Polityka historycznej niepamięci

20 lat rozmaici medialni łgarze usiłują nam wmówić, że historia wywiera
zbyt duży wpływ na polską politykę i że pod tym względem różnimy się od innych
narodów. Wierzą w to ci, którzy albo nie znają świata, albo w swoich biografiach
mają coś wstydliwego do ukrycia. Przed kilkoma laty jedna z partii, która
chciała swoją kompromitującą przeszłość wymazać z naszej pamięci, używała
wyborczego hasła: "Wybierzmy przyszłość". Ale w przeciwieństwie do przyszłości,
której nie ma, bo dopiero będzie, przeszłość realnie istnieje i na co dzień
odciska się na naszej teraźniejszości.

Z historią, zarówno odleglejszą, jak i całkiem niedawną, zmagają się Niemcy,
Francuzi, Anglicy czy Amerykanie. Starają się jednak wiedzę o niej tak
uporządkować, aby dla kolejnych pokoleń stała się fundamentem narodowej czy
państwowej wspólnoty, aby niezależnie od przekonań politycznych, religii, stanu
majątkowego, a nawet miejsca zamieszkania umożliwiała wzajemne zrozumienie,
przywiązanie do wspólnej tradycji, poczucie jedności, potrzebne szczególnie w
chwilach zagrożenia. Budowaniu takiej wspólnoty służy polityka historyczna.
Jej uprawianie nie oznacza bynajmniej ograniczania badań naukowych, stosowania
cenzury czy manipulowania historycznymi faktami. Państwo stara się jednak, aby
do młodzieży docierały treści, które nauczą ją szacunku dla poprzednich pokoleń,
wpoją dumę z ojczyzny, skłonią do ofiarności na rzecz własnego państwa. W
systemie demokratycznym nie oznacza to szowinizmu ani wrogości czy pogardy dla
obcych. Raczej przywiązanie do tych wartości, z którymi kojarzy się patriotyzm.

Wolna Polska i zniewolona PRL
W przeszłości różnie bywało z polską polityką historyczną. Po okresie zaborów
niepodległa Rzeczpospolita starała się eksponować tradycję walki o wolność, kult
narodowych powstań, świeżą jeszcze pamięć o zasługach Legionów. Szczególne
miejsce w najnowszej historii zajmowała wówczas wojna z bolszewicką Rosją, a
zwłaszcza dramatyczna Bitwa Warszawska. Symbolem poświęcenia Polaków dla sprawy
odbudowy własnego państwa stała się obrona Lwowa i bohaterstwo najmłodszych jej
uczestników.
Nic dziwnego, że pokolenie wychowane w II Rzeczypospolitej nie pogodziło się z
utratą niepodległości i walczyło o nią w 1939 roku i w następnych latach. Ale II
wojna światowa zakończyła się katastrofą polskiego państwa i przez kolejne 10
lat trwała sowiecka okupacja, tylko maskowana pozorami samodzielności. Z
polityką historyczną był wówczas kłopot, bo miejscowi kolaboranci nie mogli
powoływać się na doświadczenia polskich komunistów, skoro Komunistyczna Partia
Polski (KPP) została uznana za niemiecką agenturę. Gdy po śmierci Stalina karna
kolonia przekształciła się w państwo satelickie, przystąpiono do tworzenia
historycznych korzeni komunistycznej dyktatury. Przywoływano i Ludwika
Waryńskiego, i Feliksa Dzierżyńskiego, dopisując do tej tradycji także Tadeusza
Kościuszkę, Ignacego Daszyńskiego czy Macieja Rataja, chociaż z komunizmem nie
mieli oni nic wspólnego. PRL-owska polityka historyczna pełna była dziwacznych
zakrętów: za Władysława Gomułki zakazana była pamięć o Bolesławie Bierucie, za
Edwarda Gierka przypomniano Bieruta, ale wymazano z historii Gomułkę, z kolei za
Wojciecha Jaruzelskiego wykreślono dekadę Gierka.

Stronnictwo zdrady
Jednak Naród pamiętał. Większość nie uznała za swoich bohaterów Marcelego
Nowotki, Wandy Wasilewskiej czy Hilarego Minca. Komunistom nie udało się
narzucić aprobaty dla dokonań PPR czy "utrwalaczy" władzy ludowej. Nawet u tych,
których historyczna wiedza ograniczyła się do lektury komunistycznych
podręczników, gdzieś w zaułkach pamięci pozostały symbole ofiary i chwały:
Katyń, Powstanie Warszawskie, Armia Krajowa. Tylko jedno powiodło się chirurgom
historii: na pół wieku skutecznie zakłamali pamięć o powojennej partyzantce, o
heroicznej Wyklętej Armii.
Antykomunistyczna opozycja lat 70., a potem "Solidarność", sięgnęły do historii,
żeby przywrócić Polakom świadomość dumnej przeszłości. Już po upadku komuny
wydawało się, że wreszcie będzie okazja do przezwyciężenia skutków propagandy
kłamstwa. Ale szybko u boku komunistów, przemianowanych na demokratyczną lewicę,
stanęło nowe stronnictwo zdrady, usadowione w różnych organizacjach i mediach,
upatrujące w polskiej tradycji i historii zagrożenia dla swoich lewicowych
sentymentów, a przede wszystkim dla łapczywego pragnienia władzy i majątków.
Przez ponad 20 lat III Rzeczypospolitej to stronnictwo usiłuje nam wmówić, że
Polski należy się wstydzić.

Spór o Polskę
W ostatnim 20-leciu bywały chwile, gdy Polska zwyciężała. Wystarczy przypomnieć
zasługi prezydenta Lecha Kaczyńskiego: upowszechnienie pamięci o Powstaniu
Warszawskim, przywrócenie uroczystej defilady z okazji Święta Wojska Polskiego i
rocznicy Cudu nad Wisłą, uznanie dla rzeczywistych bohaterów "Solidarności",
domaganie się rozliczenia zbrodni w Katyniu. Instytut Pamięci Narodowej – dzięki
setkom naukowych publikacji, tysiącom wystaw, prelekcji i konkursów –
przypomniał walkę Polaków przeciwko komunistycznej niewoli, a także pokazał
przykłady prosowieckiej kolaboracji i narodowego zaprzaństwa.
Po stronie przeciwników pamięci łączono wszystkie siły, które stawiały sobie za
cel zniszczenie naszego przekonania, że warto być Polakami. Zohydzano tradycję,
wyśmiewano przywiązanie do narodowej kultury, przedstawiano wykoślawiony obraz
historii. Rozmaite miernoty, z tytułami zdobytymi za wierną służbę PRL, rozmaici
nieudacznicy, promowani za występy w chórze politycznej poprawności, różne
medialne i naukowe beztalencia – wszyscy prześcigali się w obnażaniu polskich
wad, wytykaniu polskiej ksenofobii, opluwaniu wszelkich wartości i zasad. W tym
towarzystwie dawni agenci bezpieki i obecni agenci wschodnich służb cieszyli się
szczególnym prestiżem.

Niemcy i Rosja
Tymczasem nasi sąsiedzi zdobyli się na energiczną i konsekwentną politykę
historyczną. Niemcy, którzy przez całe powojenne dziesięciolecia przekonywali
Europę, że poczuwają się do winy za kataklizm II wojny światowej i szczerze
żałują za swoje grzechy, po zburzeniu muru berlińskiego w 1989 roku
wyeksponowali w swojej historii zupełnie nowe wątki. Po pierwsze, ogłosili, że
nie tylko niegdyś ulegli pladze totalitaryzmu, ale także z nim odważnie
walczyli. W setkach publikacji przypomniano antyhitlerowskie spiski, z zamachem
Clausa von Stauffenberga na czele, a także antykomunistyczne powstanie w 1953
roku oraz antyreżimowe manifestacje w Lipsku i innych miastach NRD w 1989 roku.
Po drugie, Niemcy skutecznie wpoili młodemu pokoleniu przekonanie, że ich naród
był nie tylko sprawcą, ale także ofiarą ostatniej wojny, ponieważ ich dziadkowie
zostali "wypędzeni" ze swojej ojczyzny.
Taka koncepcja historii, upowszechniana w podręcznikach, w mediach, w kinie i w
internecie, uwalnia młodych Niemców od kompleksu winy, pozwala z dumą odnosić
się do narodowej tożsamości, z satysfakcją zauważać, że ich państwo znów stało
się największą potęgą w Europie.
W tym samym czasie Rosja wycofała się z demokratycznych kaprysów z okresu rządów
Borysa Jelcyna, przywróciła symbole sowieckiej potęgi i urządza wielkie fety z
okazji zwycięstwa w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej, którego efektem było
zniewolenie połowy Europy. Młodzi Rosjanie dowiadują się w szkole, że chociaż za
Józefa Stalina i Leonida Breżniewa nie wszystkim żyło się dostatnio, to
rekompensatą była świadomość, że cały świat bał się Związku Sowieckiego. Skoro
dziś większość Rosjan żyje w biedzie, jakiej my nie znamy już od dziesięcioleci,
to pocieszenia dla nich można szukać już tylko w historii minionego mocarstwa.

Zmora "Czterech pancernych"
A w Polsce? Czy młodzi Polacy wiedzą, z czego mogą i powinni być dumni?
Najczęściej nie mają pojęcia o własnej historii, wypieranej ze szkół,
ograniczanej do epizodów, których ocena wciąż przedstawiana jest jako
niejednoznaczna. Nudzi ich literatura, bo nie nauczono ich czytania książek, a w
testach maturalnych ważniejsza jest porcja sprytu niż wiedza, która w logiczną
całość ułoży telewizyjne obrazki. Zresztą, czegoż można wymagać od kolejnych
pokoleń od dzieciństwa ogłupianych historycznymi knotami w rodzaju "Czterech
pancernych i psa" czy "Stawki większej niż życie"?
Wielki rozgłos nadaje się publikacjom, które w złym świetle, a często wręcz
kłamliwie, przedstawiają losy Polaków w II wojnie światowej oraz po jej
zakończeniu. Ostatnio można było nawet usłyszeć, i to od przedstawiciela rządu,
że w czasie wojny sami Polacy stwarzali dla siebie większe zagrożenie niż
niemieccy okupanci. Z kolei okres komunistycznej dyktatury prezentuje się
młodzieży jako serię zabawnych skeczów, a życie w PRL jako "ubaw po pachy".
Marginalna w Polsce kolaboracja z Niemcami jest wyolbrzymiana i hałaśliwie
potępiana, ale równocześnie kolaboracja z Sowietami, a nawet współpraca ze
służącą Sowietom zbrodniczą bezpieką, uznawana jest za epizod w życiorysie,
który nie ma wpływu na dzisiejszą ocenę byłego funkcjonariusza czy konfidenta.
Przez ostatnie 20 lat ilu doczekaliśmy się filmów o Armii Krajowej, o
cichociemnych, o akcji "Burza" na Kresach, o Powstaniu Warszawskim? Pierwszy
film fabularny o żołnierzach wyklętych "Historia Roja, czyli w ziemi lepiej
słychać" został zablokowany przez telewizyjnych decydentów i nie może trafić do
masowej widowni. A te nieliczne, które zdołały powstać, jak "Generał Nil",
"Czarny Czwartek" lub film o ks. Jerzym Popiełuszce, czy są odpowiednio
rozpowszechniane w szkołach i promowane w telewizji?

Czas na zmiany
Polityka historyczna nie powinna służyć manipulacji czy wypaczaniu historii.
Powinna upowszechniać wiedzę o tych wydarzeniach z przeszłości, które
współczesnym pokoleniom mogą dostarczyć wzorów do naśladowania. Młody człowiek
może z tych wzorów nie skorzystać, ale musi mieć szansę zapoznania się z nimi,
bo inaczej zubożymy jego wychowanie. To historia oraz odwołująca się do historii
literatura i sztuka pozwolą mu zrozumieć, co znaczy służba ojczyźnie i wierność
słusznej sprawie, jaką cenę ma honor i kto zasługuje na uznanie potomnych.
W Polsce przez pół wieku fałszowano i zakłamywano historię. Przez ostatnie
dwadzieścia lat ideowi spadkobiercy tamtej epoki usiłują nam narzucić
historyczną niepamięć, której efektem ma być zażenowanie, że przyszło nam
urodzić się "w tym kraju" i należeć do "tego Narodu". Na szczęście nie wszystkim
zdołali zaszczepić myślową pustkę i moralny nihilizm. Teraz, gdy wahadło
historii powoli odchyla się w drugą stronę, musimy być gotowi wykonać wielką
pracę przywracania Polakom poczucia narodowej więzi i obywatelskiej godności.

 

Prof. Ryszard Terlecki

drukuj