Polacy jeszcze kupują

W pierwszym kwartale br. polski handel odnotowywał nadal wzrost

obrotów, ale widać już pierwsze oznaki kryzysu

W Europie Zachodniej konsumenci znacznie ograniczyli wydatki konsumpcyjne, w tym także na artykuły pierwszej potrzeby. U nas tej negatywnej tendencji może jeszcze bardzo nie widać, ale nie brakuje niepokojących sygnałów. Jeśli obroty handlu detalicznego zaczną spadać, wtedy będzie to dowód na to, że jednak kryzys nas dopadł.

Wskaźniki dotyczące wysokości obrotów w placówkach handlowych znakomicie pokazują koniunkturę gospodarczą. Jeśli bowiem ludzie wydają z roku na rok coraz więcej pieniędzy na zakupy, jest to dowód na to, że dobrze im się powodzi, rosną ich dochody, mają po prostu więcej pieniędzy do dyspozycji. Z kolei produktami najbardziej podatnymi na wahania koniunktury są dobra z segmentu FMCG, które obejmują artykuły spożywcze i chemiczne, czyli ogólnie pojęte produkty pierwszej potrzeby. Wydatki na nie ogranicza się w domowych budżetach na końcu. Dlatego dane firmy Nielsen na temat sprzedaży na rynku FMCG w Polsce mogą nas napawać umiarkowanym optymizmem. Wynika z nich, iż aż w 17 krajach na 22 badane odnotowano spadek zakupów w ujęciu ilościowym, podczas gdy tylko w 5 ten wskaźnik poszedł do góry. W tym gronie jest także Polska – u nas wzrost sięgnął prawie 1,5 procent. To na tle zastoju w handlu, jaki jest obserwowany w Europie, naprawdę bardzo dobry wynik. Choć trzeba też zwrócić uwagę na fakt, iż w czwartym kwartale 2008 roku wzrost sprzedaży produktów FMCG sięgnął aż 10 proc. – więc spadek dynamiki już widać. A ponieważ sytuacja gospodarcza kraju jest jeszcze niepewna, trudno oczekiwać, aby teraz Polacy nagle znowu zaczęli robić coraz większe zakupy. Handlowcom pozostaje więc zachowanie cierpliwości i nadziei, że kryzys szybko minie.


Pieniądze trzeba oszczędzać


Klienci sklepów nie kryją, że od dawna dokładniej liczą każdy grosz i oszczędzają również na robieniu podstawowych zakupów. Biorą do koszyków tylko to, co jest im rzeczywiście potrzebne, w mniejszych ilościach, zakupy robią według dokładnie wcześniej zaplanowanej listy, aby do torby nie trafiła żadna zbędna rzecz, która też kosztuje. – Dzięki takiemu systemowi udaje mi się zaoszczędzić co najmniej 100 zł tygodniowo – mówi Dorota Bastecka. Przyznaje, że kilkaset złotych na miesiąc to dla niej spora suma, bo można za nią kupić np. 2-3 pary butów dla dzieci. – Wcześniej nie zastanawiałam się nad oszczędzaniem, bo mąż nieźle zarabiał. Ale gdy jego firma zaczęła dostawać mniej zleceń, to i spadły zarobki, trzeba było szukać metod ograniczenia wydatków – wyjaśnia.

Małgorzata Jelonek musiała w swojej rodzinie przejść na szybką kurację oszczędnościową, gdyż rozpoczęcie studiów poza domem przez córki bliźniaczki zbiegło się z czasem z dużym spadkiem dochodów rodziny. – Pensja męża była w dużym stopniu uzależniona od wyników produkcji. A ponieważ zamówienia spadły, to w zasadzie od listopada ubiegłego roku dostaje tylko wynagrodzenie zasadnicze i dodatek stażowy, co razem daje około 2,5 tys. zł na rękę. Gdy były premie, wynagrodzenie było dwa razy wyższe – relacjonuje kobieta. – Dlatego ograniczyliśmy wszystkie możliwe wydatki – podkreśla Jelonek.

Grzegorz Samborski nie czuje co prawda ekonomicznej potrzeby oszczędzania, ale – jak twierdzi – uległ modzie panującej wokół. Wszyscy mówią o kryzysie, wszyscy oszczędzają, więc Samborski uznał, że i on powinien nieco ograniczyć zakupy. – Mniej wydaję na żywność, bo zacząłem po prostu kupować tylko to, co jest mi potrzebne. Kiedyś marnowałem spore ilości jedzenia, teraz już tego problemu nie mam. A ponieważ nie robię nadmiernych zapasów, to mniej wydaję – relacjonuje. – Ale znam też wiele rodzin, które z prawdziwej konieczności muszą zaciskać pasa i kupują w sklepach mniej towarów lub wybierają tylko te najtańsze – dodaje Samborski.

Handlowców nawet ta sytuacja nie dziwi, bo wiedzą, że dotykają ich po prostu skutki spowolnienia gospodarczego w Polsce. W dodatku przedstawiciele nawet największych sieci handlowych nie kryją obaw, że w kolejnych miesiącach wcale nie będzie lepiej i zadowoliłoby ich przynajmniej utrzymanie sprzedaży na obecnym poziomie. Wtedy mogliby uniknąć głębszego kryzysu. – Moi klienci to w znacznym stopniu emeryci czy rodziny mające kilkoro dzieci na utrzymaniu. Tutaj nie ma zamożnych ludzi, więc biedniejsi ludzie tym bardziej są nastawieni na oszczędzanie – stwierdza Teresa Mikołajczyk, współwłaścicielka sklepu spożywczego w Częstochowie. – Cen za bardzo podnieść nie można, bo klienci mogliby u mnie w ogóle przestać kupować. Cieszę się, że przynajmniej na razie nie jest tak źle jak we wcześniejszych latach, gdy ludzie naprawdę nie mieli pieniędzy i kupowali „na zeszyt”. Mam zresztą nadzieję, że niedługo sytuacja gospodarcza się poprawi, to i u mnie będą klienci zostawiać więcej pieniędzy – tłumaczy Mikołajczyk.

Podobny problem zauważa Łukasz Vieth, który z bratem prowadzi sklep z artykułami AGD i RTV, a z żoną sklep spożywczo-przemysłowy. Paradoksalnie, jego firma najbardziej odczuwa kryzys w zakupach FMCG. Elektronika sprzedaje się nieźle, w pierwszych miesiącach popyt nawet wzrósły o 6 proc., a na produkty spożywcze trochę spadł. – Może dlatego że telewizory, lodówki, pralki i zmywarki są mocno reklamowane, to klienci nie rezygnują z ich kupowania… – zastanawia się Vieth.

Robert Zuchora, przedstawiciel handlowy znanego producenta słodyczy, potwierdza, że na rynku jest jakby mniej pieniędzy. Sklepy, które wcześniej brały od niego np. osiem-dziesięć kartonów słodyczy tygodniowo, zmniejszyły zamówienia nawet o połowę. – Właściciele lub kierownicy tłumaczą się zazwyczaj, że mają problemy z ich zbytem, część produktów nawet leżała zbyt długo na półkach i się przeterminowała. I chcą, żeby przywozić im mniejsze partie, to wtedy może wszystko uda się sprzedać – mówi Zuchora. Dodaje, że podobne problemy mają inni koledzy z branży, nic więc dziwnego, że i producenci zaczynają bardziej zabiegać o dobre relacje z kupcami. Ale nie można też powiedzieć, iż producenci żywności i chemii odnotowują jakieś dramatyczne spadki sprzedaży i produkcji. Na rynku jest ciężej, jednak nie tak dramatycznie jak w innych branżach, które kryzys dotknął o wiele głębiej.

Waldemar Bronowicki, ekonomista, zgadza się oczywiście, że osłabienie tempa wzrostu konsumpcji i zakupów w sklepach jest niedobrym zjawiskiem, bo wobec osłabienia możliwości eksportu z powodu kryzysu na świecie właśnie popyt wewnętrzny niweluje skutki tego kryzysu u nas. Jednak może to mieć pewne pozytywne skutki. – Wiele osób wydawało pieniądze na różne dobra bez opamiętania, zapożyczali się, żyli ponad stan. Teraz nasze wydatki są bardziej racjonalne i kupujemy to, co nam jest najbardziej potrzebne. Nawet na swoim osiedlu zauważyłem, że ludzie wyrzucają niewiele jedzenia do śmietników, co kiedyś było plagą. Ale wtedy po prostu żywność się marnowała – ocenia Bronowicki.

Inna sprawa, że kolejne miesiące mogą być dla handlu jeszcze gorsze, na co wpływ będzie mieć poszerzający się obszar biedy i niedostatku. W tej chwili w skrajnym ubóstwie żyje około 2 mln Polaków i przez to siła nabywcza ich rodzin jest bardzo mała. Liczba ta wzrosła o prawie 400 tys. osób przez ostatni rok. A biednych będzie wciąż przybywać, gdyż będzie rosło bezrobocie. Pod koniec roku liczba bezrobotnych wyniesie ponad 2 mln, czyli o około 300 tys. więcej niż teraz. W tej sytuacji ci ludzie też będą mniej kupować w sklepach i koniunktura będzie słabła. Ponadto jeśli zacznie rosnąć bezrobocie, to więcej osób będzie bało się też zwolnienia z pracy, a taki strach również nie sprzyja zakupom. I niewiele pomoże tu pakiet antykryzysowy rządu.


Nowa bitwa o handel?


Tymczasem handlowców, nie tylko wielkie sieci, zaniepokoiły zapowiedzi wprowadzenia większych regulacji w tym sektorze. Taki projekt został przedstawiony na forum Unii Europejskiej. Jego założenia polegają na tym, iż to UE ustalałaby np. maksymalne marże handlowe, głównie na artykuły żywnościowe. Ministrowie z niektórych krajów członkowskich podkreślają, że wprowadzenie takich regulacji jest wskazane, gdyż z jednej strony sieci handlowe wymuszają kolejne obniżki cen u producentów żywności, a nie przekłada się to na obniżki cen dla konsumentów. Rolnik także nie korzysta na tym finansowo, bo dla niego ceny skupu nie wzrastają, a nawet spadają. – Wysokie marże narzucane przez handel są niekorzystne dla rolników, przetwórców i konsumentów – argumentował minister rolnictwa Marek Sawicki, omawiając projekt nowych regulacji. – Wspólna Polityka Rolna, która ma dbać o stabilizację dochodów rolników i zapewnić konsumentom dostęp do tanich, bezpiecznych, gwarantowanych produktów żywnościowych, została zakłócona i w związku z tym Komisja Europejska powinna interweniować – wyjaśniał minister. Podkreślił, że o ile w 2008 roku żywność podrożała w Polsce o 4,5 proc., o tyle dochody rolników okazały się niższe o ponad 15 procent. Tak więc kto inny ściągnął zyski z rynku.

Sawicki dodał, że zaproponował dwa potencjalne rozwiązania, które można przy tej okazji zastosować. Chodzi o monitoring narzutów marżowych oraz wsparcie dla przetwórstwa rolno-spożywczego, które przegrywa w starciu z wielkimi sieciami handlowymi. Producenci żywności od dawna się skarżą, że nie mogą sobie poradzić z dyktatem super- i hipermarketów. Gdy oni sprzedają im swoje produkty najtaniej, jak tylko można, markety naliczają na nie bardzo wysokie marże (nawet 40-50 proc.), które zostają na kontach sklepu. Przetwórnie skarżą się, że z powodu takiej polityki one nie mogą podnieść swoich cen, aby poprawić rentowność, bo sklepy grożą zerwaniem umów.

Dlatego ministrowie w wielu krajach liczą na ostrą reakcję Brukseli, a unijna komisarz ds. rolnictwa Mariann Fischer-Boel ma do końca listopada przedstawić raport w tej sprawie. Pomocne w przygotowaniu dokumentu mają być ankiety, jakie trafią do zakładów przetwórstwa spożywczego, a w których odpowiedzą one na pytania dotyczące nieuczciwych praktyk stosowanych przez sieci handlowe.

I zdaniem większości ekonomistów i prawników, którzy wypowiadali się na temat ustanowienia europejskiego systemu marż handlowych, pokazanie praktyk cenowych stosowanych zwłaszcza przez wielkie sieci marketów będzie jedyną korzyścią z prac nad projektem. Nikt bowiem nie wierzy, aby coś takiego udało się przeforsować, żeby w całej unijnej Europie ustalać jednakowe marże handlowe. Byłoby to bowiem złamanie podstawowej zasady swobody handlu, bo państwo, owszem, ma wpływ na ceny produktów, ale głównie przez ustalanie polityki fiskalnej i stosowanie innych praw, które wpływają na koszty prowadzenia działalności gospodarczej, produkcji i usług. Inne elementy, w tym marża, to już kwestia umowy między sprzedawcą a kupującym. Dlatego propozycje zgłaszane przez ministrów były uważane bardziej za grę przedwyborczą niż realne projekty.

– Przecież marża zależy od wielu czynników, jak choćby obrotów sklepu, kosztów wynajmu powierzchni, handlowej, rodzaju asortymentu. Gdyby unijna tabelka miała być obiektywna, powinna zawierać wiele zmiennych, wskaźników, czynników. To jest po prostu niemożliwe do spełnienia – jest o tym przekonana Zofia Szydłowska, właścicielka niedużego sklepu spożywczego. – U mnie siłą rzeczy marża musi być nieco większa niż w placówkach, gdzie obroty są dużo większe, bo trzeba zarobić na utrzymanie sklepu i swojego miejsca pracy – argumentuje.

Prawnicy dodają, że ustalanie marż przez biurokratów oznaczałoby wręcz likwidację handlu takiego, jaki znamy. Na co raczej większość krajów się nie zgodzi. Dlatego jeśli firmy sektora rolno-spożywczego będą chciały być mocniejszym partnerem dla super- i hipermarketów, będą musiały przede wszystkim ze sobą współpracować, aby wywalczyć sobie lepsze warunki cenowe. Zachodni przedsiębiorcy już nieraz udowodnili, że właśnie dzięki takiemu postępowaniu udało im się wzmocnić swoją pozycję w stosunku do sieci handlowych.


Krzysztof Losz
drukuj