Polityka na Air Show
Polityków czekają najtrudniejsze tygodnie: kampania przed wyborami do
Sejmu i Senatu wkracza w decydującą fazę. Żaden z kandydatów nie zrezygnuje ze
spotkań w terenie, te jednak organizowane są jeszcze niemrawo. W Radomiu
polityka schodzi na dalszy plan, bo teraz najważniejszą imprezą w mieście są
pokazy lotnicze Air Show w najbliższy weekend. Będzie na nich obecnych wielu
kandydatów na posłów i senatorów, więc wydarzenie to sami radomianie uznają za
nieoficjalny start kampanii wyborczej w mieście.
Kampania wyborcza przed wyborami parlamentarnymi nie jest jeszcze bardzo
widoczna na naszych ulicach. W Radomiu gdzieniegdzie można zobaczyć najwyżej
billboardy największych komitetów wyborczych, nie ma reklam telewizyjnych i
radiowych, plakatów i ulotek kandydatów, bo na to jeszcze za wcześnie – listy są
w większości niegotowe. Dopiero kiedy zostaną zatwierdzone, będzie można ruszyć
z bezpośrednią kampanią. Wtedy wielu osobom będzie wręcz przeszkadzała niemal
wszechobecna kampania.
Co nie oznacza, że ludzie już teraz kampanią się nie interesują. – Mnie żadne
plakaty nie są potrzebne. Wiem, na kogo będę głosował w październiku, więc
plakaty ani spoty reklamowe już mnie nie przekonają do zmiany decyzji. No chyba
że moja partia czymś się skompromituje jeszcze przed wyborami – mówi Zbigniew
Hernik, właściciel niedużej firmy usługowej. Podkreśla, że ma wyrobione zdanie
na temat każdej partii i sama kampania wyborcza nie wzbudza w nim emocji jak u
innych ludzi. – Chociaż nie potrafię sobie odmówić przyjemności codziennego
przeglądania internetu i śledzenia partyjnych dysput. Im bliżej wyborów, tym
dyskusje będą na pewno gorętsze – zauważa pan Zbigniew.
Inne nastawienie do kampanii wyborczej ma Justyna Kalinowska. Cztery lata temu,
jeszcze jako studentka, głosowała na Platformę Obywatelską. Jak mówi teraz,
chyba przede wszystkim dlatego, że namówili ją do tego koledzy i koleżanki ze
studiów. Teraz wybór ma być bardziej przemyślany. – Poprzednie wybory były
pierwsze w moim życiu, nie analizowałam, na ile moje poglądy są tożsame z
programem PO czy innej partii. Teraz mój wybór będzie w pełni świadomy. Czekam
przede wszystkim na spotkania z kandydatami. W zasadzie mogłabym zagłosować na
dwie-trzy partie, ale chcę poprzeć przede wszystkim konkretną osobę – mówi
Justyna Kalinowska. Popiera ją przysłuchująca się naszej rozmowie pani Zofia,
emerytowana nauczycielka biologii i chemii. – Martwi mnie nonszalancja Polaków,
zwłaszcza młodych ludzi, którzy tak naprawdę nie głosują zgodnie ze swoimi
przekonaniami, światopoglądem, wyznawanymi wartościami, ale ulegają tej głupiej
telewizyjnej propagandzie. Nie chce im się oceniać polityków, a biorą to, co da
im telewizja. A przecież wybory to taki nasz społeczny rachunek sumienia,
powinniśmy ocenić, czy nasi posłowie i senatorowie, rząd zdali egzamin, czy
dobrze nas reprezentowali. Jeśli nie, to trzeba im dać czerwoną kartkę. Ale boję
się, że tej refleksji zabraknie, że znowu będą decydowały emocje – żałuje pani
Zofia.
Kto przyciągnie zawiedzionych?
Po rozmowach z radomianami trudno jest wyrokować, jaka będzie frekwencja. Nawet
ci, którzy nie chcą się wypowiadać na temat wyborów, "bo polityka ich nie
interesuje", twierdzą, że zagłosować jednak pójdą. Ale choć większość naszych
rozmówców deklaruje, że jest już zdecydowana, nie brakuje też takich, którzy są
w rozterce. – Głosowałem na Platformę – mówi pan Rafał, urzędnik samorządowy. –
Ale się zawiodłem na rządzie Donalda Tuska, nie tak to miało wyglądać. Liczyłem,
że będzie to rząd reform, ale tak się nie stało. I teraz nie wiem, kogo poprzeć
– wyjaśnia. Pan Rafał nie ma przekonania do PiS, nie odpowiada mu SLD, ma także
wątpliwości względem PSL. Dlatego tym razem wyborca będzie z wielką uwagą
śledził kampanię. Pan Rafał liczy na to, że pojawi się kandydat z Radomia z
pomysłami i dobrym programem. – Nie muszę głosować na żadną dużą partię, to może
być nawet nieduży komitet, byle znaleźli się w nim ludzie kompetentni i
wiarygodni, wtedy może liczyć na mój głos – mówi mężczyzna. – Ale taki mało
znany komitet może nie dostać się do Sejmu, nie szkoda będzie wtedy panu głosu?
– pytamy. – Nie. Co z tego, że wcześniej głosowałem na znane osoby i partie, ale
byłem niezadowolony ze swoich parlamentarzystów. Jak poprę dobrego kandydata, a
on nawet nie dostanie się do Sejmu czy Senatu, nie potraktuję tego jako złej
decyzji – zapewnia pan Rafał. I dlatego należy do zwolenników jednomandatowych
okręgów, gdzie może wygrać kandydat niepartyjny. Ale wielu radomian obawia się
nowej ordynacji do Senatu i podziela zdanie Magdaleny Szumskiej. – Niestety, to
także ryzyko, że mandat zdobędzie jakaś przypadkowa osoba, która dysponuje
pieniędzmi i będzie chciała wejść do parlamentu nie po to, aby reprezentować
ludzi, ale załatwiać swoje interesy – wyjaśnia swoje wątpliwości. Za to Robert
Czerwiński, student prywatnej uczelni, żartuje, że o wyborach pomyśli, dopiero
kiedy wróci na uczelnię. – Teraz to niech mnie pan o wybory i kampanię nie pyta.
W sobotę i niedzielę mamy Air Show, i to jest teraz najważniejsza impreza w
mieście, a nie głosowanie. A jak ktoś się interesuje polityką, to będzie miał
okazję pogadać z kandydatami na posłów i senatorów, bo pewnie wielu z nich się
zjawi na lotnisku na pokazach – mówi Robert.
Było tyle obietnic
Szydłowiec, małe miasteczko na południowym skraju Mazowsza, tuż przy granicy z
ziemią świętokrzyską. Od lat boryka z się z ogromnym bezrobociem, jednym z
najwyższych w kraju. Można by więc oczekiwać, że dominuje w tym mieście apatia,
że ludzie są zrezygnowani, że polityka ich nie interesuje. Nic bardziej mylnego.
To prawda, że frekwencja wyborcza nie jest tu rekordowa w skali kraju, ale już
na tle regionu radomskiego Szydłowiec nie wypada źle. Choć oczywiście nie
brakuje tu ludzi otwarcie deklarujących, że na wybory nie pójdą. – Po co
głosować? Ktokolwiek wygra, to i tak nie poprawi naszego losu – narzeka jedna z
osób czekających na autobus do Radomia. – Myśmy już usłyszeli tyle obietnic od
polityków, co to oni nam nie zrobią, jak to nie będą nam pomagać, tylko że na
obietnicach się kończyło. Więc nie ma sensu głosować – dodaje. Podobne zdanie ma
pan Krzysztof, od siedmiu lat na bezrobociu, utrzymuje się praktycznie tylko z
tego, co uda się zarobić "na czarno". – Nawet nie patrzę, kto będzie kandydował.
Wiem, że wystartuje pani minister Ewa Kopacz z PO, że będzie tu w naszym okręgu
kandydował poseł PiS Marek Suski, ale poza tym to nawet nie wiem, kto jest na
listach, bo po co, skoro na wybory i tak nie idę – tłumaczy się.
Choć te głosy nie są odosobnione, to w Szydłowcu nie brakuje zaangażowanych
wyborców. Ale i tutaj kampania jest na razie niemrawa. Elektorat tłumaczy to
sobie tym, że są wakacje i kandydaci zbierają siły przed ostatnim miesiącem
kampanii, który będzie zapewne decydujący.
Mirosław Ryciak liczy, że Szydłowiec odwiedzi wielu kandydatów. Narzeka, że w
trakcie kadencji takie małe miasta są omijane przez posłów i senatorów, chyba że
jest jakieś duże święto, to wtedy i znani politycy się pojawią. Ale mało jest
spotkań z mieszkańcami, podczas których można podyskutować, zadać pytania.
Kampania to zmienia. – I wiem, że takie spotkania komitety teraz organizują. Dla
mnie to jest najciekawszy element kampanii, nie plakaty czy spoty telewizyjne –
podkreśla. – Chociaż powiem panu, że i politycy "się wyszkolili", kiedyś byli
bardziej autentyczni, mówili szczerze, co myślą na jakiś temat. A teraz to nawet
na takich spotkaniach w głębokim terenie klepią wyuczone formułki, które im
chyba ich sztabowcy podpowiadają. I nie wiem czasami, co tak naprawdę jeden czy
drugi myśli – podkreśla.
W pobliskim Skarżysku-Kamiennej wyborcy będą głosowali na kandydatów z innego
okręgu wyborczego, świętokrzyskiego, ale i tutaj kampania jest w powijakach. –
Mam urlop, wybory jeszcze mnie nie obchodzą – mówi Krystyna Łuczak. Właśnie
wróciła ze znajomymi z gór, ma kilka dni zanim wróci do pracy i ten czas
wykorzystuje na relaks i zakupy. – Pewnie jestem wyjątkiem, ale mnie w czasie
kampanii najbardziej przyciągają programy w lokalnej telewizji, gdzie prezentują
się kandydaci na posłów i senatorów. Szukam tych, którzy są związani ze
Skarżyskiem, bo na kogoś z nich najchętniej bym zagłosowała – mówi pani
Krystyna.
Najpierw wybieramy wójta
W podradomskiej gminie Jedlnia-Letnisko wybory do Sejmu i Senatu zeszły na razie
na drugi plan. Wszystko dlatego, że 28 sierpnia odbędą się powtórzone wybory
wójta gminy, a ściślej, powtórzona zostanie ich druga tura, bo sąd dopatrzył się
nieprawidłowości przy spisie wyborców. A ponieważ wójt Dariusz Rzeczkowski
wygrał w 2010 roku tylko dwoma głosami, to owe nieprawidłowości mogły mieć wpływ
na wynik, i stąd unieważnienie. Dlatego dyskusje wyborcze sprowadzają się do
tego, kogo poprzeć: wójta czy jego rywala Piotra Leśnowolskiego. Wyborami do
Sejmu i Senatu mało kto się teraz zajmuje. Być może byłoby inaczej, gdy obaj
kandydaci reprezentowali PO i PiS, ale ponieważ wystawiały ich małe komitety, to
trudno ich rywalizację potraktować jako przedmecz październikowych wyborów. Ale
mieszkańcy gminy spodziewają się, że już wkrótce zostaną zasypani ulotkami i
plakatami także ze strony kandydatów na posłów i senatorów, "gdy tylko skończą
się wakacje". – Takie gminy jak Jedlnia-Letnisko, czyli graniczące z dużymi
miastami, od lat powoli zmieniają charakter. Coraz mniej tu rolników, a coraz
więcej nowych domów i działek budowlanych. Chętnie osiedlają się tu mieszkańcy
Radomia, a więc zmienia się też "profil polityczny" gminy, bo od dawna wyborcy
PSL należą tu do mniejszości, a przecież kiedyś ludowcy byli mocni na wsi –
wyjaśnia Małgorzata Suchecka, która także kończy budowę domu w pobliżu Jedlni i
już czuje się mieszkanką gminy.
O ogromnym zainteresowaniu polityków mogą mówić mieszkańcy powiatu przysuskiego.
A to wszystko z powodu niedawnego huraganu, który spustoszył setki gospodarstw
rolnych, zniszczył też wiele tuneli paprykowych. – Nawet premier Donald Tusk był
u nas dwa razy – mówi Mikołaj Ślusarczyk. – Szkoda tylko, że potrzeba było trąby
powietrznej, żeby rządzący bardziej się nami zainteresowali – dodaje. Ale i on,
i wielu innych mieszkańców liczy na to, że w trakcie akurat tej kampanii o
Przysusze będzie się mówiło wiele i może przyniesie to jakieś konkretne korzyści
– jak choćby to, że ktokolwiek będzie rządził po wyborach, weźmie się za
przeprowadzenie koniecznych zmian w ustawie o ubezpieczeniach upraw rolnych i
zwierząt gospodarskich. A jeśli "zapomni", to opozycja tego tematu nie odpuści.
Podobne nastroje panują w innej "paprykowej" gminie – w Przytyku, który leży już
w powiecie radomskim, ale też doświadczył burzowego kataklizmu. Ta sprawa będzie
dla rolników jednym z najważniejszych tematów spotkań z kandydatami na posłów i
senatorów. Ale i tak trudno się spodziewać, aby frekwencja w październiku była w
tych gminach czy w całym okręgu wysoka. Nawet niezwykle gorąca kampania wyborcza
sprzed czterech lat nie rozgrzała radomian, bo w wyborach wzięło udział
procentowo mniej osób niż średnio w kraju. Teraz będzie zapewne podobnie. – Do
urn pójdzie chyba mniej niż 50 procent ludzi – spodziewa się Dominik
Krzyżanowski, pracownik firmy handlowej. – Chociaż różne niespodzianki też mogą
być. A może jednak nasi mieszkańcy zostaną przez kogoś lub przez coś
zmobilizowani do głosowania, może frekwencja będzie tym razem wysoka? Poczekamy,
zobaczymy – stwierdza Krzyżanowski.
Krzysztof Losz
