Posłańcy Pana Boga
Anna T. Pietraszek
Maluk ma pewnie z dziesięć lat. Ale można mu dać równie dobrze dziewięć albo
dwanaście. W jakim jest wieku, tego dokładnie nikt nie wie. Słucham go, jego
opowieści wieczornej, jak przyjaciela powierzającego swój skarb: "Tam, przed
nami, będzie granica, pojawią się góry, to będzie moja ojczyzna, Afganistan, jak
kwiatek najpiękniejszy! Tam śpiewają ptaki nad ranem, woda jest niebieska w
rzekach, bo spływa z samych gór! Rosną morwy i będę je mógł stale jeść. Będziemy
mieli dom z kamieni, a ja będę miał swoją kozę i ona da nam mleka. Jak będę
duży, to zostanę nauczycielem, bo zbudujemy szkołę. Moje najpiękniejsze miasto
nazywa się Kunduz". Serce pęka mi ze smutku, nie powiem mu, że Kunduz jest
zrujnowany do cna, a drzewa morwy wypalone…
Kobieta, która wychowuje Maluka, znalazła go na śmietniku. Jej mąż pomógł domyć
chłopca i oboje bardzo go pokochali. To tacy starsi rodzice, a raczej młodzi
dziadkowie. Na pewno zarówno Maluk, jak i oni są Afgańczykami. To, że znaleźli
Maluka na śmietniku, w Polsce wciąż brzmi groźnie, choć i u nas przecież zdarza
się, że syci mieszkańcy pięknych miast znajdują dzieci na śmietnikach wrzucone
do plastykowych toreb, jak śmieci. Wtedy zwołują cały tłum: policję, pogotowie,
dziennikarzy…, a dziecko, jeśli przeżyje, to i tak trafi do sierocińca, a do
końca życia będzie już podrzutkiem.
W Pakistanie, gdzie od 30 lat niemal 5 mln afgańskich uchodźców szukało
schronienia przed straszliwymi wojnami pustoszącymi ich piękną ojczyznę, pojęcia
tego świata ulegają zupełnemu przewartościowaniu. Pakistan, choć sam zmaga się z
terroryzmem, z własnymi dramatami, to jednak po cichu przyjął uchodźców, dzieląc
się własnym terytorium. I jeśli pewna grupa tych bosych uciekinierów znalazła
schronienie na wysypisku śmieci za miastem Lahore, to cóż, niech i tak będzie.
Pod namiotem z folii i szmat
Kręcąc film o pomocy Caritas Polska, pochodzącej z funduszu, na który złożyły
się pieniądze zebrane ze sprzedaży świec wigilijnych (10 gr z każdej kupionej
przez nas świecy), pojechałam sama z kamerą do Pakistanu – do ogromnego,
zamieszkałego przez 170 mln ludzi kraju pustyń, morza i najwyższych gór świata.
Ksiądz arcybiskup diecezji Lahore Lawrence Saldanha zorganizował wówczas
pierwszy konwój 7 ciężarówek z repatriantami – Afgańczykami, którzy zdecydowali
się wracać do swojego kraju, do zrujnowanych wiosek w górach Hindukuszu. Taki
konwój to wielkie wydarzenie, duże koszty wynajmu ciężarówek, zapewnienie
pełnego bezpieczeństwa, ochrony policji i służb. Rodziny najbiedniejszych,
rodziny kilkupokoleniowe będą jechały na otwartych bedfordach, od zachodu do
wschodu słońca, by uniknąć upałów, ale i dla bezpieczeństwa jazdy. Nocami na
drogach jest pusto, a też i bandyci nie są wtedy tak skuteczni. Trasa z Lahore
do granicy z Afganistanem ma prawie 1000 kilometrów.
Dostałam zgodę, by odwiedzić wszystkie obozy uchodźców, jakie tylko zechcę. Są
to przeważnie osiedla złożone z małych lepianek, ale z dostępem do wody. Dociera
tam też pomoc medyczna. Natrafiłam jednak na duże skupisko uchodźców
mieszkających przy wysypisku śmieci. Sortując odpadki, zarabiali na życie, mieli
co jeść. Mieszkali tam ponad 20 lat. Jedni tu umierali, inni się urodzili i
wychowali. Żyli pod starymi namiotami z folii i szmat, spali na wytartych już
mocno dywanach, pewnie to był ich cały dobytek doniesiony tu przez wysokie
góry… W tej osadzie – upalnej, dusznej, pośród roju much – zostałam przyjęta
jak długo wyczekiwana przyjaciółka albo i kuzynka! Ktoś znalazł szklankę, ktoś
użyczył spodeczka, kobiety ugotowały herbatę. Rodziny zapraszały, abym umęczona
w upale pracą przy kamerze mogła odsapnąć w cieniu ich biednych, ale jakże
gościnnych namiotów.
Będę miał kozę i zostanę nauczycielem
Tam dostrzegłam Maluka. Siedział na rattanowym fotelu, sfatygowanym, znalezionym
na śmietnisku. Szczuplutki chłopiec skupiony nad zeszytem starannie coś notował.
Wokół stare butelki, odpadki. A on robił takie wrażenie, jakby był dostojnym
prezesem potężnej firmy… Spytałam: "Jak masz na imię?, Gdzie twoi rodzice?".
Odpowiedział poważnie: "Jestem Maluk. Moi rodzice to ci, u których piłaś
herbatę".
Poprosiłam Maluka, by stał się moim przewodnikiem po obozie. Prowadził mnie od
namiotu do namiotu. Rodziny po kolei opowiadały mi swoje historie, o tym, jak
uciekali przed Sowietami z gór Hindukuszu, jak ich wioski palono, jak najbliżsi
ginęli… A teraz pakują się! Po tylu latach! Zabrać mogą tylko to, co
najcenniejsze.
A "dorobili się" starych rowerów albo zużytych kołder. Ktoś ma swoje własne
plecione łóżko, ktoś inny dywan… To wszystko. Podkreślają, że dostaną od
Caritas żywność na drogę, zapas "ciapat" (placki z mąki i wody), butle z wodą,
mleko dla dzieci, a nawet herbatniki! Na 5 dni musi wystarczyć. Są bardzo
podekscytowani, wypytują: "Jak tam jest teraz, w Afganistanie? Czy tam, w naszej
wsi, domy zostały spalone? Widziałaś je?".
Przestrzegam, żeby nie zostawali na przedmieściach Kabulu, bo tam już są setki
tysięcy powracających, brakuje wody, jedzenia, nie ma pracy. Żeby przetrwali
wszelkie trudy i dotarli do swoich wiosek w górach. Tam jest ich ziemia, jest
też czysta woda – podstawa bytu. A domy? Tak, spalone, zrujnowane…, ale trochę
mieszkańców przeżyło, czekają na was…
Wieczorem pakujemy się z Malukiem i jego rodzicami na wielką ciężarówkę. Nie mam
zezwolenia na przejazd, więc uchodźcy ukrywają mnie przed policją. Wreszcie
ruszamy, pobłogosławieni przez księdza arcybiskupa diecezji Lahore. My –
muzułmanie i katoliczka. Wielkie bedfordy mkną, wzbijając tumany kurzu, słychać
ryk silników, czuć upał. Mężowie usadowili swoje żony i matki na darach od
księdza arcybiskupa, na workach mąki i ryżu – świetnie amortyzują. Są tu kobiety
w ciąży, matki z malutkimi dziećmi, staruszkowie. Na "rufie" ciężarówek
przyczepiony dobytek: łóżka, rowery…
W ciemności widzimy tylko migające w pędzie światełka mijanych osad. Powietrze
tu już inne, nie tak gęste jak w Lahore. Maluk i ja stoimy na pace, nad dachem
szoferki. Maluk wpatruje się w gwiazdy, godzinami stoi zapatrzony. Obydwoje
zawinęliśmy twarze w chusty, zasłaniając się przed wiatrem. Pytam: "Czego tak
wypatrujesz?". Słucham opowieści wieczornej Maluka, słucham go jak przyjaciela
powierzającego mi swój skarb: "Tam, przed nami, będzie granica, pojawią się
góry, to będzie moja ojczyzna, Afganistan, jak kwiatek najpiękniejszy! Tam
śpiewają ptaki nad ranem, woda jest niebieska w rzekach, bo spływa z samych gór!
Rosną morwy i będę je mógł stale jeść. Będziemy mieli dom z kamieni, a ja będę
miał swoją kozę i ona da nam mleka. Jak będę duży, to zostanę nauczycielem, bo
zbudujemy szkołę. Moje najpiękniejsze miasto nazywa się Kunduz".
Maluk wyjaśnia mi, że już w dużym stopniu potrafi czytać i pisać. Nauczył go
ojciec, tam, w obozie. Obaj wyszukiwali wyrzucone zeszyty, zapisane przez inne
dzieci, a on między linijkami pisał swoje literki i budował zdania. Pisał
znalezionymi resztkami ołówków. Umie czytać gazety, bo zna język urdu z
pakistańskich gazet, zna dari, bo tata go uczył, zna też nieźle angielski, bo w
Pakistanie wiele gazet wydaje się również w tym języku. Już mógłby zostać
nauczycielem w wiosce w górach Afganistanu. Serce pęka mi ze smutku. Nie powiem
mu, że Kunduz jest zrujnowany do cna, drzewa morwy wypalone…, że aby tam
dotrzeć, trzeba będzie jechać tydzień albo i dwa, że chłopcu przyjdzie zobaczyć
ruiny miast, rozpacz nędzy pięknego niegdyś Afganistanu. Maluk wyobraził sobie
swoją ojczyznę, znał ją z odległych wspomnień przybranych rodziców. Urodził się
na uchodźstwie. A w jego afgańskim sercu płonie miłość do kraju legendarnych
partyzantów, ufność, że większej nędzy niż ta na obczyźnie nie będzie już musiał
cierpieć.
To było 5 lat temu. Obiecałam Malukowi, że kiedyś go odnajdę. Ma moją wizytówkę
z adresem w Warszawie. Ja wiem, że Maluk czeka. A może właśnie rozpoczyna rok
szkolny w swojej upragnionej szkole, w Kunduzie?
Uratowane od trądu, głodu i odrzucenia
W Indiach, w Puri nad Oceanem Indyjskim, jest szkoła założona przez polskiego
misjonarza, ojca Mariana Żelazka, który całe swoje życie poświęcił
najbiedniejszym z biednych – trędowatym. Tam teraz atakują chrześcijan. Szkoła
jest zagrożona. Dzieci mogą zostać zamordowane. Polacy masowo otaczają je akcją
"adopcji serc", to tylko 21 euro miesięcznie. Trzeba szybko te dzieci
"adoptować", bo gdy każde z nich będzie miało swojego opiekuna, to nikt tych
dzieci nie tknie.
Szkoła o. Mariana liczy ponad 500 uczniów. Chodziły tu najpierw wyłącznie dzieci
z rodzin trędowatych, biedaków poranionych chorobą, wyrzucanych poza
społeczeństwo, skazanych na powolne konanie z powodu choroby, głodu i
odrzucenia…
Ojciec zorganizował im wioskę, założył zakład tkacki, fabrykę sznurów, ogród
owocowy, staw rybny i kurzą fermę. Trędowaci stawali się niezależni. Misja
dopomogła im zbudować domki z glinianych cegieł, z własną studnią dla osady.
Dzieci trędowatych zostały objęte stałą opieką medyczną, dożywiano je w szkole –
żadne z nich nie zachorowało na trąd. Potem o. Marian postawił sobie za cel tak
podnieść poziom nauczania w szkole, by w okolicy nie było wobec niej żadnej
konkurencji. Jego dzieci dostawały się bez trudu do college’ów, znakomicie
zdawały egzaminy. Wtedy i najbogatsi zaczęli zabiegać o miejsca dla swoich
dzieci w tej szkole. W ten sposób ojciec zdjął stygmat trądu z setek dzieci ze
swojej misyjnej kolonii.
Niemal wszyscy uczniowie ze szkoły misyjnej o. Mariana mają opiekunów w Polsce.
Ufamy, że będą bezpieczne. Jak i to ukochane dzieło polskiego misjonarza…
Tu leży twój kraj, Polanda
Afryka. Rwanda. Kraj spustoszony ludobójczą wojną. Brak wody, żywności. Z trudem
dociera pomoc medyczna, wciąż jest tam niebezpiecznie. Caritas Polska pomogła
zbudować szpitalik misyjny, pokrywa koszty dożywiania dzieci z chorobą głodową,
którym groziła śmierć. Ale też wspomaga budowę szkół.
Z kamerą zwiedzam te upragnione szkoły. Wioski wśród bananowców, gdzieś u stóp
wulkanu. Uczniowie czekają na nas przed nowym budynkiem szkolnym, tak jak
zapowiedzieli ojcowie pallotyni. Wszystkie dzieci są bose, ich skóra na stopach
i kolanach jest gruba i szorstka jak skóra słoni. One nigdy nie miały bucików, a
raczkowały w lawie z wulkanu, ich ubranka nie mają już nawet śladu dawnych
kolorów – tak są sprane, poszarpane, dziurawe. Takich łachmanów nie znają już
pokolenia Polaków. Niektórzy uczniowie mają włoski jakby z drutu, proste, niemal
blond – to pozostałość po chorobie głodowej, wówczas włosy jaśnieją i
sztywnieją. Dzieci wpatrzone są w misjonarza – nauczyciela. To ktoś drugi po
Panu Bogu, ten który przynosi nadzieję.
Poza wulkanem i lepiankami z gliny, poza wyschniętymi, marnie owocującymi
bananowcami całym światem tych dzieci jest nauka, szkoła. Tam mogą być
bezpieczne, tam w porze deszczowej jest sucho, tam dostaną odzież z darów, tam
nauczyciel opatrzy im rany… Nauczyciel to ten, który przynosi nadzieję –
otwiera drogę w szeroki świat, czyta, opowiada, jak jest "tam", daleko, a oni
marzą, że jeśli będą się uczyć, to będą mogli pomóc rodzicom, lepiej hodować
rośliny na polach, może nawet kukurydzę… Może też dostaną zapomogę i wtedy,
jak dorosną, założą malutki sklepik dla wioski – z mydłem, zapałkami,
cukierkami… Albo ktoś dobry ofiaruje im nici i igły i będą cerować ubrania, a
może kiedyś kupią maszynę do szycia, kto wie?
Stara szkoła, tuż obok nowego budynku, wciąż jest używana, uczniów jest bardzo
wielu, a klas wciąż mało. Stara szkoła jest "z patyczków", z liści bananowca,
gdy leją deszcze, strugi wody spływają po klepisku…
W tej szkole uczniowie mają wielki skarb: globus. Gnają na wyprzódki, misjonarz
wręcza im tę naukową pomoc – z największym szacunkiem trzymają tę piękną ziemię
w swoich czarnych łapkach. Z dumą pokazują mi: "O, tu leży twój kraj, Polanda,
tutaj! Nasz nauczyciel też ma tam swój dom, tak jak ty".
W wiosce oczywiście nie ma elektryczności, wieczorem płoną ogniki domowych
palenisk, słychać szmer rozmów, rodziny szykują się do snu, układają maty na
klepiskach; zaglądam, jestem trochę wścibska. Ojciec tuli syneczka w ramionach,
żeby maluszek nie zmarzł w nocy. Matka karmi niemowlę. Nuci piosenkę, do snu…
spokojną noc daj nam, Panie, abyśmy rano chwalili Ciebie, Mungu, Boże… Takie
podobne słowa do nuconych pieśni wieczornych w Polsce.
Rano wstaną całymi rodzinami, ruszą z kanistrami po wodę do studni odbudowanej
przez misjonarza. Mungu daje życie.
Mam tylko 12 lat, nie odjeżdżaj!
W Nepalu przez Himalaje w kierunku Mount Everestu idzie ze mną tragarz.
Zapewniał, że ma 16 lat. Jest wątły, z rozdętą klatką piersiową. Idzie boso,
choć dałam mu nowe trampki, schował je za pazuchą, będą od święta. Gdy wyraziłam
wątpliwość, czy rzeczywiście osiągnął już wiek wymagany przepisami ministerstwa
turystyki, chłopak przysięgał: "Tak, mam 16 lat". I w jego oczach pokazały się
łzy lęku. Błagał: "Zatrudnij mnie! Szerpowie są ode mnie drożsi, ja jestem
zwykły wieśniak. Znam świetnie tę trasę. Zatrudnij mnie".
Gdy się wahałam, czy chłopiec da radę, wątpiąc w jego kondycję, on aż drżał z
napięcia. W końcu wyszeptał: "Mama nam umarła, mój tata ma gruźlicę, jest nas
sześcioro dzieci, ja najstarszy, tata musi jeść…".
Idziemy w góry. Dwa tygodnie razem. Chłopiec nie jest zbyt silny, ale jego hart
ducha – imponujący. Od czasu do czasu coś ujmuję z jego bagażu, idziemy więc
obydwoje raczej marnym tempem. W ostatniej wiosce, skąd fotografuję góry, jest
już bardzo zimno, wysoko, lodowce już blisko. Chłopiec słabnie, bardzo źle znosi
wysokość. Dlaczego? Przecież od urodzenia w górach… może aż tak niedożywiony?
Robię mu herbatę z dużą ilością cukru. Jemy wspólnie kolację. Usypia w mojej
kurtce puchowej. Czuję, jakby było przy mnie… małe dziecko. O świcie wyruszamy
w drogę powrotną, drugi tydzień przez głębokie doliny, olbrzymie stoki gór.
Chłopiec rusza pierwszy, jak zwykle. I dziś od razu prosi: "Naucz mnie tego, co
każdego ranka mówisz, gdy zaczynasz iść!".
Mówię po polsku: "Pod Twoją obronę uciekamy się święta Boża Rodzicielko…".
Po paru godzinach już razem powtarzamy w rytm stawianych na skałach kroków: "Pod
Twoją obronę…".
Młody tragarz jest dumny i szczęśliwy, że mówi coś bardzo pięknego, na pewno! I
teraz on uczy mnie w swoim języku: "Om-mani-peme…". I tak już wyruszamy
każdego kolejnego ranka, razem odmawiając swoje drogie sercom słowa.
Docieramy do wioski, z której nazajutrz polecę do Katmandu samolotem, malutkim
"pilatus-porterem". Niczym ważka będzie unosił się nad Himalajami. Dziś tragarz
zaprasza mnie na nocleg do swojego domu. Lepianka z gliny i skał, klepisko z
kamieni. Małe ognisko, a wokół niego gromadka chudych dzieciaków i pochylony,
kaszlący, wychudzony chorobą mężczyzna, ojciec mojego tragarza. Wypłacam synowi
pieniądze za jego ciężką pracę w górach, za troskę o mnie. Ojciec słucha z
trudem. Chłopiec okrywa go starym kocem. Dorzuca drewna do ogniska.
Siadam razem z nimi, jemy ryż, pijemy herbatę. Nie ma tu nic więcej. Chłopiec
siada blisko mnie, mówi z dumą: "Patrz, mam od ciebie pieniądze, dlatego tyle
ryżu dziś mamy, a ojcu będzie dziś ciepło, kupiłem drewno na opał".
Przytulam go: "Dzielny jesteś, prawdziwy opiekun rodziny". I wtedy następuje ten
moment – chłopiec wtula się w moje ramiona, łzy leją się strumieniami: "Mama
umarła rok temu, tak się boję, co będzie z nami, tata już nie ma sił… Ja nie
umiem czytać i pisać, nic nie umiem, potrafię tylko nosić deski, kamienie z pól.
Trochę mi płacą. Nie zostawiaj nas, naucz nas pisać, tu nie ma szkoły. Boję się.
Skłamałem, mam tylko 12 lat, nie odjeżdżaj!
Jego łzy – gorące łzy dziecka, które nosi ciężary w największych górach, a nie
umie unieść sieroctwa i nędzy, te łzy czuję pod palcami do dzisiaj. Musiałam
wyjechać, w Polsce czekali bliscy, bardzo chorzy, ale ze stosem lekarstw, w
śnieżnobiałej pościeli.
W Afganistanie jest piękna szkoła w rejonie Hazaradżatu. Na tysiąc uczniów.
Piękny budynek. Nie ma zeszytów, są tabliczki, na których dzieci uczą się pisać.
Nie ma też pomocy naukowych. Dzieci uwielbiają spędzać w szkole całe dni.
Słuchają opowiadań nauczycieli. Tę szkołę zbudowała Caritas Internationalis. A
cała wioska przeżyła zimę w 2002 r. tylko dlatego, że dotarła tu w ostatniej
chwili pomoc żywnościowa za 10 tys. USD. Od Caritas Polska, z funduszu ze świec
wigilijnych. Ten jeden raz. Ale gdyby nie ta pomoc, to wieś – po wymordowaniu w
niej ponad 1000 mężczyzn przez rebeliantów – wymarłaby z głodu. Kupiono ryż i
mąkę. Tu mówią o Polakach, których poza mną więcej nie było: "Posłańcy Allaha,
Polandi!".
Gdyby nie ten malutki posłaniec…
Mały Afgańczyk z lejszmanią – to choroba roznoszona przez muchy. Larwy rozwijają
się w skórze, robią tam jakby korytarze. Jego twarz płonie bólem, opuchnięta.
Siadamy razem na trawie, chłopak zapewnia, że tu nie ma min. Proszę, by ktoś
przyniósł kubeł wody, ze studni. Wyjmuję pensetę, środki odkażające, gazę, leki.
Najpierw dokładne mycie buzi, rączek chłopca. I ta "operacja", bardzo boli,
piecze, kapią tłumione łzy. Potem jemy miętowe cukierki, polskie. Dziecko
umęczone chorobą, tuli się do kolan swojego ojca, usypia… tak spokojnie
oddycha.
Kabul. Centrum willowej dzielnicy, która jakimś cudem ocalała z wojen. Odpadki
kuchenne w jednej z willi wypływają dziurą spod domu. Jakieś resztki jarzyn,
trochę kartofli, marchewka… trójka dzieci kilkulatków, w łachmanach
przeszukuje, co nadawałoby się do zjedzenia; pod murem siedzi skulony mężczyzna,
cień człowieka – chory, głodny, obdarty. Nagle dziecko znajduje kawałek
marchewki, biegnie do ojca – podaje mu do ust, tuli jego głowę, by jadł. One
same nie mają dla siebie już nic. Siadam przy ojcu, pytam, skąd są. Wrócili z
Pakistanu, z uchodźstwa – ich dom jest zrujnowany, żona umarła, nie mają nic.
Nie jedli od dawna. Daję im butelkę wody, to, co mam przy sobie. Dziecko
znalazło znowu jakiś kawałek podgniłej cebuli, rozdrabnia w paluszkach, karmi
ojca. A on, jakby przez sen, mówi do mnie z uśmiechem: "Dzieci to posłańcy Pana
Boga!".
Gdy za godzinę tam wrócę, niosąc w plecaku zapas chleba i wody, zobaczę ich pod
murem willi, jak dzieci otulają swoimi ciałkami chorego ojca, by mógł choć spać
w cieple, bo jemu ciągle tak strasznie zimno…
Maluk… gdzież on teraz jest? Może odbudowali tam szkołę? Jeszcze w Pakistanie,
gdy razem z Malukiem jechaliśmy na ciężarówce, obudził mnie rano płacz dziecka –
wbiło sobie gwóźdź w piętkę. Bardzo płacze. Matka bezradna. Bedford pędzi w
konwoju, nikt tu nie pomoże. Stopa krwawi. Gwóźdź był zardzewiały, rana groźna.
W tym oszalałym pędzie siadam z kobietami, pilnują mojej kamery, a ja z plecaka
wyciągam bandaże, czyszczę ranę, opatruję stopę maluszka. Gdy trzymam tę malutką
stópkę w dłoniach, myślę: "Taki mi dałeś dziwny dom, Panie Boże, taką rodzinę, w
tylu miejscach świata! Jaka to radość ukoić łzy. Utulić chore dziecko. Widzieć
radość matki. Dotknąć posłańca Pana Boga".
Poranny postój. Kobiety karmią niemowlęta; gdy mężczyźni zeszli z ciężarówki,
jest więcej miejsca. Staję z kamerą na pace, filmuję. Nagle w obiektywie
dostrzegam, że jeden z Pakistańczyków siedzących pod murem herbaciarni wydobywa
broń z nogawki szarawarów, celuje we mnie! Zamieram, wiem, że nie zdążę. Kobiety
dostrzegły. Krzyczą: "Zostaw ją! Ona jest nasza, z naszej rodziny, nie wolno wam
jej tknąć!".
Gdyby nie ten malutki posłaniec Pana Boga, co by się wtedy stało…?
Zdjęcia Anna T. Pietraszek
