Polskie łupki z polskich pieniędzy
Nie możemy zmarnować historycznej szansy, jaką jest odkrycie bogatych złóż
gazu łupkowego na terenie Polski. Żeby nie oddać pola amerykańskim koncernom,
musimy szybko poszukać rozwiązań, które postawią polskie koncerny na mocnej
pozycji i zagwarantują polskiemu państwu godziwe zyski od zagranicznych firm.
Kiedy w ubiegłym roku polskie – i nie tylko polskie – media obiegła informacja,
że nasz kraj może mieć obfite zasoby gazu niekonwencjonalnego, część polityków i
publicystów podeszła do tego ze zrozumiałym sceptycyzmem. Mało tego: usiłowano,
na szczęście bez powodzenia, przedstawić zwolenników budowania bezpieczeństwa
energetycznego Polski przy poważnym uwzględnieniu tych zasobów jako "oszołomów",
PiS-owską czarną sotnię, która w ten oto sposób chce psuć kwitnące (zwłaszcza po
10 kwietnia) stosunki polsko-rosyjskie.
Ci, którzy próbowali z łupków uczynić mrzonkę Jarosława Kaczyńskiego, zapewne
cieszą się w duchu, że uniknęli kompromitacji. Kilka tygodni temu amerykańska
Agencja Informacji Energetycznej (EIA) – agenda rządowa – ogłosiła raport na
temat złóż gazu niekonwencjonalnego na świecie. W raporcie stwierdzono, iż nasze
państwo może mieć aż 5,3 bln m sześc. gazu łupkowego, czyli aż dwa i pół razy
więcej niż znajduje się w podmorskich złożach Norwegii. Zgodnie z informacjami
podanymi w raporcie jesteśmy pod tym względem europejskim liderem. Co
ważniejsze, zasoby zlokalizowane na terenie Polski dają największe szanse na
eksploatację. Dla złóż na północy naszego kraju szansa ta wynosi 40 procent, a
dla złóż w krajach zachodnioeuropejskich maksimum 36 procent. Warto przypomnieć,
że wydobycie gazu łupkowego jest skomplikowane i niemal zawsze droższe od
wydobycia gazu konwencjonalnego.
Wiarygodność tych danych w praktyce potwierdza rosnące zainteresowanie
amerykańskich koncernów eksploatacją naszych złóż gazu łupkowego. Od 2007 r.
Ministerstwo Środowiska wydało ponad 90 koncesji na poszukiwanie tego surowca –
m.in. koncernom paliwowym z USA, jak np. Exxon Mobile.
Polacy są jednomyślni
Po jednej stronie mamy dysponujące olbrzymim zapleczem finansowym amerykańskie
koncerny. Po drugiej – polskie firmy, czyli w praktyce Polskie Górnictwo Naftowe
i Gazownictwo oraz Orlen. A do tego dochodzi podstawowa kwestia: jak nie
zmarnować historycznej szansy, czyli jak z łupków wycisnąć maksimum korzyści dla
Polski i Polaków, i to w różnych aspektach – począwszy od finansowych wpływów do
budżetu państwa, a na bezpieczeństwie energetycznym skończywszy. Bo to, że
Polacy oczekują od decydentów, iż o takie korzyści zadbają, nie ulega
wątpliwości. Dowodzą tego aktualne, bo zrealizowane na przełomie maja i czerwca
br. przez OBOP, badania opinii publicznej. Zamówił je i ogłosił Instytut
Globalizacji.
Jak podkreślił wiceprezes Instytutu dr Tomasz Sommer, rzadko zdarza się, by
Polacy byli tak jednomyślni. Chcemy, by Polska miała kontrolę nad własnymi
złożami bogactw naturalnych. 82 proc. pytanych odpowiedziało, że Rzeczpospolita
Polska powinna inwestować w wydobycie gazu łupkowego. W tej kwestii tylko 4
proc. jest przeciw lub zdecydowanie przeciw. Aż 80 proc. respondentów jest
zgodnych, że nasz kraj powinien rozwijać własne technologie wydobycia i
eksploatacji gazu łupkowego. Tylko 2 proc. jest zdecydowanie przeciw.
Przytłaczająca większość, bo aż 85 proc. ankietowanych, wyraziła opinię, że nasz
kraj musi sprawować kontrolę nad złożami gazu. Przeciwną opinię wyraża zaledwie
2 proc. pytanych.
Większość Polaków pytanych przez OBOP ocenia, że wydobycie gazu z łupków powinno
być domeną firm krajowych. Taki pogląd wyraża 74 proc. respondentów, a zaledwie
9 proc. bliższy jest pogląd, że eksploatacją rodzimych złóż mogą zająć się także
przedsiębiorstwa zagraniczne.
Gdzie zyski dla państwa?
Podsumujmy: Polacy chcą, by eksploatacja złóż gazu łupkowego stała się
wykorzystaną szansą rozwoju dla naszego kraju. Nie mają wątpliwości: to nasze
społeczeństwo musi być głównym beneficjentem tego procesu, a wydobycie winno
leżeć w gestii rodzimych firm. Oczywiście, sceptycy mogą powiedzieć – i słusznie
– że niemal nikt z ankietowanych nie orientuje się w zawiłych kwestiach
energetycznych. To prawda, jednak równie niewiele osób zna się np. na medycynie
i zarządzaniu szpitalami, ale czy to wystarczy do zdyskredytowania tego, że
Polacy chcą dobrze funkcjonującej i powszechnie dostępnej służby zdrowia?
Przyjrzyjmy się wykorzystaniu tej szansy, jeśli chodzi o regulacje prawne oraz
zapewnienie zaplecza finansowego polskich firm inwestujących w poszukiwanie i
wydobycie gazu łupkowego.
Nie mamy – i wszystko wskazuje na to, że nieprędko się doczekamy – takich
przepisów, które zapewnią godziwe wpływy do budżetu z tytułu eksploatacji
gazowego bogactwa. Według stanu na dziś, zagraniczne koncerny będą płaciły
polskiemu państwu tylko podatek dochodowy. Czyżby polscy politycy (a zwłaszcza
ci, którzy tak chętnie powiększają deficyt budżetowy z myślą o kolejnych
wyborczych kampaniach) nie troszczyli się o wyciśnięcie z koncernów jak
największych sum? Warto przyjrzeć się rozwiązaniom skandynawskim, gdzie
specjalne opłaty pobierane z tytułu eksploatacji złóż gazu niekonwencjonalnego
stanowią spory zastrzyk finansowy dla państwa. W polskich warunkach wpływy ze
specjalnej opłaty czy też – nie bójmy się tego terminu – podatku mogłyby być
wykorzystane na inwestycje w infrastrukturę energetyczną. Tu akurat, jak
wszystko wskazuje, jeszcze przez długie lata przyda się każda złotówka…
PiS głośno zwróciło uwagę na konieczność wprowadzenia za pomocą ustaw podobnych
rozwiązań. W maju tego roku na łamach "Naszego Dziennika" prof. Mariusz-Orion
Jędrysek, główny geolog kraju w rządzie PiS, wskazał, że chociaż gaz zawarty w
złożach łupkowych w Polsce jest wart co najmniej 1 bln USD, to pasywność rządu
Donalda Tuska sprawia, że zamiast na 70 proc., dziś możemy liczyć zaledwie na 20
proc. tej sumy i utratę pozycji gospodarza-decydenta. Trzeba je jednak dobrze i
niezwykle precyzyjnie opracować, tak by nie wylać dziecka z kąpielą. Będzie
fatalnie, gdy na kolanie pisane prawo spowoduje dodatkowe obciążenia dla
polskich firm inwestujących w łupki. Oczywiście, niełatwa to sztuka: konieczne
jest uchwalenie takich rozwiązań, które nie narażą Polski na zarzut
dyskryminacji obcych firm, a jednocześnie uchronią polskie koncerny od
dodatkowych obciążeń. Jest nad czym myśleć, Panie i Panowie posłowie!
Nie osłabiajmy narodowych koncernów
I tu płynnie przechodzimy do innej, równie istotnej kwestii – zapewnienia
narodowym koncernom wsparcia w rywalizacji z zagranicznymi konkurentami. Nie
żyjemy w czasach, gdy wszystko można było załatwić drogą dekretową i zamknąć
rynek dla obcych. Tych, którzy tęsknią za takimi rozwiązaniami, warto spytać,
czy chcieliby, aby szansa związana z gazem łupkowym skończyła się tak, jak
buńczuczne obietnice związane z pokryciem Polski siecią autostrad przed finałami
piłkarskich mistrzostw Europy w 2012 roku? Bardziej należy bać się fachowców z
ekipy "dotkniętego geniuszem" premiera – może to czarnowidztwo, ale sądzę, że
wkrótce znalazłoby się wielu amatorów "zagospodarowania" łupków metodą
Chlebowskiego i Drzewieckiego… Nie zamykajmy więc rynku, co jest mrzonką
chociażby ze względu na unijne przepisy, ale zapewnijmy maksymalnie mocną
pozycję naszym firmom.
We wspomnianej już Norwegii państwo mocno wspiera narodowy koncern Statoil. Dziś
w Polsce jedynym podmiotem, który może skutecznie sprostać zadaniu eksploatacji
złóż łupkowych w rywalizacji z amerykańskimi gigantami, jest Polskie Górnictwo
Naftowe i Gazownictwo. Można dodać, że drugim ważnym podmiotem, już
zaangażowanym w poszukiwania złóż gazu niekonwencjonalnego, jest Orlen.
Pomoc państwa nie musi i nie powinna oznaczać pompowania pieniędzy w bogate
koncerny energetyczne. Wsparcie, jak wyżej wspomniano, powinno polegać przede
wszystkim na stworzeniu takich rozwiązań prawnych, które nie postawią polskich
firm na gorszej pozycji i zapewnią im finansową stabilność. Niestety, takie
rozwiązania mogą budzić kontrowersje, ale trzeba przeprowadzić rachunek zysków i
strat i odpowiedzieć sobie, czy chcemy dobrze wykorzystać łupkową szansę.
Mam tu na myśli obowiązujący w Polsce system taryf gazowych. Zgodnie z nim PGNiG
składa do Urzędu Regulacji Energetyki wniosek o ustalenie cen gazu na dany
okres, z reguły na najbliższe pół roku lub rok. Ewentualne podwyżki lub obniżki
powinny być dobrze umotywowane, m.in. zmianą cen surowca sprowadzanego z
zagranicy. W praktyce proces ustalania taryf polega na żmudnych targach między
spółką a regulatorem i wypracowaniu kompromisu, który tak naprawdę nikogo nie
zadowala.
Nie ulega wątpliwości, że Polacy nie powinni być zaskakiwani nagłymi i
nieuzasadnionymi podwyżkami. Państwo powinno również pilnować, by dostawca nie
wykorzystywał pozycji monopolisty i nie ustalał cen gazu w sposób dowolny.
Pamiętajmy jednak, że większość gazu trafia do odbiorców przemysłowych,
działających na zasadach rynkowych – i w odniesieniu do nich warto się
zastanowić nad zmianą dziś obowiązującego prawa. Dodatkowo, w polskich warunkach
może się zdarzyć (a niektórzy mówią, że właśnie się zdarza…), iż urzędnicy
wstrzymają uzasadnione podwyżki na polecenie "góry" – bo wszak przed wyborami
trzeba udowadniać, że nie ma inflacji ani nic nie drożeje. A że konsekwencją
będą nieuniknione podwyżki za pół roku, tym razem większe – o to się będziemy
martwić po wyborach.
Podwyżkami cen gazu nie można łatać dziurawego budżetu państwa. Jednak trudno
akceptować sytuację, w której PGNiG nadal będzie importować drogi, rosyjski gaz
i sprzedawać go po cenie nie tylko niegwarantującej zysku, ale nawet zwrotu
poniesionych kosztów. To realne zagrożenie dla środków na inwestowanie w łupki.
Jeżeli chcemy być bezpieczniejsi, mniej uzależnieni od rosyjskich kaprysów w
przyszłości, to poważnie to przemyślmy – oczywiście, uwzględniając interes
społeczny.
Jakub M. Opara
Autor był zastępcą dyrektora gabinetu śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego.
