Prawda i pamięć o zbrodniach
W nocy z 12 na 13 grudnia pikieta przed domem Wojciecha Jaruzelskiego
– Spodziewamy się, że w tym roku na ul. Ikara 5 w Warszawie przyjdzie
kilkanaście tysięcy ludzi – zapowiada Jan Kasprzyk, współorganizator tegorocznej
pikiety przed domem Wojciecha Jaruzelskiego. Przypomina, by wszyscy chętni,
którzy chcą wziąć udział w spotkaniu upamiętniającym 30. rocznicę wprowadzenia
stanu wojennego, przynieśli ze sobą znicze oraz flagi narodowe.
– Z zapalonych zniczy zostanie ułożony krzyż. Zmówimy również modlitwę za dusze
zamordowanych. Bądźmy razem i razem domagajmy się osądzenia zbrodni
komunistycznych i uhonorowania ofiar stanu wojennego – podkreśla Kasprzyk.
Podczas pikiety zostanie odczytany specjalny apel. Wygłosi go młoda osoba, a
więc ktoś, kto urodził się już po wprowadzeniu stanu wojennego. Ma on
symbolizować ciągłość pokoleniową między działaczami opozycji antypeerelowskiej
a tymi, który na początku lat 90. podnosili problem nierozliczenia
komunistycznych zbrodni i piętnowali udział ludzi związanych z systemem
sowieckim w życiu publicznym III RP. "Mimo upływu ponad ćwierćwiecza osoby
odpowiedzialne za gwałt zadany wówczas Narodowi nie poniosły żadnej
odpowiedzialności, a większość działań przestępczych komunistycznego aparatu
bezpieczeństwa nie znalazła finału w sądach wolnej Polski" – podkreślają
organizatorzy pikiety przed domem Jaruzelskiego.
Organizatorem odbywającej się od 1995 roku pikiety jest Społeczny Komitet
Upamiętnienia Ofiar Stanu Wojennego. Zgromadzenie pod domem twórcy stanu
wojennego rozpocznie się o godzinie 23.30 w nocy z 12 na 13 grudnia. – O północy
zostaną odczytane nazwiska wszystkich osób, które zostały zamordowane w tym
czasie, a więc będzie to forma apelu pamięci tych wszystkich, którzy zginęli
podczas stanu wojennego – zapowiada Kasprzyk. Porządku będzie pilnowała
specjalna służba porządkowa.
W odezwie członkowie Komitetu wzywają do masowego uczestnictwa w corocznej
pikiecie i apelu poległych. Przypominają, że ówczesne władze PRL z Wojciechem
Jaruzelskim jako premierem i I sekretarzem PZPR wprowadziły stan wojenny z
pogwałceniem ówcześnie obowiązującego prawa. "Zdławiono w ten sposób dążenia
wolnościowe Narodu Polskiego wyrażone w wielkim zrywie "Solidarności"" –
podkreślają. W wyniku działań komunistycznego aparatu terroru zamordowano blisko
150 osób, zdelegalizowano NSZZ "Solidarność", aresztowano i pozbawiono wolności
ponad 10 tysięcy działaczy opozycji, zintensyfikowano działania aparatu
bezpieczeństwa i cenzury – czytamy w tekście apelu. Tymczasem sprawiedliwości
nie stało się zadość. Przez ponad 20 lat elity postkomunistyczne i te wywodzące
się z "Solidarności" robiły wszystko, by nie tylko przestępcy uniknęli kary, ale
by fałszować historię o tych wydarzeniach i konsekwencjach, jakie dla Polski
przyniosły. Najbardziej wymownym tego przykładem jest lansowana w poczuciu
kompletnej bezkarności autorska wersja wydarzeń przez samego Jaruzelskiego.
Tymczasem prawda na temat okoliczności pacyfikacji "Solidarności" z trudem
przebijała się do opinii publicznej. Jednak zdaniem historyka Piotra Gontarczyka,
wraz z ujawnianiem kolejnych dokumentów po kolei padają wszystkie tezy lansowane
przez pana generała, który – jak podkreśla Gontarczyk – "notorycznie posługuje
się manipulacją i kłamstwem i na każdym kroku mija się z prawdą".
– Jaruzelski, wprowadzając stan wojenny, nie kierował się polskim interesem
narodowym, ale dążył do utrzymania systemu komunistycznego w Polsce i własnej
kariery politycznej – wskazuje historyk. Jak dodaje, to sam ówczesny I sekretarz
KC PZPR zabiegał o zbrojną pomoc Moskwy, gdyby nie potrafił sobie poradzić ze
zbuntowanym społeczeństwem. – Był bardzo jasno informowany przez władze Kremla,
że ma tego dokonać własnymi rękami, ale na żadną pomoc zbrojną sowieckiej armii
nie miał co liczyć. Mit generała, który chciał nas rzekomo uratować od hekatomby
ofiar, jest sprzeczny z jego intencjami. Wprowadzając stan wojenny, przyczynił
się do ofiar, a swoimi działaniami taką masakrę prowokował – tłumaczy Gontarczyk.
– Decyzja polityczna leżała po stronie Kremla. Sowieckie dokumenty partyjne
wskazują jasno na to, że inwazja na Polskę nam nie groziła. Związek Sowiecki był
już wtedy uzależnionym od zachodnich technologii, żywności i sprzedaży gazu i
ropy bankrutem, dla którego ryzyko sankcji gospodarczych byłoby zabójcze –
dodaje badacz historii najnowszej.
W ocenie historyka, akceptacja dla stanu wojennego jest coraz mniejsza, ponieważ
coraz więcej o nim wiemy. Dotyczy to szczególnie młodego pokolenia, które nie
było poddane indoktrynacji w czasach PRL. Jak zaznacza, dla piszących historię
kluczowe znaczenie ma swobodny dostęp do zasobów archiwalnych. W przypadku stanu
wojennego i okoliczności jego wprowadzenia w 1981 roku chodzi o dokumenty
wytworzone w tym czasie przez Armię Czerwoną oraz sowieckie służby specjalne. –
To chyba dziś najbardziej istotne materiały źródłowe, które są nieznane. Jeśli
jednak chodzi o dokumenty partyjne, a więc polityczne, to zasób, szczególnie
polski, jest dość dobrze rozpoznany. W świetle tej wiedzy stan wojenny ma coraz
mniej tajemnic – dodaje.
Maciej Walaszczyk
