Policja aresztowała Komorowskiego
Laweta z Komorowskim z
fantazją zajechała na policyjny parking. Funkcjonariusze w centrum
Rzeszowa zaaresztowali platformę z billboardem przedstawiającym
kandydata PO na prezydenta. Marszałkowi wykonującemu swój urząd
towarzyszyło zdjęcie abortowanego dziecka. W ten sposób członkowie
stowarzyszenia Contra in Vitro chcieli zwrócić uwagę na proaborcyjne
poglądy polityka. Całe zdarzenie miało miejsce przed wczorajszą wizytą
Komorowskiego w stolicy Podkarpacia. Interwencja została podjęta na
skutek skargi posła PO Tomasza Kuleszy.
W środę przed
południem po Rzeszowie zaczął jeździć samochód z billboardem, na którym
umieszczono zdjęcie Bronisława Komorowskiego i martwego dziecka. Pod
zdjęciami widniały napisy: „Marszałek Komorowski popiera kompromis
aborcyjny” i „Kompromis aborcyjny zabija chore dzieci”. – Chcemy
przypominać ludziom, że niektórzy politycy wykorzystują nas, Polaków
katolików, do tego, żeby wyforować się na stołki, po czym zapominają, że
są katolikami, popierają życie, a jednocześnie są za in vitro, a to
jest sprzeczność – powiedział „Naszemu Dziennikowi” Jacek Kotula, prezes
stowarzyszenia Contra in Vitro, który posiadając wszystkie stosowne
pozwolenia, jeździł z billboardem po ulicach Rzeszowa. – Chcieliśmy
przypomnieć, że marszałek Komorowski mówił, iż jest za tym, by utrzymać w
dotychczasowym kształcie kompromisową ustawę antyaborcyjną. Z drugiej
strony pokazaliśmy dziecko, które jest efektem kompromisowej, niby tak
„wspaniałej” ustawy. My, Polacy, nie chcemy takich kompromisów, a przy
władzy ludzi, którzy je głoszą – dodaje Kotula.
Rekonesans po
Rzeszowie z marszałkiem Sejmu na lawecie nie trwał jednak długo. Po
kilku godzinach w centrum miasta, w czasie szczytu komunikacyjnego
samochód Kotuli zatrzymała policja. Stało się to kilkanaście minut, może
pół godziny po jego rozmowie telefonicznej z dziennikarką „Gazety
Wyborczej” w Rzeszowie. – Zadzwoniła do mnie redaktorka lokalnej „Gazety
Wyborczej” i spytała, czy mamy coś wspólnego z tą objazdową wystawą,
która krąży po Rzeszowie, na co odpowiedziałem twierdząco. Było jeszcze
kilka pytań, po co to robimy, w jakim celu i czyj to pomysł –
relacjonuje szef stowarzyszenia Contra in Vitro. Do zawiadomienia
policji przyznał się poseł PO Tomasz Kulesza, który prowadzi w regionie
kampanię wyborczą Bronisława Komorowskiego. Poseł tłumaczył, że
billboard zawiera nieprawdziwe treści i dlatego złożył wniosek o jego
aresztowanie. Prokuratura Rejonowa w Rzeszowie zapowiedziała zaś, że do
wtorku zdecyduje, czy będzie wszczynać dochodzenie w sprawie
zniesławienia Komorowskiego. Pierwsze pytanie policjantów, którzy
zatrzymali samochód Jacka Kotuli z lawetą, brzmiało: na czyje polecenie
to robi. Kiedy odpowiedział, że jest to jego inicjatywa, policjanci
poprosili go o dokumenty. Kontrola, która trwa zazwyczaj krótko, w tym
wypadku przedłużyła się do blisko pół godziny. – Policjanci dzwonili,
jakby się namawiali. Po około pół godzinie z radiowozu wyszedł policjant
i poprosił mnie o przejazd samochodem na komendę miejską. Skoro
wszystko jest w porządku, samochód sprawny, to w czym problem, spytałem.
I usłyszałem odpowiedź, że w celu – jak to określił – sfotografowania
billboardu, ponadto dodał, że na ulicy jest zbyt duży ruch – opowiada
Kotula, który wykonał polecenie policjanta. W konsekwencji laweta z
billboardem w asyście dwóch radiowozów trafiła na policyjny parking.
Natomiast Jacek Kotula otrzymał kopię protokołu zatrzymania rzeczy,
potwierdzający, że policja zatrzymała lawetę z billboardem do czasu
wyjaśnienia sprawy. Cała procedura trwała kilka godzin, po których
prezes stowarzyszenia Contra in Vitro, nieprzesłuchiwany, mógł wreszcie
powrócić do domu.
Paweł Międlar, rzecznik prasowy komendanta
wojewódzkiego policji w Rzeszowie, powiedział nam, że interwencja
policji odbyła się po zawiadomieniu o przestępstwie. – Otrzymaliśmy
sygnał o znieważeniu, zniesławieniu osoby Bronisława Komorowskiego
poprzez publiczne prezentowanie treści zawartych na billboardzie.
Ponieważ trzeba sprawdzić, czy rzeczywiście doszło do przestępstwa,
naturalną konsekwencją takiego zawiadomienia jest zatrzymanie do
wyjaśnienia, w tym wypadku billboardu, jako ewentualnego dowodu czynu
zabronionego – stwierdził Międlar. Materiały w tej sprawie trafiły już
do Prokuratury Rejonowej w Rzeszowie. – To od prokuratora zależeć
będzie, czy będą prowadzone czynności sprawdzające, w jakim trybie i czy
w ogóle będą. My w tej sprawie zrobiliśmy swoje. Jeżeli doszło do
złamania prawa, będą podejmowane dalsze kroki, jeżeli nie, to sprawa się
na tym zakończy. O tym będzie jednak decydował prokurator – dodaje
rzecznik prasowy. W ocenie Kotuli, cała sprawa ma podtekst partyjny i
miała na celu zatrzymanie lawety z billboardem przed przyjazdem
Bronisława Komorowskiego, który wczoraj gościł w Rzeszowie. – Do
złudzenia przypomina mi to działania władz komunistycznych, które nie
bacząc na łamanie prawa wolności do wyrażania poglądów, postępowały
podobnie. Homoseksualistom nie broni się manifestowania poglądów,
przeciwnie – stwarza się im nawet dogodne do tego warunki. Tymczasem
Polak katolik nie może się przejechać własnym samochodem z billboardem,
który nie kłamie, po swoim własnym mieście, bo zaraz ściga go policja –
dziwi się Jacek Kotula.
Mariusz Kamieniecki
