Premier u celebrytów na dywaniku
Premier starał się przekonywać do swoich racji, a czasami przyznawał się
do błędów. Kiedy jednak bił się w piersi, od razu znajdował innego winnego
zaistniałej sytuacji. Mimo że stwierdził, iż nie ma już zamiaru straszyć Prawem
i Sprawiedliwością, to jednak faktycznie zdawał się swoim rozmówcom uzmysławiać,
że jeśli ponownie nie zagłosują na niego, to nie będą mieli na kogo, i że
dzisiaj oni już się "nie boją" właśnie dlatego, iż Kaczyński nie rządzi. Premier
zapewnił, że nie ma poczucia radykalnego kryzysu zaufania ze strony
"inteligencji".
Pojawiające się w ostatnim czasie ze strony "elit" i różnej maści celebrytów –
wyborców Platformy – krytyczne uwagi dotyczące poczynań partii rządzącej
skłoniły premiera Donalda Tuska do publicznego wytłumaczenia się tym swoim
wyborcom. Antenę udostępniła TVN 24, a program z premierem poprowadził redaktor
naczelny "Playboya" Marcin Meller, który w lutym w "Liście do Platformy" wyrażał
rozczarowanie działaniami partii rządzącej, na którą głosował, komunikując:
"Niestety muszę Was poinformować, że moja cierpliwość się wyczerpała i w
najbliższych wyborach na Was nie zagłosuję. Nawet straszak w postaci powrotu
PiS-u do władzy już na mnie nie działa". W programie Mellera premiera Tuska
przepytywali artyści-celebryci "śpiewający": Zbigniew Hołdys, Tomasz Lipiński i
Paweł Kukiz.
Premierowi zaprawionemu w debatach z przeciwnikami politycznymi nie było trudno
poradzić sobie ze zgłaszającymi pretensje jego wyborcami. Przepytywany był m.in.
na okoliczność budowy dróg, sytuacji na kolei, służby zdrowia czy wzrostu liczby
urzędników.
Tusk starał się stanowczo przekonywać do swoich racji. Propaganda wymagała też,
by czasami przyznał się do jakiejś porażki. Zaraz gdy to zrobił, począł jednak
przerzucać odpowiedzialność na innych. Premier stwierdził m.in., iż fakt, że
przybyło 80 tys. urzędników, gdy rząd ogłosił plany redukcji ich liczby, to
"bezdyskusyjna porażka". – Nie dałem rady, byłem za słaby – mówił Tusk.
Jednocześnie tłumaczył, że "urzędnicy to ocean, dżungla", że "połowa z tego to
ludzie zatrudniani przez samorządy, a na to nie mam wpływu".
Pytany, dlaczego nie wprowadził w życie jednego z głównych postulatów Platformy
z kampanii wyborczej – jednomandatowych okręgów wyborczych – zapewniał, że
"Platforma robi, co może", odsyłając jednocześnie do Pawlaka, Kaczyńskiego i
Napieralskiego, którzy w tym mają partii przeszkadzać.
Straszenie Kaczyńskim to za mało
Rozmówcy premiera stwierdzali, że dzisiaj Platformie do pozyskania wyborców nie
wystarczy straszenie Jarosławem Kaczyńskim. Donald Tusk wyjaśniał, iż wcale nie
ma zamiaru straszyć Kaczyńskim. Faktycznie robił jednak to, co do tej pory. –
Nie boję się Kaczyńskiego, jeśli chodzi o konkurencję polityczną, nie lekceważę
go, może wygrać wybory – mówił Tusk. Po tym, gdy zakomunikował, że Jarosław
Kaczyński do władzy może powrócić, powiedział swoim dyskutantom, iż teraz już
się "nie boją" właśnie dlatego, że Kaczyński od trzech lat już nie rządzi. Tym
samym premier zdawał się przekonywać swoich wyborców-celebrytów, że "pretensje
to sobie mogą mieć, ale jak na niego znowu nie zagłosują, to wróci straszny
Kaczyński". – Nie straszę nikogo PiS-em, PiS wystarczająco wystraszył ludzi sam.
Cieszę się, że panowie tu siedzicie i deklarujecie, że się już nie boicie. A
powiem wam dlaczego: bo od trzech lat już nie rządzą – mówił Tusk. Premier
tłumaczył, iż najbardziej boi się nie debaty z politycznymi przeciwnikami, lecz
słabości we własnej formacji, przywołując przy tym przykład Wałbrzycha, gdzie
Platforma kupowała głosy podczas wyborów samorządowych.
Tusk zapowiedział, że nie będzie podejmował żadnych decyzji personalnych w
sprawie ministra obrony Bogdana Klicha, dopóki nie będzie gotowy raport polskiej
komisji w sprawie katastrofy smoleńskiej. Pytany o aferę hazardową, oświadczył,
że Mirosław Drzewiecki zapewnił go, iż dopóki nie zostaną rozwiane absolutnie
wszystkie wątpliwości wobec jego osoby, to nie będzie kandydował. Tusk nazwał
Drzewieckiego człowiekiem bezinteresownym i osobiście uczciwym.
Donald Tusk oświadczył, że gdyby to od niego zależało, nie zgodziłby się na
organizację przez Polskę Euro 2012. – Wiecie, jak kocham piłkę nożną, ale gdybym
miał na to wpływ, mówiłbym: nie organizujmy. Nie stać nas na to dzisiaj –
stwierdził premier. Zaznaczył, iż w tej sprawie został postawiony przed faktem
dokonanym, i robi wszystko, aby turniej zorganizowany został jak najlepiej.
Artyści wytargowali od premiera deklarację w sprawie udziału szefa rządu w
spotkaniu z ludźmi kultury. Premier, choć zaznaczył, iż jest przeciw zapisywaniu
w budżecie sztywnych wydatków, zadeklarował, że będzie zmierzał do tego, aby 1
proc. wydatków budżetu przekazywany był na kulturę.
Artur Kowalski
