Polska – ojczyzna marnowanych szans
Dwaj wybitni amerykańscy ekonomiści George A. Akerlof i Robert J. Shiller w
wydanej niedawno książce "Zwierzęce instynkty", poświęconej skutkom obecnego
amerykańskiego i światowego kryzysu gospodarczego, napisali, że w latach 90.
Kanada popadła w głęboki i długotrwały kryzys z powodu błędnej, bo nadmiernie
restrykcyjnej, polityki pieniężnej ówczesnego prezesa kanadyjskiego banku
centralnego, który uważał, że jego najważniejszą rolą jest utrzymywanie
stabilności cen. Podobnym eksperymentom poddawana była również Polska po 1989
r., ale u nas okrzyknięto to sukcesem wyprowadzającym Polskę z kryzysu
wywołanego gospodarką centralnie sterowaną.
W 1987 r., gdy John Crow zaczynał pracę na stanowisku szefa kanadyjskiego banku
centralnego, inflacja wynosiła 4,88 proc., a do 1993 r. została zduszona do 1,88
proc., zaś bezrobocie poszybowało, jak piszą amerykańscy autorzy, do poziomu
niespotykanego od czasów Wielkiego Kryzysu – ponad 11 procent. W wyniku tej
błędnej – co mocno podkreślają amerykańscy autorzy – polityki Kanada popadła w
dramatyczny kryzys. Jak określił to jeden z ekonomistów kanadyjskich, nastąpiła
"Wielka Zapaść Kanadyjska", porównywana do Wielkiego Kryzysu lat 30. XX wieku.
Dla profesjonalnych ekonomistów i polityków bezrobocie jest najważniejszym
miernikiem jakości polityki gospodarczej i kompetencji rządzących. Znamienne
jest, że cytowani wybitni amerykańscy ekonomiści (którzy suchej nitki nie
zostawiają na tzw. nowej ekonomii, czyli liberalizmie) podkreślają, iż w okresie
minionych 25 lat USA prowadziły dość rozsądną politykę, zachowującą racjonalną
równowagę między dwoma powiązanymi z sobą celami: stabilnością cen i pełnym
zatrudnieniem, bezrobocie w USA było zatem stosunkowo niskie. Podkreślają
jednak, że mocno obawiają się ideologów, którzy mogą wpłynąć na przyszłe decyzje
Rady Rezerwy Federalnej (odpowiednik naszej Rady Polityki Pieniężnej) i skłonić
ją, by za najważniejszy swój cel uznała stabilność cen i zerową inflację,
bagatelizując wysokie koszty związane z osiągnięciem tego celu. Jak mówią,
wystarczałaby zaledwie garstka zwolenników tej teorii, by doprowadzić do
"Wielkiej Zapaści Amerykańskiej".
Skutki bezdusznej ekonomii
Gdy czyta się o kanadyjskim krachu gospodarczym, który polegał na osiągnięciu
11-procentowego bezrobocia, to łezka wzruszenia może się niejednemu w Polsce
zakręcić, do śmiechu zaś mogą doprowadzić rozpowszechniane opinie o rzekomych
sukcesach gospodarczych i wspaniałych efektach transformacji, która wprowadziła
nas do gospodarki rynkowej.
Tymczasem w Polsce bezrobocie od lat kształtuje się na poziomie ponad 10 proc. i
wygląda na to, że zjawisko to traktowane jest przez rząd jako normalne i mało
istotne. Sprawą priorytetową bowiem jest osiąganie biurokratycznych wskaźników
deficytu, długu i inflacji, jakiej życzy sobie Komisja Europejska. Znamienne
jest, że bezrobocie poniżej tego "magicznego" progu 10 proc. spadło tylko w 2008
r. – co prawda rządziła wówczas PO – ale to w gruncie rzeczy można uznać za
sukces rządu PiS. Za jego kadencji bezrobocie spadło z poziomu niemal 18 proc. w
ostatnim roku rządów SLD do 11,2 proc. w 2007 r., a potem za kadencji Platformy
sukcesywnie rosło do ponad 13 proc. obecnie.
Według założeń ustawy budżetowej na koniec roku bezrobocie ma spaść do 9,9
proc., ale te założenia wydają się zbyt optymistyczne, raczej nic nie zapowiada,
że uda się taki efekt osiągnąć. Raczej można się spodziewać, że do końca marca
bezrobocie może przekroczyć 14 procent.
Najwyższe bezrobocie przypadło na okres rządów SLD w latach 2002–2003 i
wynosiło aż 20 proc., co jest ewenementem w skali światowej, oznaką bardzo
głębokiego kryzysu. Choć spadło to na "barki" tej partii, to niewątpliwie było
rezultatem wpływów ministra finansów w rządzie Buzka, a potem prezesa NBP, prof.
Leszka Balcerowicza, którego bardzo niedojrzały profesjonalizm widoczny był już
na etapie opracowywania koncepcji transformacji. Kierując się przekonaniem, że
najważniejszy jest stabilny pieniądz, zdławił gospodarkę restrykcyjną polityką,
nastawioną na duszenie inflacji za wszelką cenę, bez oglądania się na skutki,
przed czym właśnie ostrzegają George A. Akerlof i Robert J. Shiller. Niestety,
nie rozumiał, że cel ten trzeba osiągać metodami, które jednocześnie pobudzają
gospodarkę i prowadzą do powstawania miejsc pracy (w odróżnieniu od niego
rozumiał to na przykład prof. Grzegorz Kołodko).
"Wielka Zapaść Polska"
W kategoriach ocen, jakie prezentują cytowani amerykańscy ekonomiści, można z
ubolewaniem stwierdzić, że Polska od dwudziestu lat jest w głębokim kryzysie
gospodarczym. Mamy swoją "Wielką Zapaść Polską". Transformacja gospodarki jest
właściwie sumą zmarnowanych szans na stworzenie warunków, które czyniłyby z nas
partnera rozwiniętych państw Unii Europejskiej, a na osiągnięcie takiego sukcesu
dwadzieścia lat powinno wystarczyć. Niestety, lata te okazały się w znacznej
mierze latami straconymi.
Powinniśmy zadać sobie pytanie: "Jakie są tego przyczyny i jakie będą dalsze
skutki?". Być może najważniejszą przyczyną jest swoista atmosfera beztroski i
doktrynerstwa – dodajmy, doktrynerstwa stworzonego przez mieszankę arogancji i
ignorancji w patrzeniu na problemy gospodarcze. Ponadto można wymienić cztery
najważniejsze przyczyny.
Po pierwsze, nadmiernie restrykcyjna polityka pieniężna
W pierwszych latach transformacji doprowadziła z jednej strony do zmarnowania
kapitału oszczędności, jakie mieliśmy, jako obywatele, zgromadzone w latach
wcześniejszych (w czasach socjalizmu oszczędności te tworzyły tzw. nawis
inflacyjny, ale mogły posłużyć jako baza do prywatyzacji), z drugiej, do wielu
bankructw, gdyż wysokie stopy procentowe spowodowały nadmierne obciążenie
przedsiębiorstw, które wcześniej zaciągnęły kredyty na sfinansowanie inwestycji
– często na stworzenie nowoczesnego wyposażenia – i wiele z tego zostało
zmarnowane.
Niestety, niezrozumienie tego, że przy tak wysokim bezrobociu polityka pieniężna
nie może być zbyt restrykcyjna, że bank centralny musi stwarzać warunki dla
dostępności kredytu dla przedsiębiorstw, by mogły inwestować i tworzyć miejsca
pracy – jest wciąż jednym z podstawowych naszych problemów. Z tego, co do nas,
obywateli, dociera, desygnowana przez Platformę Obywatelską większość w
aktualnej Radzie Polityki Pieniężnej ma poważne problemy ze zrozumieniem, jaką
politykę powinno się uprawiać w warunkach tak napiętego rynku pracy i
niewykorzystanego potencjału ludzkiego.
Po drugie, błędnie realizowana prywatyzacja
Doprowadziła do wielu wrogich przejęć i gigantycznych strat w przemyśle. Zamiast
wykorzystać socjalistyczny przemysł jako bazę do stworzenia nowoczesnego
kapitalizmu, bezmyślnie wyprzedano i roztrwoniono znaczną część tego majątku.
Znamiennym przykładem jest fabryka materiałów ściernych i narzędzi, którą za
marne pieniądze sprzedano kapitaliście zachodniemu, który dokonał klasycznego
wrogiego przejęcia i zamienił całkiem nowoczesną fabrykę w magazyn swoich
wyrobów, hale produkcyjne zaorał i posiał trawę, a zatrudnienie zredukował z 2
tys. osób do około 300 i bynajmniej nie tworzy nowych miejsc pracy. Takich
przykładów są tysiące – i to jest jeden z powodów wzrostu, a potem utrwalenia
wysokiego poziomu bezrobocia. Co ciekawe, człowiek odpowiedzialny za zmarnowanie
znacznej części naszego narodowego majątku w prywatyzacjach źle
przeprowadzonych, bo mających charakter takich właśnie wrogich przejęć, został
jakby nagrodzony bardzo dobrze płatnym stanowiskiem w Brukseli.
Po trzecie, utrata znacznej części dochodu narodowego
Jest to szczególnie dotkliwa dla naszej przyszłości, a wynikająca bezpośrednio z
powyższej – przyczyna wysokiego bezrobocia. W wyniku błędnie realizowanej
prywatyzacji Polska traci część swojego dochodu narodowego na rzecz zagranicy w
formie wypływających z Polski dochodów – tzn. dywidend, zysków, gigantycznych
apanaży dla personelu zagranicznego przejętych polskich przedsiębiorstw, opłat
za zarządzanie OFE itd.
Część wypracowanego w Polsce dochodu narodowego wypływa w formie tzw. cen
transferowych. Przedstawiając sprawę anegdotycznie, chodzi o to, że np. w cenie
marynarki produkowanej w Polsce przez zagraniczną firmę najważniejszą pozycją są
sprowadzane z jej kraju macierzystego guziki. W ten sposób polski dochód
narodowy wypływa w formie części kosztów i oczywiście podwyższa deficyt handlu
zagranicznego. Innym przykładem są wewnętrzne usługi realizowane przez centrale
firm na rzecz zlokalizowanych w Polsce tzw. firm-córek. Jeśli dziwi nas np.,
dlaczego co jakiś czas supermarkety robią reorganizacje i z naszego, tzn.
klientów, punktu widzenia bezsensownie przestawiają układ produktów na półkach,
to z dużą dozą prawdopodobieństwa możemy przyjąć, że jest to usługa
reorganizacyjna realizowana przez "wybitnych ekspertów" z centrali, oczywiście
suto opłaconych, po to, by firma wykazała brak zysków i nie zapłaciła w Polsce
podatku.
Takie wypływy środków z Polski osiągają gigantyczne sumy, częściowo
odzwierciedlone w bilansie płatniczym kraju, jak już kilkakrotnie pisałem, w
ostatnich latach ujemne saldo dochodów w bilansie płatniczym to ponad 50 mld zł
rocznie, a saldo błędów i opuszczeń, prawdopodobnie odzwierciedlające częściowo
przepływy między polskimi filiami firm zagranicznych a ich centralami – to
drugie ponad 50 mld zł rocznie – w sumie od 2004 r. to prawie 500 mld zł wypływu
z Polski.
Nie przypominam sobie, by znany "wybitny uczony", który w sytuacji wysokiego
bezrobocia zaleca, by wydłużać wiek emerytalny i martwi się, że becikowe zagraża
naszemu długowi publicznemu, zainteresował się wspomnianymi kwotami. I nie
przypominam sobie, by rząd lub wybitni eksperci rozdzierający szaty nad naszym
długiem publicznym i domagający się "pilnych reform finansów publicznych" zajęli
się problemem wypływu z Polski tak dużych nieopodatkowanych pieniędzy.
Po czwarte, niskie dochody Polaków
To jest kolejna przyczyna wysokiego bezrobocia, a także naszych marnych
perspektyw na przyszłość. Zwracałem już uwagę na to, że udział kosztów
związanych z zatrudnieniem w dochodzie narodowym jest w Polsce bardzo niski,
jeden z najniższych w świecie. Te koszty to nasze płace brutto, czyli z
podatkami, składkami, odpisami, zawierają więc także płacowe koszty sektora
budżetowego, ale nie obejmują tego, co przejmowane jest w formie udziału w
zyskach lub stanowi inne, niepłacowe koszty. Obecnie stanowi to dla Polski
trochę ponad 37 procent. Udział ten nieco wzrósł z poziomu 35,5 proc. w 2006 r.,
ale i tak jest jednym z najniższych w świecie – najwyższy jest w Szwajcarii,
ponad 61 proc., i w USA ponad 56 proc., w krajach europejskich norma wynosi ok.
45-50 procent. Oznacza to, że Polakom w formie płac oddaje się niewielką część
wypracowanych przez nich dochodów – resztę pochłaniają inne wysokie koszty – nie
są to podatki. Wbrew kłamliwym twierdzeniom różnych pseudoekspertów, ale koszty
finansowe, eksperckie, różnych środków zagranicznych oraz wynagrodzeń
wypłacanych w formach niepłacowych (głównie tzw. samozatrudnienia – jesteśmy pod
tym względem światowym fenomenem).
Brak oszczędności i widmo biedy
Trzeba pamiętać, że gospodarka rozwija się wtedy, gdy ludzie zarabiają i wydają
swoje pieniądze. Każdy koszt płacowy na rzecz pracownika krajowego staje się
jego dochodem i następnie wydatkiem, a zatem stanowi czyjś przychód –
sklepikarza, restauratora, fryzjera, krawca itd. Pieniądz krąży i motywuje do
pracy, daje dochody i zyski, część jest przejmowana przez państwo i jego
instytucje, gdy płacone są podatki i inne opłaty – ale pieniądze te, jako
wynagrodzenia pracowników sektora publicznego, ostatecznie wracają do gospodarki
w formie wydatków. Nie wracają natomiast albo wracają tylko częściowo jedynie te
pieniądze, które wydawane są na zakup dóbr importowanych (dlatego np. rządy
różnych krajów kładą nacisk na to, by samochody służbowe sektora publicznego i
inne wyposażenie były tylko produkcji krajowej) albo gdy są oszczędzane w
instytucjach, które udzielają kredytów podmiotom zagranicznym.
Gospodarka rozwija się, gdy tworzone są miejsca pracy, a tak się dzieje, gdy
oszczędzamy i nasze oszczędności są poprzez instytucje finansowe "uaktywniane"
na kredyty udzielane przedsiębiorstwom inwestującym w kraju. Jednak po to, byśmy
mogli oszczędzać, musimy najpierw móc zarobić. Niskie wskaźniki kosztów
związanych z zatrudnieniem powodują, że Polacy są ogólnie tak biedni, iż – jak
wynika z badań przeprowadzonych przez CBOS w 2010 roku – 67 proc. nie posiada
żadnych oszczędności, a jakiekolwiek odłożone środki ma niewiele ponad 1/3
gospodarstw domowych. Jest to sytuacja dramatyczna, bo dowodzi też, że nadwyżki
posiada tylko wąska grupa społeczna, zaś znaczną część Polaków wpędzono w biedę.
Towarzyszy temu obrona skandalicznie źle skonstruowanego systemu emerytalnego,
który gwarantuje, że po przejściu na emeryturę Polacy otrzymają tylko połowę
tego, co zarabiali, pracując. Cynicznie szykuje nam się armię emerytów-nędzarzy,
wmawiając im, że w OFE mają "prawdziwe pieniądze". Tymczasem ich pieniądze są
przecież "topione" w iluzjach baniek spekulacyjnych – prawdziwe zaś pieniądze to
tylko te, które zarobili maklerzy obracający naszymi oszczędnościami
emerytalnymi, szefowie tych spółek, doradzający im "eksperci", firmy reklamowe
reklamujące OFE i redaktorzy audycji wmawiających przyszłym emerytom, że za swe
emerytury będą opalali się pod palmami.
Oczywiście jak w każdej gospodarce jakieś oszczędności poza tymi przymusowymi
gromadzonymi przez system emerytalny są tworzone, ale zaniżając płace
pracownikom, przejmują je zagraniczni właściciele przedsiębiorstw i różne
instytucje, które transferują je za granicę. Co dziwne, osobnicy przedstawiający
się jako eksperci pracodawców domagają się, by nawet te nasze skromne
oszczędności emerytalne były inwestowane na giełdach zachodnich. Czy można
oczekiwać tworzenia miejsc pracy i spadku bezrobocia przy tak lekceważącym
stosunku elit do własnej gospodarki?
Nie, w tej atmosferze beztroski i doktrynerstwa wynikającego ze zwyczajnego
nieuctwa albo niezrozumienia podstaw ekonomii trudno oczekiwać wielkiego postępu
w walce z największą plagą społeczną, jaką jest bezrobocie. Najtrudniejsza jest
sytuacja młodzieży, która chce się uczyć i podejmując często wielki wysiłek
finansowy, zdobywa wykształcenie, a potem otrzymuje oferty źle płatnej pracy,
bez większych perspektyw na przyszłość. Dostając nawet pracę w ulokowanych w
Polsce firmach zagranicznych, odkrywa istnienie tzw. szklanych ścian i sufitów –
tak metaforycznie określa się zjawisko niewidzialnych barier awansu pionowego
(sufity) i zaszufladkowania bez możliwości ruchu w obrębie firmy (ściany).
Rodzi się pytanie: "Jakie są perspektywy na przyszłość?". Nadzieję może budzić
jedynie polityka rządu świadomego wymienionych problemów, kierującego się wolą
wprowadzenia zmian, posiadającego umiejętność podejmowania odważnych decyzji w
walce o interesy własnego kraju, wbrew potężnym siłom nacisku zdeterminowanym w
walce o wielkie pieniądze. Jak to wygląda obecnie? – każdy musi sobie na to
odpowiedzieć sam.
Prof. Jerzy Żyżyński
Autor jest ekonomistą, profesorem na Wydziale Zarządzania Uniwersytetu
Warszawskiego, członkiem Narodowej Rady Rozwoju powołanej przez śp. prezydenta
Lecha Kaczyńskiego.
