We Włodzimierzu leżą Polacy

Niektóre ofiary, prawdopodobnie są to osoby z tzw. ukraińskiej listy
katyńskiej, mogły być rozstrzelane nad mogiłą, na co wskazuje chaotyczne
ułożenie ciał. W okolicy może znajdować się znacznie więcej zbiorowych grobów.
Ich lokalizację przy zastosowaniu sondaży wiertniczych ustalą polscy archeolodzy
podczas prac, których początek zaplanowano na sierpień.

Po zakończeniu prac w Bykowni polscy i ukraińscy archeolodzy będą wspólnie
prowadzili prace archeologiczno-ekshumacyjne we Włodzimierzu Wołyńskim
(Ukraina), gdzie – wszystko na to wskazuje – spoczywają polskie ofiary z tzw.
ukraińskiej listy katyńskiej. Mimo iż decyzja o rozpoczęciu specjalistycznych
badań zapadła, wciąż brakuje źródeł finansowania wykopalisk.
Na Ukrainie jest wiele mogił, także tych wciąż nieujawnionych, gdzie spoczywają
Polacy zamordowani przez sowiecki reżim. Miejscem, które od sierpnia będzie
przedmiotem eksploracji polskich archeologów, jest Włodzimierz Wołyński, który
do 17 września 1939 r., a więc do napaści Rosji sowieckiej, znajdował się w
granicach Polski. W maju ukraińscy archeolodzy z organizacji "Wołyńska
Starożytność" podczas prac badawczych mających na celu odnalezienie tzw.
grodziska Kazimierza Wielkiego odkryli tam sześć masowych grobów ofiar
wymordowanych przez NKWD, wśród których – jak się przypuszcza – jest co najmniej
tysiąc obywateli polskich, a niewykluczone, że są ich tam tysiące. Potwierdzają
to także polscy archeolodzy, którzy przeprowadzili rekonesans we Włodzimierzu
Wołyńskim. Gotowość podjęcia prac archeologiczno-ekshumacyjnych w tym miejscu
wyraził prof. Andrzej Kola z Instytutu Archeologii Uniwersytetu Mikołaja
Kopernika w Toruniu, który wizytował odkryte masowe groby we Włodzimierzu
Wołyńskim. – Na podstawie bardzo pobieżnych oględzin można stwierdzić, że są tam
głównie, a może wyłącznie szczątki polskie – uważa archeolog. Badacze znają
lokalizację jamy grobowej, a szczątki odkryte przez archeologów ukraińskich są
już częściowo odsłonięte. Wszystko wskazuje na to, że część ofiar mogła być
rozstrzelana nad mogiłą, o czym świadczy chaotyczne ułożenie ciał. Z kolei w
innym miejscu, gdzie szczątki są ułożone w pewnym porządku, można przypuszczać,
że osoby te zostały zamordowane gdzie indziej, a następnie tu przywieziono ich
ciała. Istnieją też przesłanki, że w okolicy może znajdować się znacznie więcej
zbiorowych grobów. Ich lokalizację i zasięg m.in. przy zastosowaniu sondaży
wiertniczych ustalą polscy archeolodzy podczas prac, których początek
zaplanowano na sierpień bieżącego roku.
Zdecydowana na podjęcie prac archeologicznych we Włodzimierzu Wołyńskim jest
Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, która oprócz tego, że od kilkunastu lat
inwentaryzuje wszelkie dane o miejscach pamięci, to jeszcze finansuje m.in.
prace w Bykowni. Gdyby nie to, ukraińscy archeolodzy z braku środków nie byliby
w stanie sami kontynuować robót, a to uniemożliwiłoby rozpoczęcie prac także
polskim badaczom. W świetle ukraińskiego prawa badania mogą być prowadzone tylko
z udziałem i pod nadzorem ukraińskich archeologów. Nie będą to pierwsze
wykopaliska polskich archeologów we Włodzimierzu Wołyńskim. W 1997 r. w obrębie
grodziska rozpoczęto badania, podczas których na stosunkowo niewielkim obszarze
natrafiono na szczątki 98 Polaków, w większości zamordowanych strzałem w tył
głowy. Potwierdzeniem tego są znalezione m.in. guziki polskie i pagony
policyjne. Niestety, prac nie doprowadzono do końca. Wystarczyło to jednak, aby
stwierdzić, że pochowani są tam ewidentnie Polacy, niewykluczone, że z tzw.
ukraińskiej listy katyńskiej, więzieni na rozkaz władz stalinowskich. Lista
ujawniona w latach 90. zawiera nazwiska 3435 osób przetrzymywanych przez
Sowietów w więzieniach na terenie dzisiejszych zachodniej Białorusi i zachodniej
Ukrainy i zamordowanych na mocy rozkazu Stalina wiosną 1940 roku.

Historia posterunkowego Kuligowskiego
– To zdumiewające, że od 1997 r. nikt aż do teraz nie zainteresował się
przeprowadzeniem dalszych prac ekshumacyjnych czy nawet upamiętnieniem grobu, w
którym złożono ekshumowane szczątki – dziwi się poseł Dariusz Seliga z PiS,
wiceprzewodniczący sejmowej Komisji Obrony Narodowej, który był we Włodzimierzu
Wołyńskim. Tam ukraińscy archeolodzy odnaleźli oprócz monet także odznakę z nr.
1441, która należała do Józefa Kuligowskiego, posterunkowego policji państwowej
z Łodzi, którego nazwisko znajdowało się na liście katyńskiej. Dotychczas
sądzono, że zginął on w Kalininie i spoczywa w Miednoje, a jego nazwisko jest na
liście obozu w Ostaszkowie. Ostatecznie, czy odkryte w mogiłach ciała to ofiary
Katynia czy Polacy zamordowani przez Sowietów w 1939 r., ustalą polscy
archeolodzy, którzy jeszcze w sierpniu br. mają rozpocząć eksploracje we
Włodzimierzu Wołyńskim. – Tylko precyzyjne datowanie pozwoli z całą pewnością
stwierdzić, czy są to ofiary z tzw. ukraińskiej listy katyńskiej. Jak dotąd
wszystko na to wskazuje – uważa prof. Kola.
Na wschodnich kresach dawnej Rzeczypospolitej sowieckie represje objęły ponad
milion Polaków. Oprócz m.in. Bykowni, Charkowa, Katynia czy Miednoje mordów
dokonywano także w białoruskich Kuropatach. Jak dotąd wciąż nieznane są
wszystkie szczegóły i miejsca zbrodni sowieckich, ale z pewnością było ich
znacznie więcej, niż udało się dotąd ustalić. Miejsca i fakty z nimi związane,
zwłaszcza z tzw. białoruskiej listy katyńskiej, kryją moskiewskie archiwa i tak
naprawdę nie wiadomo, czy i kiedy w ogóle odpowiednie dokumenty zostaną
ujawnione. Jak podkreśla w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" poseł Dariusz Seliga,
miejsce pochówku ofiar zbrodni we Włodzimierzu Wołyńskim wymaga odpowiedniego
upamiętnienia. – W miejscu, gdzie wcześniej pochowano 98 ciał – ofiar reżimu
stalinowskiego – jest tylko zniszczony drewniany krzyż oraz położona pod krzyżem
drewniana tabliczka z odręcznym, ukraińskim napisem, który mówi, że jest to
mogiła ofiar totalitarnego reżimu. Nigdzie nie jest też powiedziane wprost, że
są to polscy obywatele – wyjaśnia poseł Seliga. Nic nie stoi na przeszkodzie, by
w przyszłości po zakończeniu prac archeologiczno-ekshumacyjnych, w porozumieniu
z ukraińskimi władzami należycie upamiętnić to miejsce. Najpierw jednak muszą
być przeprowadzone badania, które będą kosztowały ok. 120 tys. złotych. Część
sfinansuje ROPWiM i prezydent Lublina, z którego niedaleko do Włodzimierza, ale
to wszystko wciąż za mało. Jak podkreśla poseł Seliga, nic nie stoi na
przeszkodzie, by dofinansowanie i mecenat nad tą historyczną inwestycją objęła
jedna ze spółek Skarbu Państwa. – Zwróciliśmy się do premiera w interpelacji, w
której zaznaczyliśmy m.in., że koszty prac archeologicznych we Włodzimierzu
Wołyńskim nie powinny być dla Polski żadnym problemem, tym bardziej że chodzi tu
o godny pochówek i pamięć Polaków, którzy ginęli za Ojczyznę. Tymczasem wciąż
nie otrzymaliśmy odpowiedzi – bulwersuje się poseł. Jego zdaniem, biorąc nawet
pod uwagę fakt kampanii wyborczej, premier – jeżeli nie sam, to za pośrednictwem
swoich urzędników – powinien zająć stanowisko w tak ważnej sprawie.
Parlamentarzyści PiS poprzez stosowne pisma próbowali tą sprawą zainteresować
także resorty kultury i obrony. – Obojętnie kto by nie był ministrem obrony,
jest spadkobiercą historii wynikającej z ciągłości państwa i w tym znaczeniu
powinien zadbać o pamięć "swoich" żołnierzy. Mało tego, powinien się o tę pamięć
upominać i mieć to w swojej pieczy – dodaje poseł Seliga. Przypomina, że
Amerykanie po 50 latach wracają do Wietnamu po ciała poległych tam swoich
żołnierzy. – Niestety, takiego podejścia u nas brakuje, a szkoda. Tym bardziej
że nie są to koszty, które znacząco obciążyłyby budżet państwa – reasumuje
Seliga. Na początku lipca polska delegacja wraz z parlamentarzystami PiS
Dariuszem Seligą, Jarosławem Stawiarskim i Grzegorzem Tobiszowskim uda się na
Ukrainę do Włodzimierza Wołyńskiego i Kijowa, gdzie będą prowadzone rozmowy na
temat planowanych ekshumacji. Chęć spotkania z posłami wyraził m.in. wicepremier
Ukrainy.
Obecnie polscy archeolodzy prowadzą prace w Bykowni pod Kijowem, gdzie spoczywa
ok. 120 tys. ofiar zamordowanych przez NKWD począwszy od roku 1937 po rok 1941.
Wśród ofiar są także Polacy: oficerowie, wojskowi i policjanci – ofiary tzw.
ukraińskiej listy katyńskiej – zamordowani wiosną 1940 r. w więzieniach w
Kijowie, Charkowie czy Chersoniu. Od kwietnia w lesie w Bykowni wspólnie z
ukraińskimi pracują polscy archeolodzy. Naukowcom udało się ustalić tożsamość 9
osób, których nazwiska są na ukraińskiej liście katyńskiej. Tożsamość ofiar na
cmentarzu w Bykowni, który był już wcześniej kilkakrotnie eksplorowany m.in.
przez NKWD, a później przez archeologów, ustalana jest m.in. na podstawie
znalezionych guzików od mundurów, które zachowały się jako nieliczne dowody. Jak
podkreśla nadzorujący badania archeologów prof. Andrzej Kola, praca nie jest
łatwa m.in. z uwagi na to, że ciała ofiar nie są pochowane w ułożeniu
anatomicznym, a po prostu zostały byle jak wrzucone do dołu jedno na drugie.
Warstwy ciał zaczynają się od kilkudziesięciu centymetrów pod ziemią, a kończą
nawet na czterech, pięciu metrach. Zakończenie prac w Bykowni zaplanowano na
ostatnie dni czerwca, ale termin ten może ulec nieznacznemu wydłużeniu. W
sierpniu polscy naukowcy – archeolodzy i antropolodzy – mają rozpocząć
eksplorację mogił we Włodzimierzu Wołyńskim.

 

Mariusz Kamieniecki

drukuj