Prezydencja, czyli eurotrampolina Tuska
Nasza prezydencja była absolutnie bierna, wycofana, nieaktywna. Posłużyła
osobistym ambicjom Donalda Tuska, myślącego o karierze w strukturach Unii
Europejskiej. Była prezydencją bez wizji, ładu i składu. Jej mottem mógłby być
skrót BMW. Jednak nie chodzi tu o niemieckie auto, lecz o skrót od słów:
bezczynność, minimalizm, wasalizm. Dla Polski i Polaków był to czas w praktyce
stracony.
Metr z Sřvres bierności
Jednak dla Niemców, Francji czy Unii jako takiej to półrocze nie było
politycznym wyzwaniem. Polska Donalda Tuska niczego nie żądała, nie chciała, nie
domagała się, nie stawiała w praktyce żadnych poważnych postulatów, nie
przedstawiała jakichkolwiek roszczeń czy rewindykacji. Była metrem z Sřvres
bierności. Czy w tej sytuacji może dziwić, że rząd PO – PSL uznany był za
partnera wręcz idealnego? Ekipa Tuska była absolutnie koncyliacyjna i
bezkonfliktowa – po prostu zgadzała się na wszystko. W praktyce we wszystkich
kluczowych sprawach premier III RP powtarzał za kanclerz Angelą Merkel – jak za
panią matką – to, co powtórzyć powinien. Przez te niemal sześć miesięcy Warszawa
nie miała żadnego własnego pomysłu, własnej wizji, własnego konceptu: ani na
kryzys w Europie, ani na tempo rozszerzenia UE w przyszłości, ani na narastający
problem emigrantów z innych kontynentów, ani na islamskie rewolty w krajach
arabskich. Minister Sikorski nie wykreował niczego własnego, oryginalnego –
powtarzał jedynie jak papuga wszelkie możliwe eurozaklęcia czy euroslogany.
Rząd Tuska może śmiało powiedzieć, że polska prezydencja była "na piątkę".
Rzeczywiście, była taka w dwóch obszarach: w propagandzie i w politycznej
poprawności. Tyle że nic z tego nie wynikło ani dla Polski, ani dla Polaków.
Dotychczas każda w praktyce prezydencja – może z wyjątkiem ostatniej
prezydencji Belgii w 2010 roku, kiedy ten kraj, targany narastającym konfliktem
flamandzkiej większości z walońską mniejszością, bił rekordy Europy w
funkcjonowaniu… bez rządu! – starała się podczas swojego przewodnictwa w Unii
Europejskiej bądź narzucić całej Unii jako jeden z priorytetów swój specyficzny,
regionalny temat, bądź wykorzystać swoją specyfikę, profil gospodarczy. Ku
zaskoczeniu wielu obserwatorów Polska nie poszła w żadnym z tych kierunków.
Interes narodowy, a nie oklaski
Prezydencja stosunkowo niedużego (choć o dumnej historii) kraju, jakim są Węgry,
potrafiła wygenerować priorytet o nazwie Strategia Dunajska. W praktyce
oznaczało to, że Węgry stały się beneficjentem różnego rodzaju programów
pomocowych i projektów związanych z rozwojem państw i regionów, przez które
przepływa Dunaj. Wzmocniło to też w istotny sposób – w sytuacji niedobrego
międzynarodowego wizerunku rządu Victora Orbána, który postawił na walkę o
węgierski interes narodowy kosztem pochwał i oklasków, jakie czekałyby go, gdyby
myślał w kategoriach "całej Europy" – pozycję Budapesztu wśród państw
członkowskich UE, zarówno starych, jak i nowych, przez które przepływa Dunaj.
Podaję przykład Węgier, bo to dobra ilustracja sytuacji, w której państwo
niebogate (choć bogatsze od Polski pod względem PKB na głowę mieszkańca), będące
w Unii od niedawna, potrafiło wykorzystać swoje pięć minut, a raczej sześć
miesięcy dla wzmocnienia swojej pozycji na arenie międzynarodowej i wyciągnięcia
z tego tytułu korzyści gospodarczych. Premier Tusk zapewniał, że polska
prezydencja wykorzysta doświadczenia prezydencji węgierskiej, ale – jak zwykle w
jego przypadku – na słowach się skończyło.
Jednak przykładów zaprzęgnięcia całej UE dla realizacji swojej polityki
regionalnej podczas przewodnictwa w unijnych strukturach jest więcej. Nie na
darmo bogata Szwecja wymyśliła jako swój priorytet (rok 2009) Strategię Morza
Bałtyckiego. Sztokholm wiedział, że to nie tylko wzmocni jego pozycję wśród
krajów skandynawskich i w regionie Bałtyku, ale będzie także pretekstem, aby
odzyskać większą część (niż normalnie) ze sporej składki członkowskiej.
Królestwo Szwecji bowiem, będąc najbogatszym krajem Europy pod względem dochodu
na jednego mieszkańca (obok Norwegii i Szwajcarii), a najbogatszym w ramach
Wspólnot Europejskich, zdawało sobie doskonale sprawę, że musi się uciekać do
nadzwyczajnych powodów, aby przepływ środków finansowych między Sztokholmem a
Brukselą nie był tylko ulicą jednokierunkową. Tak było zresztą już przy
wchodzeniu tego kraju do Unii. Nie dość, że Szwecja (skądinąd obok Finlandii)
wywalczyła sobie derogację – czyli wyjątek od unijnych reguł gry w zakresie
utrzymania u siebie wyższych, surowszych standardów ekologicznych niż w
pozostałych krajach członkowskich UE – to dodatkowo wymusiła na eurostrukturze,
do której była przyjmowana, wprowadzenie… nowego kryterium otrzymywania
unijnych środków. Szwecja, jedno z dwóch największych pod względem terytorialnym
państw UE (obok Francji), ma 10 tys. km kw. na północy kraju niemal całkowicie
niezaludnione. Stąd też przeforsowała jako podstawę ekstraświadczeń dla siebie
nowe kryterium: małej liczby osób przypadających na 1 km kw. w poszczególnych
regionach. Oczywiście, ta kombinacja była jak ustawiony przetarg: z góry było
wiadomo, kto będzie tego głównym odbiorcą.
Niewykorzystana szansa geopolityczna
Słyszeliśmy i czytaliśmy, że nasze położenie geopolityczne, które przez wieki
było klątwą dla Rzeczypospolitej, teraz – dzięki obecności w Unii Europejskiej –
stanie się polską szansą, ba, trampoliną. Tak może i rzeczywiście mogłoby być,
ale wymagałoby to posiadania przez Warszawę z jednej strony wizji tego, jaką
politykę wschodnią ma prowadzić i co może narzucić z polskich postulatów w
polityce wschodniej UE, a drugiej strony aktywnego, kompleksowego skorzystania z
instrumentu, jakim dla realizacji własnych interesów narodowych jest, raz na
kilkanaście lat, unijna prezydencja. Tymczasem rząd Donalda Tuska nie miał i nie
ma ani pierwszego, ani drugiego. Rozumiem, że minister Radosław Sikorski chce
czy musi upominać się o prawa homoseksualistów na Białorusi w czasie swojej
wizyty w Moskwie i rozmowie z prezydentem Łukaszenką, ale trochę to chyba mało
jak na polską czy unijną politykę wschodnią.
Właśnie pod względem polityki regionalnej ostatnie półrocze jest dla
Rzeczypospolitej czasem permanentnego "grzechu zaniechania" i okresem straconych
szans. Próba reanimowania Partnerstwa Wschodniego całkowicie się nie powiodła, o
czym świadczył szczyt PW w Warszawie, zakończony całkowitym fiaskiem. W gruncie
rzeczy Warszawa nic nie ugrała w tym obszarze w ostatnich sześciu miesiącach i
zachowywała – mówię o politycznej praktyce, a nie o wymiarze werbalnym – wobec
Wschodu doskonałą obojętność, jaka jest udziałem, dajmy na to, Lizbony czy
Dublina, a więc stolic położonych najdalej od wschodniej flanki Unii.
Nieumieszczenie takiego właśnie "wschodniego" priorytetu polskiej prezydencji
jest tym bardziej niesamowite, że Polska ma najdłuższy, obok Finlandii, odcinek
granicy wschodniej UE spośród wszystkich krajów członkowskich.
Zignorowane postulaty
Państwa, które przed nami kierowały Unią, starały się profilować swoją
prezydencję pod kątem własnej specyfiki gospodarczej. Było jasne, że Londyn,
Berlin czy Sztokholm nawet nie zająkną się o kwestiach rolnictwa, ale będzie to
w ten czy w inny sposób ważne dla Paryża, Rzymu, Aten, Madrytu czy Lizbony.
Wiadomo też, że Berlin, Londyn czy Kopenhaga nie będą zabiegać o zwiększanie
budżetu UE ani angażować się w walkę o poszerzenie środków z Funduszu Spójności
w ramach unijnego budżetu. Można też z dużym prawdopodobieństwem założyć, że
najbogatsze kraje Unii, mające najlepsze uczelnie i ośrodki badawcze, będą
skłaniać się ku zwiększeniu tego kawałka unijnego "tortu", który przeznaczony
jest na badania naukowe i innowacje. To oczywista oczywistość.
Tym bardziej kompletnie niejasne jest dla mnie, dlaczego okres polskiej
prezydencji nie został wykorzystany przez koalicję PO – PSL do przygotowania
zmian CAP (Common Agricultural Policy) tak, aby zrównać wysokość dopłat dla
polskich rolników ze znacznie wyższymi limitami przeznaczonymi dla zachodnich
farmerów (w RFN, Włoszech i Holandii są one mniej więcej dwa razy większe niż te
dla Polaków!). Premier Tusk z ministrem Sawickim, czyli obie partie koalicyjne
nie kiwnęły w tej sprawie palcem w bucie. Wszyscy, którzy mieszkają na wsi, a
już na pewno ci, którzy ze wsi żyją, a głosowali na PO lub PSL, powinni o tym
pamiętać.
Opozycja w Polsce podpowiadała rządowi Tuska, aby do swojej unijnej agendy
podczas prezydencji dołożył dwa priorytety o charakterze światopoglądowym.
Chodzi o obronę praw chrześcijan w świecie. Bo akurat Polska jako kraj
chrześcijański, w którym w okresie komunizmu wielu ludzi było dyskryminowanych z
powodu wierności Bogu, ma w tej sprawie sporo do powiedzenia. Nasze apele były
jednak próżne.
Drugim tematem była kwestia europejskiej polityki prorodzinnej w sytuacji
starzenia się społeczeństw europejskich i kryzysu demograficznego w całej
Europie, a zwłaszcza w Polsce. Nasze apele w tym zakresie mogą być ilustracją
starego polskiego przysłowia: Gadał dziad do obrazu – obraz doń ani razu… Rząd
wiedział lepiej. Z widocznymi już dziś skutkami.
Jakie państwo, taka prezydencja
Dlatego ta prezydencja jest obrazem polskiego państwa. Jest w gruncie rzeczy
obrazem tego, jakie jest dziś polskie państwo pod rządami koalicji PO – PSL:
słabe, bez własnych ambicji i postulatów, "sprywatyzowane" – bo służące
osobistym (partykularnym, partyjnym) interesom. Niewalczące o swoje – w
przeciwieństwie do innych narodów. Następna prezydencja Rzeczypospolitej w UE
dopiero za 17-18 lat (w zależności od tempa poszerzania się Unii) – oczywiście
pod warunkiem, że Unia się nie rozpadnie, choć już dzisiaj wyraźnie trzeszczy w
szwach. Ale jedno jest pewne: Polacy zasługują na znacznie lepszy rząd, a Polska
zasługuje na Europę ojczyzn, Europę narodów, a nie fikcję "jednego europaństwa"
według rojeń ekskanclerza Schrödera (w wywiadzie dla "Welt am Sonntag" z 4
grudnia 2011 r.) czy ministra Sikorskiego.
Ryszard Czarnecki poseł do Parlamentu Europejskiego
