by takiego towaru nie kupił.
Promocja na niby
Bardzo często niestety mamy do czynienia ze zwyczajnymi oszustwami, gdy faktyczna cena towaru nie jest wcale promocyjna. O jednym ze sposobów pisaliśmy nieco wyżej. Ale możliwości oszukiwania jest więcej. Na pewno wielu Czytelników widziało w sklepie produkt, na opakowaniu którego widnieje napis: „25 %”, „50 %” czy nawet „100% gratis”. I klient, licząc na to, że sporo zaoszczędzi, idzie na zakupy. Jeśli jednak jest nieuważny, da się nabrać na „hojność” handlowca.
Maria Kucharczyk bardzo starannie sprawdza ceny, poza tym – jak zapewnia – ma w tym względzie doskonałą pamięć. Nieraz więc udawało się jej „złapać” sklep na manipulacji. – Nie tak dawno widziałam reklamę jednego ze środków do mycia naczyń. Większa o połowę butelka miała oznaczać tańsze zakupy. Tymczasem, jak policzyłam, ta butelka jest o ponad 60 proc. droższa od zwykłej, a więc faktycznie ten, kto nabrał się na promocję, przepłacił ponad 10 procent – relacjonuje kobieta. – Innym razem podobną „promocję” widziałam na półce z proszkami do prania, gdzie 2 paczki kupowane jednocześnie miały być tańsze od zakupionych oddzielnie. Ale podwójna paczka była droższa o 3 zł – dodaje.
Najbardziej jednak panią Marię rozbawiła wizyta w markecie tuż przed Świętami Bożego Narodzenia. Ponieważ wtedy ludzie kupują dużo słodyczy, więc i na tym stoisku pełno było wywieszek o promocji. – Wiadomo, że zazwyczaj cukierki kupowane luzem są tańsze od tych już zapakowanych. Teraz było jednak inaczej. Bo kilogram cukierków czekoladowych znanej niemieckiej firmy sprzedawany luzem był o prawie jedną trzecią droższy od takich samych, ale paczkowanych. Ale wiele osób raczej na to nie zwracało uwagi i kupowało droższe.
Gratis nie za darmo
Klienci nie kryją zdenerwowania, gdy okazuje się, że zostali wywiedzeni w pole przez sprytnych handlowców. Ale tak naprawdę tylko niewielu ma tego świadomość, bo gdy raz się „sparzą”, potem są bardziej ostrożni. Jednak tysiące z nas wciąż padają ofiarą fałszywych promocji, choćby w przypadku, gdy do produktu jest dołączany „gratis”. Na półkach sklepowych można np. znaleźć duże opakowanie szamponu z „darmową” odżywką, czekoladę z dołączonym batonikiem, jedno duże i jedno małe, teoretycznie bezpłatne opakowanie proszku albo dwie tubki pasty do zębów. Gdy jednak bliżej przyjrzymy się cenie, to okaże się, że „gratis” wcale nie jest bezpłatny. Pracownica działu z artykułami dla dzieci opowiada, że ostatnio miała nieprzyjemną rozmowę z jedną z klientek. Kupiła ona dużą paczkę jednorazowych pieluch, do której była dołączona rzekomo za darmo paczka chusteczek do pielęgnacji niemowląt. Ale okazało się, że „promocyjne” kosztowały więcej niż te, które kupiła wcześniej. Cena kompletu była zresztą wyższa, niż gdyby kupiła oddzielnie pieluchy i chusteczki. – Nie dziwię, że ta pani była zła, ale to też nie była moja wina, bo nie ja przecież decyduję o cenie – mówi.
Z kolei jeden z klientów działu z kosmetykami opowiadał, jak znany supermarket zakpił sobie z osób kupujących maszynki do golenia. Do produktu znanej firmy był dołączony rzekomo za darmo bezpłatny zestaw kompletu trzech ostrzy. Ale maszynka bez promocji kosztowała niecałe 40 zł, a ta w promocji ponad 75, o ponad 5 zł więcej niż maszynka i ostrza kupowane oddzielnie.
Mniejsza waga
Pomysłów promocyjnych jest jeszcze więcej, a do tych bardziej znanych należy też manipulowanie przy wadze produktu. Może się bowiem okazać, że np. cena jakiegoś wyrobu spadła o 10 proc., ale w rzeczywistości doszło do jego podwyżki. Bo wcześniej towar był sprzedawany w opakowaniu o wadze pół kilograma, a teraz jest to np. 400 gramów, czyli o 20 proc. mniej. Inne nieprawidłowości, jakie można spotkać w sklepach, dotyczą sytuacji, gdy co prawda podawana jest promocyjna cena, ale nie wiadomo, za jakie opakowanie: kilogramowe czy może mniejsze? Klient zazwyczaj pewnie liczy na tę pierwszą ewentualność, ale często przy kasie jest rozczarowany.
Poza tym w przypadku niektórych promocji stosowany jest zabieg polegający na tym, że podawana jest cena netto, bez podatku VAT. A gdy przy kasie okazuje się, że trzeba dopłacić 22 proc., dla nikogo nie jest to przyjemne. A niejednokrotnie przecież jest tak, że cena na półce, która ma przyciągać klienta, okazuje się niższa od tej, która jest wybijana na kasie. Gdy ktoś robi spore zakupy, ma kosz pełen produktów, może tego nie zauważyć.
Przykłady nadużyć handlowców można mnożyć, co jeszcze bardziej powinno wzmagać czujność kupujących. Z ostrożnością powinniśmy już czytać gazetki reklamowe, zachęcające do robienia zakupów w supermarkecie. Bo często lista produktów „promocyjnych” jest nieaktualna. I najważniejsze jest bardzo uważne czytanie cen i ich porównywanie z towarem nieobjętym „promocją”. Wtedy rzeczywiście zrobimy zakupy taniej, inaczej wyjdziemy tylko ze sklepu z fałszywym przekonaniem, że zaoszczędziliśmy sporo pieniędzy.
