Polskie media w superpaństwie

Utrata zasadniczych prerogatyw suwerenności państwa polskiego przypieczętowana traktatem lizbońskim przejawia się na wiele sposobów. Szczególną wagę mają te, które dotyczą takich dziedzin, jak nauka i edukacja, obyczajowość czy twórczość techniczna i artystyczna. Współcześnie każda z tych sfer jest współkształtowana przez środki społecznego komunikowania. W tych samych dniach, w których Unia Europejska zaczyna funkcjonować jako superpaństwo, władze krajowe zmieniają na polecenie z zewnątrz ład medialny. Rząd chce wprowadzić do polskiego prawa zasady tzw. dyrektywy audiowizualnej. Jest zresztą do tego zobowiązany przez Unię, a termin dokonania zmian w przepisach już upłynął. Jakie przemiany w sferze mass mediów przynosi zależność naszego życia społecznego od laickiego sojuszu zachodnich mocarstw?

Większość przepisów ma charakter techniczny i jest próbą odzwierciedlenia w zapisach prawa istnienia i funkcjonowania tzw. nowych mediów. Spora część zmian dotyczy prawa reklamowego. W dokumentach unijnych i rządowych wprost mówi się, iż te ostatnie motywowane są ochroną interesu telewizji zmuszonej do konkurowania z internetem. Co prawda propozycje nowych zapisów w polskiej ustawie o radiofonii i telewizji pozostają bardziej rygorystyczne niż zalecenia unijne, są jednak łagodniejsze niż obecny stan prawny. Zmiany określane mianem liberalizacji wprowadzają możliwość częstszego emitowania reklam oraz zezwalają na tzw. product placement – czyli umieszczanie w programach telewizyjnych towarów i ich marek.

Ponieważ TVP dotyczą częściowo osobne, bardziej rygorystyczne przepisy o nadawaniu reklam, rząd Platformy Obywatelskiej, zresztą nie po raz pierwszy, działa po myśli dwóch telewizji komercyjnych: TVN i Polsatu. Argument o zagrożonej pozycji telewizji w warunkach polskich jest nieprzekonujący z dwóch powodów. Po pierwsze, komercyjni gracze nie są realnie zagrożeni przez konkurencję globalnych koncernów. Empirycznym tego dowodem była przygoda Ruperta Murdocha z Telewizją Puls (australijski potentat medialny zainwestował w tę stację, ale nie mając szans na sukces, szybko wycofał się z przedsięwzięcia). Po drugie, w internecie to właśnie grupa ITI (właściciel TVN) jest jednym z najpoważniejszych graczy, a najnowszy pomysł biznesowy Zygmunta Solorza-Żaka (właściciela Polsatu) to ostre wejście w przestrzeń globalnej sieci elektronicznej poprzez własną sieć bezprzewodowego internetu i oferowanie tą drogą usługi wideo na żądanie. Oczywiście osłabienie rynku reklam w czasie kryzysu ekonomicznego odbiło się na wynikach finansowych komercyjnych telewizji, ale nie zachwiało z całą pewnością ich pozycji na rynku medialnym.

Telewizyjny biznes kosztem dzieci

Dokumenty Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego z satysfakcją odnotowują, że polskie zapisy dotyczące ochrony dzieci przed reklamą są wystarczające. Legislatorzy szczycą się też, że akurat w wyniku zaproponowanych zmian częstotliwość reklam w kontekście programów dla dzieci nieco się zmniejszy. U osoby świadomej rzeczywistego stanu rzeczy musi budzić to zdumienie. Wystarczy włączyć telewizor minutę przed „Wieczorynką”, aby się przekonać, że przepisy w tej materii są w dużej mierze martwą literą. Prawo zabrania emisji reklam nawołujących bezpośrednio małoletnich do nabywania produktów lub usług, zachęcających małoletnich do wywierania presji na rodziców lub inne osoby w celu skłonienia ich do zakupu reklamowanych produktów lub usług, a także takich przekazów reklamowych, które wykorzystują zaufanie małoletnich, jakie pokładają oni w rodzicach, nauczycielach i innych osobach.

Kiedy czytamy niniejsze zasady, znając treść bloków reklamowych poprzedzających programy oglądane przez dzieci, przecieramy oczy ze zdumienia. Istnieją tylko dwie możliwości: albo przywołane prawo wcale nie jest egzekwowane, albo zawarte w nim przydługie sformułowania wystarczają do pokrętnej obrony karygodnego stanu rzeczy przed instytucjami kontroli i przed sądami. W każdym przypadku konieczne są działania instytucji publicznych, od ministerstwa po szkołę podstawową i przedszkole. Tymczasem minister kultury wychodzi naprzeciw telewizyjnym biznesom. Jednocześnie edukacja medialna w szkole należy ciągle do egzotyki. Jeśli nawet się pojawia, rzadko jest tym, co najbardziej potrzebne – formacją moralną w zakresie komunikowania społecznego.

Może jednak krytyka niniejsza jest pochopna. Idąc za wskazaniami Brukseli, nowela ustawy o radiofonii i telewizji podejmuje inny wątek „dziecięcy”. Spośród wszystkich zagrożeń młodego pokolenia szczególne zainteresowanie legislatorów wzbudziła niezdrowa żywność. Obok obsługi prezerwatywy, propagowania szklanki mleka i owoców to kolejny temat, którym chętnie zastępuje się uczciwe spojrzenie na kryzys wychowania. Warto może wreszcie szczerze i precyzyjnie o tym mówić: lewicowi czy też nijacy decydenci od edukacji i mediów od problemów wychowawczych chętnie uciekają do… zabiegów hodowlanych. Na to łatwiej znaleźć sponsora zainteresowanego reklamą.

Postulaty medialne „nowego proletariatu”

Poważne potraktowanie najmłodszych odbiorców mediów sprawia ministerstwu trudności, podczas gdy bez zwłoki podejmuje ono tego rodzaju wyzwania, jak poszerzanie zapisów niedyskryminacyjnych. W polskiej ustawie o radiofonii i telewizji „niezbędne jest szersze ujęcie zakazu treści dyskryminujących, który powinien odnosić się nie tylko do rasy, płci lub narodowości, ale także do pochodzenia etnicznego, wyznania lub światopoglądu, niepełnosprawności, wieku czy orientacji seksualnej – zgodnie z rozszerzonym katalogiem kryteriów dyskryminacji w dyrektywie” (Założenia nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji). Oczywiście taki zapis nie służy wcale walce z prześladowaniem niewinnych ludzi. W kolejnym obszarze życia publicznego wyróżnia on „nowy proletariat” nowej lewicy (m.in. homo-, bi-, transseksualistów), przy pomocy którego nasze życie społeczne i rodzinne ma się zmienić. Ten sam zapis forsowano w zawetowanej w lipcu ustawie medialnej. Jak widać, tą czy inną drogą nasze zobowiązania „unijne” w sferze ideologii muszą być wypełnione. I tak już będzie zapewne coraz częściej w polizbońskiej Polsce, że Sejm będzie podejmował niemającą mocy sprawczej (choć bardzo cenną jako deklaracja na forum międzynarodowym) uchwałę w obronie obecności krzyża w miejscach publicznych, a jednocześnie zmieniał ustawy (wpływające realnie na kształt życia publicznego) w duchu całkowicie przeciwnym.

Osłabianie nadawcy publicznego

Trwałym trendem w działaniach obecnej koalicji jest nie tylko życzliwość dla wielkich koncernów medialnych. Łączy się z nią także konsekwentne osłabianie nadawcy publicznego. W wypadku rynku telewizyjnego jest to proste równanie. Jeśli dwóm spośród trzech mających apetyt na tort z reklamami telewizyjnymi powiększa się porcje, wygłodzonej TVP zostanie mniej. Fatalny podział rynku medialnego będący efektem błędów pookrągłostołowego dwudziestolecia zostanie doprowadzony do skrajności. Nadzieje na pozytywne zmiany w przyszłości, w oparciu o publiczne władanie TVP, są sukcesywnie, ale konsekwentnie grzebane przez czynniki rządowe. Oczywiście zmiany te uderzają także pośrednio w nadawcę społecznego (Radio Maryja i siostrzane dzieła). Jego autentyczna misja publiczna, której odmawia się wsparcia instytucjonalnego, będzie kontynuowana niestety w kontekście prężniejącej komercji, o której genezie dyskutować zabraniają wyroki sądów.

Unia, a za nią Polska, chce wzmocnić telewizję w związku z rozwojem rynku reklam w internecie. Nie pozostanie to jednak bez wpływu na inne środki masowej komunikacji. Izba Wydawców Prasy zwraca uwagę, że nowe zapisy ustawowe będą działać na niekorzyść gazet. Już obecnie ich sytuacja na rynku reklamowym jest trudna. Nie ma konieczności wyjaśniania, jak groźna dla kultury jest dalsza promocja błahego, choć ruchomego obrazu kosztem słowa pisanego.

W Wielkiej Brytanii dyskusja nad dyrektywą wygląda zgoła inaczej. Na przykład w sprawie product placement wysłuchano nie tylko lobby reklamowo-telewizyjnego. Zebrano także negatywne opinie organizacji społecznych zabiegających o interesy odbiorców mediów. Ostrzegli oni, że lokowanie produktów w programach telewizyjnych doprowadzi do zatarcia różnicy między reklamą a treścią redakcyjną i w efekcie zmniejszy możliwość uczciwego wywiązywania się władzy publicznej z jej funkcji kontrolnej. Organizacje społeczne zwróciły także uwagę, że ta forma reklamy może naruszyć autonomię twórców audiowizualnych. Toteż rząd Jej Królewskiej Mości ewentualne zmiany prawa poszerzające możliwość umieszczania produktów w programach telewizyjnych odsunął w czasie.

Jakie przemiany na polskim rynku medialnym przynosi nowy ład europejski, w który bez zasadniczych zastrzeżeń wpisują się polscy politycy wszystkich partii parlamentarnych? Ta fragmentaryczna analiza pokazuje, że są to zmiany niekorzystne dla społeczeństwa. Wzmocnią one dominację telewizji komercyjnych i przekazów reklamowych nad społecznym komunikowaniem. Uderzą w i tak słabnącą prasę. Utrwalą zaniedbania w sferze ochrony dzieci przed reklamą. Ulokują w kolejnym ważnym segmencie życia publicznego ideologiczne postulaty lewicy (relatywizm, promocja homoseksualizmu).

Zmiany te nazywa się liberalizacją (łac. libertas – wolność). Jak wykazałem, pojęcie to nie może oznaczać w tym kontekście powiększenia wolności, w szczególności konsumentów. Nie niesie także większej konkurencyjności na rynku mediów. Liberalizacja rodem z Unii Europejskiej jest więc porcją socliberalnej degrengolady i obroną najwierniejszego jej narzędzia – laickiej telewizji.


Radosław Brzózka, Instytut Edukacji Narodowej
drukuj