Podwójnie wysiedleni

Stowarzyszenie Gdynian Wysiedlonych zaskarżyło do sądu odmowę wszczęcia
przez Oddziałową Komisję Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Gdańsku
śledztwa w sprawie wysiedleń dokonywanych przez komunistów.

Gdy Niemcy wyrzucali ich z domów pod groźbą śmierci, byli jeszcze dziećmi.
Wracając po zakończeniu II wojny światowej do siebie, liczyli na normalne życie.
Ale komuniści zgotowali im… ponowne wypędzenie. Zrzeszeni obecnie w
Stowarzyszeniu Gdynian Wysiedlonych mieli nadzieję, że sprawiedliwość znajdą w
wolnej Polsce. Dziś nie mogą się pogodzić z tym, że nie dość, że przez ponad 20
lat władze III RP nie zadbały o wynagrodzenie ich krzywd, to jeszcze Oddziałowa
Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Gdańsku odmówiła
wszczęcia śledztwa w sprawie wyrzucania ich z domów przez komunistyczny reżim.

"Wrogowie ludu"
– 15 października 1939 r., kiedy zaczęły się przymusowe wysiedlenia Polaków w
Gdyni, pod nasz dom podjechały ok. godz. 5.00 nad ranem niemieckie samochody.
Mamę, mnie i starszą siostrę wywieziono nieoplandekowanymi ciężarówkami w
kierunku Generalnego Gubernatorstwa. Miałem wtedy 6 miesięcy, a siostra 2,5
roku. Niemcy wyrzucili mieszkańców wszystkich domów przy naszej ulicy, by
zakwaterować przybyszów z Rzeszy i przesiedleńców (Baltendeutsche), którzy
objęli władzę w mieście i w porcie – wspomina Benedykt Wietrzykowski, prezes
Stowarzyszenia Gdynian Wysiedlonych.

W maju 1945 r. rodzina pana Benedykta wróciła do zdewastowanego i ograbionego
domu, zaczynając wszystko od nowa. Niestety, niedługo się nim cieszyli. – Miałem
wtedy 11 lat. Był kwiecień 1950 roku. Wracałem ze szkoły, wszedłem do sklepu
prowadzonego przez rodziców, gdzie zastałem… nieznanego mężczyznę ubranego po
cywilnemu, ale z karabinem w ręku. Gdy wytłumaczyłem mu, kim jestem, powiedział:
"Wsiadaj na samochód, właśnie na ciebie czekaliśmy" – wspomina Benedykt
Wietrzykowski. Komuniści wywieźli go wraz z rodziną na Żuławy Wiślane. Wkrótce
potem ich dom władze sprzedały na licytacji bez powiadomienia rodziców.

Takich poszkodowanych rodzin w samej tylko Gdyni było znacznie więcej.
Komuniści wyrzucali przede wszystkim osoby uznane za "wrogów władzy ludowej", w
tym właścicieli sklepów, warsztatów itd. Prezes Stowarzyszenia Gdynian
Wysiedlonych w 2011 roku zwrócił się do Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni
przeciwko Narodowi Polskiemu w Gdańsku z wnioskiem o wszczęcie śledztwa w tej
sprawie. Przekazał też Komisji listę ponad 400 nazwisk Polaków wysiedlonych z
Gdyni w latach 1946-1956 przez komunistyczne władze. Kilkuset członków
stowarzyszenia liczyło na to, że znajdująca się w strukturach Instytutu Pamięci
Narodowej Oddziałowa Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w
Gdańsku zbada dokładnie i napiętnuje ich tragedię. Niestety, wniosek został
odrzucony.

Wysiedlenia zgodne z prawem?
– To jest zbrodnia komunistyczna! Dlaczego więc IPN nie chce przeprowadzać
śledztwa w tej sprawie? Wysiedlone rodziny do tej pory nie otrzymały
zadośćuczynienia ani moralnego, ani materialnego, i to zarówno od Niemców, jak i
od władz Polski! Sprawa jest ciągle odkładana, bo "nie ma woli politycznej" –
oburza się Benedykt Wietrzykowski.

Co na to pion śledczy IPN? – W 1945 r. obowiązywało jeszcze rozporządzenie
prezydenta RP o ochronie granic z 1927 roku oraz przepisy o postępowaniu
administracyjnym z 1928 roku. Przewidywały one możliwość wysiedlania ludności
bez uzasadnienia. Oczywiście przed wojną miały one inne ratio legis. Były
motywowane chęcią zabezpieczenia Gdyni przed przejmowaniem kontroli przez
Niemców. Ale w tych rozporządzeniach nie ma o tym mowy. Akt prawny nie
precyzował, o jaką ludność chodzi – tłumaczy prokurator Leszek Czarnecki z
OKŚZpNP w Gdańsku, który odmówił wszczęcia śledztwa w tej sprawie. Komuniści po
wojnie wykorzystali te przepisy do własnych celów, tyle że przeciwko Polakom,
m.in. rodowitym mieszkańcom Gdyni, uznanym za wrogów "władzy ludowej".

– Aby dopatrzeć się w tym zbrodni komunistycznej, musielibyśmy – zgodnie z
ustawą o IPN – wykazać, że wysiedleń dokonano wbrew tym przepisom, albo omijając
je. Niestety, decyzje, o których mowa, zapadały na podstawie obowiązującego
wówczas prawa – przekonuje prok. Czarnecki. – To może bulwersować, że te
działania nie spotykają się z reakcją karną na tę niegodziwość, ale takie są
przepisy – tłumaczy powody bezsilności Komisji.

Prawne i moralne kuriozum
– Sprawa jest kuriozalna. Niemoc w dochodzeniu do prawdy ma być usprawiedliwiana
przepisem z II Rzeczypospolitej, od której PRL się odżegnywała? – dziwi się
poseł PiS Dorota Arciszewska-Mielewczyk, wskazując na deklaracje o zerwaniu z
demokratyczną kulturą II RP choćby w komunistycznym Manifeście PKWN z 1944 roku.

– Manifest lipcowy to była tylko deklaracja polityczna, ale do 1956 r.
obowiązywało nadal rozporządzenie o ochronie granic – upiera się prokurator
Czarnecki.

Jednak mecenas Piotr Łukasz Andrzejewski, były wieloletni senator RP, sędzia
Trybunału Stanu, znany obrońca praw człowieka i współautor uchwały Senatu z 1998
r. w sprawie przywrócenia ciągłości prawnej pomiędzy II i III Rzecząpospolitą,
podkreśla, że fakt posługiwania się komunistów przedwojennym prawem do własnych
celów nie może być usprawiedliwieniem dla niewszczynania śledztwa w sprawie
wysiedleń Polaków po wojnie. – Akty prawne II Rzeczypospolitej w zakresie, w
którym były stosowane sprzecznie z powszechnie obowiązującymi prawami człowieka,
nie mogą rodzić skutków w postaci powoływania się na nie w ramach praworządności
formalnej dla uprawiania represji władzy ludowej wobec grup ludności
podejrzanych o antykomunizm – zaznacza. Dodaje, że przy ocenie aktów prawnych,
na które powoływali się komuniści w celu uzasadniania wysiedleń naszych rodaków,
należy badać nie tylko treść tych przepisów, ale także ich ratio legis, czyli
uzasadnienie, oraz sposób realizacji.

Nie litera, a sens
Co to oznacza? – Powinno decydować to, czy w świetle prawa międzynarodowego i
kryterium zbrodni komunistycznej wysiedlenia spełniają kryteria sposobu
stosowania prawa, a nie tylko jego treści – zaznacza mec. Andrzejewski. Dla
wyjaśnienia podaje przykłady z naszej ostatniej historii. – Zgodnie z
obowiązującymi w tamtym czasie przepisami dokonywano również eksterminacji ludzi
pochodzenia żydowskiego, przestrzegając tzw. praworządności formalnej III
Rzeszy. Także zgodnie z obowiązującym w okresie PRL prawem i tzw. formalną
praworządnością mordowano żołnierzy wyklętych – wskazuje mec. Andrzejewski.
Prawnik zaznacza, że przy tak wąskim pojmowaniu prawa prokuratorzy musieliby
także usprawiedliwiać zbrodnicze wyroki, orzeczone wobec m.in. działaczy
podziemia niepodległościowego przez posłusznych komunistom sędziów.

Dlatego mecenas Andrzejewski podsumowuje, że wysiedlenia przeprowadzane w
okresie rządów komunistów miały charakter represji politycznych.

III RP odwraca się od pokrzywdzonych
Poseł Dorota Arciszewska-Mielewczyk ocenia, że ta sprawa, podobnie jak wiele
innych roszczeń zgłaszanych przez poszkodowanych Polaków, pokazuje, iż władze
III RP umyły ręce, mówiąc wypędzanym Polakom: to nie nasza sprawa, radźcie sobie
sami.

– Kuriozum jest tym większe, że dziś osoby, które władze PRL osiedlały w
mieszkaniach i domach poszkodowanych Polaków, chcą przejąć te nieruchomości
przez zasiedzenie. To pokazuje, że władze nie stoją na straży prawa i nie dbają
o to, by zagrabiona najpierw przez Niemców, a potem przez komunistów własność
została wreszcie zwrócona prawowitym właścicielom – wskazuje Dorota
Arciszewska-Mielewczyk. Dodaje, że do jej biura poselskiego w Gdyni przychodzą
ludzie, którzy mówią: w takim a takim miejscu ktoś domaga się przejęcia domu
przez zasiedzenie, który należał do mojego ojca!

Takie sytuacje potęgują rozżalenie wobec przedstawicieli państwa polskiego,
tym bardziej że nadal nie zostało zakończone trwające już od 12 lat śledztwo
OKŚZpNP w sprawie tzw. pierwszego wysiedlenia Polaków przez Niemców m.in. z
Gdyni. – Inaczej prowadzi się sprawę, w której poszkodowanych jest kilka osób, a
inaczej, gdy jest ich 70 tysięcy – tłumaczy przyczyny tej sytuacji naczelnik
Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Gdańsku
prokurator Maciej Schulz. Tyle właśnie – jak szacuje IPN – Polaków wysiedlili
Niemcy w latach 1939-1940 z Gdyni. – Nie było w Polsce drugiego takiego miasta,
które byłoby w taki sposób potraktowane, tzn. wysiedlonych zostało 90 proc.
ludności – wyjaśnia naczelnik. Dlatego IPN musiał przesłuchać prawie tysiąc osób
i prowadzić poszukiwania materiałów zarówno w archiwach polskich, jak i
niemieckich. Prokurator Schulz zapewnia, że śledztwo powinno jednak zakończyć
się w ciągu najbliższych miesięcy.

Decyzja pionu śledczego IPN o odmowie wszczęcia śledztwa w sprawie tzw.
drugich wysiedleń przez komunistów przelała czarę goryczy. Dlatego szef
Stowarzyszenia Gdynian Wysiedlonych postanowił zaskarżyć ją do Sądu Rejonowego w
Gdyni. – Złożyłem zażalenie do sądu na decyzję prokuratora Czarneckiego, który
odmówił wszczęcia śledztwa w tej sprawie. Sąd rozpatrzy zażalenie 29 maja na
posiedzeniu o godz. 8.00 w sali 319 – zapowiada Benedykt Wietrzykowski.

Mecenas Stefan Hambura z Berlina podkreśla, że sprawa wysiedleń jest testem
nie tylko dla polskiej temidy, ale przede wszystkim dla władz. Zaznacza, że
zacząć trzeba od właściwej postawy wobec polskich poszkodowanych, o których
nasze władze dbają o wiele gorzej niż państwo niemieckie o własnych
przesiedleńców. – To, co Niemcy dokonywali w Gdyni na początku II wojny
światowej, trzeba przede wszystkim nazwać wypędzeniem, a nie wysiedleniem. W RFN
ucieczka Niemców z terenów okupowanych przez III Rzeszę jest nazywana
wypędzeniem, a w Polsce IPN i wszyscy poprawni politycznie i klękający przed
Niemcami wyrzucanie Polaków z domów przez Niemców nazywają przesiedleniami…
Trzeba wreszcie wstać z kolan i nazywać rzeczy po imieniu – zwraca uwagę mecenas
Hambura.

Obojętność i brak wynagrodzenia krzywd Polakom poszkodowanym przez dwa
totalitaryzmy wystawia złe świadectwo III RP. Czy polscy wypędzeni znowu okażą
się bezradni wobec bezprawia opresyjnych systemów?

Mariusz Bober

drukuj