„Towarzysz generał idzie na wojnę”
Autorzy "Marszu Wyzwolicieli", "New Poland" i "Towarzysza Generała"
Grzegorz Braun i Robert Kaczmarek nakręcili kolejny, świetny film dokumentalny.
W 30. rocznicę wprowadzenia stanu wojennego powinien obowiązkowo zostać
wyemitowany w telewizji publicznej i pokazany we wszystkich liceach. Oczywiście
tak się nie stanie, co jest namacalnym dowodem na swoiste piętno odciśnięte
przez sowiecki aparat administracyjny na Polsce.
Dokument otwiera informacja o tym, kim jest Wojciech Jaruzelski. Oprócz tego,
że działał w partiach komunistycznych – najpierw w PPR, a potem w PZPR, był
odpowiedzialny jako polityk i wojskowy za najazd na Czechosłowację, masakrę
robotników Wybrzeża w 1970 r., zwalczanie Kościoła katolickiego i antysemicką
czystkę w wojsku.
"Towarzysz generał idzie na wojnę" to nie jest film tylko o ciemnej i mroźnej
nocy z 12 na 13 grudnia 1981 roku, gdy wyłączono telefony, wprowadzono godzinę
policyjną i internowano działaczy zdelegalizowanej "Solidarności". To opowieść o
prowadzonej z wielką determinacją przez Jaruzelskiego i Kiszczaka operacji
pacyfikacji wielkiego ruchu narodowego, jakim była "Solidarność". W latach
1980-1981 nie tylko skupił on wokół siebie ponad 9 mln Polaków, ale także
odebrał komunistom i Sowietom na kilkanaście miesięcy kontrolę nad Polską.
Odebrał również – co podkreśla Władimir Bukowski – monopol na prawdę, co
kompletnie wywróciło logikę komunistycznego systemu. Historycy przyznają, że
mając na względzie to, co działo się wówczas w Polsce, a także sytuację
geopolityczną, można dziś mówić o realnej możliwości wyjścia PRL z bloku
sowieckiego i rozpadu Układu Warszawskiego. Bogdan Musiał mówi wprost: była
alternatywa. Jednak Jaruzelski się na nią nie zgodził, bo oznaczało to dla PZPR,
i dla niego osobiście, utratę władzy i apanaży. – Jaruzelski tę szansę na 10 lat
pogrzebał – podkreśla Musiał. Stało się tak dlatego, że był w istocie sowieckim
funkcjonariuszem, który wraz z obcym mocarstwem przygotował pacyfikację własnego
narodu; przy pomocy aparatu władzy, tajnej policji, telewizji i propagandy. A
stawka była bardzo wysoka. W grę wchodziła "finlandyzacja" PRL i wejście w sferę
oddziaływania Zachodu. Jak się okazuje, nie odbyłoby się to bezkonfliktowo. Już
wówczas Kreml stawiał sprawę jasno: uzyskanie przez PRL suwerenności
kosztowałoby państwo ograniczenie dostaw surowców energetycznych lub poważny
dyktat cenowy. Podobnie jak dzisiaj, gdy próba prowadzenia przez Polskę
samodzielnej polityki wschodniej i uniezależnienia się od rosyjskich dostaw
doprowadziły do wzrostu cen gazu, zablokowania dostaw ropy do rafinerii w
Możejkach i ostatecznie budowy Gazociągu Północnego z pominięciem naszego kraju.
Już 30 lat temu unaoczniono więc nam, że za ambicje bycia niepodległym i
porzucenie absurdalnego ustroju i systemu ekonomicznego narzuconego przez Moskwę
trzeba zapłacić wysoką cenę.
15 miesięcy dezintegracji
Już pod koniec lat 70. władze dysponowały analizami mówiącymi wprost o
zagrożeniu wielkim wybuchem społecznym na przełomie 1979 i 1980 roku. Ten z lata
1980 r. nie przebiegał jednak zgodnie z przewidywaniami. Jak podkreśla Wojciech
Roszkowski, wybór Jana Pawła II na Stolicę Piotrową i pielgrzymka do Ojczyzny w
1979 roku spowodowały, że Polacy poczuli swoją siłę, obnażając jednocześnie
słabość pogrążającego się w zapaści finansowej reżimu gierkowskiego. Choć
pierwsze strajki na Lubelszczyźnie zostały wygaszone zgodnie z dotychczasową
praktyką (podwyżki i ciche zwolnienia liderów), protesty sierpniowe wymknęły się
władzy spod kontroli. Powstanie Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego w Stoczni
Gdańskiej i postulat wolnych związków zawodowych kompletnie wywróciły
dotychczasową logikę wydarzeń. Już wtedy w ramach operacji "Lato ´80" w MSW
powstała grupa operacyjna mająca na celu przygotowanie wariantu siłowego
odblokowania zakładów pracy. A na posiedzeniu Komitetu Obrony Kraju gen. Florian
Siwicki otrzymał zadanie stworzenia planów wprowadzenia stanu wojennego. Jednak
ekipa Gierka na stan wojenny się nie zdecydowała. Co ciekawe, od tego pomysłu
odwodził Gierka sam Jaruzelski, tłumacząc, że na samym Pomorzu strajkuje 700
zakładów pracy i wojsko nie posiada takiej siły, by je spacyfikować. Wtedy też w
Moskwie podjęta została decyzja o usunięciu Gierka i postawieniu na czele PZPR
Stanisława Kani, z którym wówczas ściśle współpracował Jaruzelski. To oni
zdecydowali się na stopniową i konsekwentną dezintegrację "Solidarności"
metodami politycznymi i propagandowymi. Ich głównymi narzędziami były telewizja,
SB i – w sytuacji zapaści gospodarczej – utrzymywanie stanu permanentnego
konfliktu społecznego. W istocie chodziło o przeniknięcie do związku ogromnej
liczby agentów Służby Bezpieczeństwa, prowokowanie konfliktów i doprowadzenie
Narodu do stanu apatii, zmęczenia i zniechęcenia. A w konsekwencji wywołanie
poczucia oczekiwania na silnego człowieka, który z wszystkim zrobi porządek.
Poza tym sprawą kluczową było wykorzystanie konfliktów i ambicji w samym
związku. Koordynatorem akcji był resort spraw wewnętrznych. Jak podkreśla prof.
Sławomir Cenckiewicz, wokół płk. Władysława Kucy, szefa Wydziału III
Departamentu III A, skupiła się wówczas grupa funkcjonariuszy, która miała
przygotować całościowy plan walki z "Solidarnością". Jego oczekiwanym apogeum
była prowokacja bydgoska, mobilizacja społeczna, której finałem miał być strajk
generalny. Strajk, do którego już nie doszło. W filmie Brauna i Kaczmarka moment
ten jest tak naprawdę kulminacją całego ciągu wydarzeń, po którym stan wojenny
jest już postawieniem kropki nad i. "Solidarność" zaczyna tracić wpływy i
pogłębiają się w niej konflikty. Autorzy filmu, skupiając się na osobie
Jaruzelskiego, w pewien sposób oszczędzili Lecha Wałęsę. Jednak wiedza na temat
przebiegu kryzysu bydgoskiego pokazuje jednoznacznie, że jest on wraz z
Mieczysławem Wachowskim jednym z negatywnych bohaterów. Można powiedzieć, że to
wtedy przetrącono "Solidarności" kręgosłup. Potem sytuacja się zagęszcza.
Autorzy filmu przywołują kopię tajnego szyfrogramu uzyskanego z zasobów
archiwalnych Instytutu Gaucka, gdzie przechowywane są materiały przejęte po
wschodnioniemieckich służbach specjalnych. W tajnej korespondencji ambasady NRD,
której nadano klauzulę najwyższej tajności z 2 grudnia 1981 r., a więc na 10 dni
przed wprowadzeniem stanu wojennego, relacjonowana jest rozmowa, jaką
przeprowadzili ze sobą ówczesny minister ds. współpracy ze związkami zawodowymi,
a późniejszy ambasador w Moskwie Stanisław Ciosek ze wschodnioniemieckim
dyplomatą. "Boją się bardziej, niż zakładaliśmy, i zaczynają ratować własną
skórę" – mówił Ciosek. "Właśnie miałem osobliwą rozmowę z szefem ekspertów
"Solidarności" Bronisławem Geremkiem, który ma ścisłe kontakty z międzynarodówką
socjaldemokratyczną i osobiste kontakty z zachodnimi politykami. Nie wierzyłem
własnym uszom, że dalsza pokojowa koegzystencja pomiędzy "Solidarnością" w
obecnej formie a socjalizmem realnym jest już niemożliwa. Konfrontacja siłowa
nieuchronna. Aparat "Solidarności" musi zostać zlikwidowany przez państwowe
organy władzy. Po siłowej konfrontacji "Solidarność" mogłaby pozostać, ale bez
Matki Boskiej w klapie, bez programu gdańskiego, bez politycznego oblicza i bez
ambicji sięgnięcia po władzę, być może. Tak umiarkowane siły jak Wałęsa mogłyby
zostać zachowane – mówił Geremek".
Nie weszli, bo nie mieli zamiaru
Przede wszystkim autorzy filmu dowodzą jednak, że wbrew propagandzie w latach
1980-1981 Polsce nie groziła sowiecka interwencja wojskowa. Stan wojenny został
wprowadzony przez Jaruzelskiego na prośbę "szanownego i drogiego Leonida Iljicza"
[w ten sposób Jaruzelski zwracał się do Breżniewa]. Większość potwierdzających
tę opinię dokumentów, m.in. z posiedzeń Biura Politycznego KPZR, pochodzi z
archiwum Władimira Bukowskiego, który wszedł w ich posiadanie tuż po upadku
Związku Sowieckiego w 1991 roku. Jako ekspert w Trybunale Konstytucyjnym uzyskał
na krótko dostęp do tajnych dokumentów KPZR. Sowiecka interwencja nie była
możliwa z kilku powodów. Po pierwsze, nie przewidywano, by interwencja zbrojna w
Polsce była powtórką w miarę bezkrwawego stłumienia Praskiej Wiosny w 1968 roku.
Obawiano się zbrojnego oporu i przelewu krwi. A to spowodowałoby ostre
restrykcje krajów zachodnich wobec Sowietów, w tym głównie Stanów Zjednoczonych.
Chylące się ku bankructwu imperium było uzależnione od eksportu gazu i ropy oraz
importu zboża. W razie obłożenia go sankcjami gospodarka sowiecka nie
wytrzymałaby braku dewiz i technologii. – To, że generał po 1989 r. zaczął mówić
o radzieckim zagrożeniu, kontrastuje z wypowiedziami Jaruzelskiego w trakcie
wewnętrznych narad partyjnych, podczas których zakazywał towarzyszom mówienia,
że istniało zagrożenie interwencją, bo to była "nasza własna inicjatywa" –
podkreśla Antoni Dudek.
Tymczasem ugrzęźnięcie Sowietów w wojnie afgańskiej i – o czym świadczą
wypowiedzi sowieckich dygnitarzy – zbliżające się bankructwo komunistycznego
imperium po raz pierwszy od kilkudziesięciu lat ograniczyły jego realne władztwo
nad Polską. Do jej kontroli potrzebowali lojalnego i sprawnego człowieka.
Wojciech Jaruzelski pasował idealnie. ZSRS stać było tylko na demonstrację siły
w postaci koncentracji wojska i przeprowadzenia manewrów, które w ocenie
historyków były skuteczną presją na opozycję.
Maciej Walaszczyk
