NATO po Afganistanie

Dziś w Chicago  rozpoczyna się szczyt NATO. Przywódcy 28 państw
Sojuszu będą rozmawiali głównie o Afganistanie. To ważny problem dla Polski. Ale
w naszym interesie jest, by Pakt Północnoatlantycki zamiast zajmować się
interwencjami i operacjami w dalekich krajach, skupił się na solidarnej obronie
terytorialnej państw członkowskich


Data wyjścia sił międzynarodowych z Afganistanu jest jasno określona i
nie ma mowy o jej zmianie. Sama operacja wycofania także jest mniej więcej
zaplanowana. Chociaż wciąż nie wiadomo, czy skłócona z Sojuszem Rosja będzie
zainteresowana współpracą logistyczną, taką jak udostępnienie lotnisk i szlaków
komunikacyjnych w zależnych państwach byłego ZSRS sąsiadujących z Afganistanem.
Poważniejsza jednak i pilniejsza jest kwestia zapewnienia finansowania sił
afgańskich po wyjściu z kraju obcych wojsk. Aby operacja w Azji Środkowej nie
stała się totalną kompromitacją Sojuszu, armia i policja afgańska muszą
udowodnić, że po 2014 r. same poradzą sobie z bezpieczeństwem. Na to jednak
potrzeba pieniędzy. Roczny koszt utrzymania sił porządkowych w Afganistanie to 4
mld dolarów. Oczywiście budżetu rządu w Kabulu na to nie stać, przynajmniej
jeden miliard musi zebrać społeczność międzynarodowa. Chętnych do transferu
milionów dolarów w azjatyckie pustkowia na walkę z talibami nie widać. W NATO i
poza nim trwają więc gorączkowe negocjacje, w których może się okazać, że Polska
będzie musiała ponosić znaczne koszty naszego uczestnictwa w afgańskim projekcie
jeszcze przynajmniej przez 10 lat. Przedstawiciele Polski, głównie minister
spraw zagranicznych Radosław Sikorski, wskazują, że Polska, która ponosiła
ciężar działań wojskowych, widziałaby większy udział państw zainteresowanych
stabilnością w regionie, a nie uczestniczących w operacji zbrojnej. Chodzi o
Rosję i Chiny. Tymczasem mają one według wstępnych założeń wpłacać jedynie po 10
mln dolarów rocznie. Polska składka ma zaś wynieść aż 20 mln dolarów. Czy
delegacji pod przewodnictwem prezydenta Bronisława Komorowskiego i z udziałem
ministra Sikorskiego uda się zmienić ten plan?

W Chicago będzie mowa nie tylko o operacjach stabilizacyjnych i innych
interwencjach. Tak naprawdę Polska wolałby, żeby tego rodzaju działania nie
dominowały w strategii Sojuszu. Kwestia ogólnej koncepcji jego rozwoju z
pewnością powróci podczas obrad 28 przywódców. Chociaż tzw. koncepcja
strategiczna została przyjęta w listopadzie 2010 r. w Lizbonie, to ciągle nie
jest do końca jasne dla wszystkich członków, czym NATO ma tak naprawdę być. Dla
nas najważniejsza jest solidarna obrona terytorium państw członkowskich, przede
wszystkim w Europie. Przygotowaniu do odparcia agresji zbrojnej lub
jakiejkolwiek innej (mowa jest m.in. o wojnie energetycznej, atakach
cybernetycznych itd.) należy poświęcić jak najwięcej środków Sojuszu. Chodzi o
odpowiednie wyposażenie i wyszkolenie wojsk wszystkich sojuszników, plany
sztabowe, prowadzenie ćwiczeń, rozwój infrastruktury obronnej, w tym obrony
powietrznej, której częścią jest tarcza antyrakietowa.

W NATO są też państwa, które nie czują się zagrożone i wolałyby, by Pakt
Północnoatlantycki utrzymywał raczej niewielkie, wyspecjalizowane,
międzynarodowe siły interwencyjne z myślą o reagowaniu w sytuacjach
konfliktowych, jak np. w Libii. Nie brakuje głosów postulujących ewolucję NATO w
stronę sojuszu wyłącznie politycznego. Spory przebiegają w sytuacji kryzysu w
Europie i odwrotu USA ze Starego Kontynentu. Amerykanie nie tylko wycofują swoje
oddziały, ale coraz bardziej tracą zainteresowanie obszarem atlantyckim na rzecz
basenu Pacyfiku. W Europie pozostaje po nich pustka, gdyż kraje naszego
kontynentu raczej tną wydatki na obronność i redukują swoje siły. Wymowny jest
przebieg operacji w Libii, której nie udało się przeprowadzić siłami
europejskimi. Pewnym pomysłem zrodzonym w strukturach NATO w Europie ma być tzw.
inteligentna obrona (ang. smart defense). Chodzi o podzielenie zadań obronnych
pomiędzy państwa członkowskie, tak aby rozwijały one swój potencjał w sposób
wyspecjalizowany. Wymagałoby to rozwiniętego wspólnego dowodzenia i daleko
idącej koordynacji pomiędzy sojusznikami, w tym przejmowania odpowiedzialności
nawet za kluczowe elementy obrony poszczególnych krajów przez formacje
międzynarodowe. To oczywiście koncepcja efektywna ekonomicznie, ale wzbudza
sprzeciw, gdyż zakłada daleko idącą ingerencję w suwerenność państw. Jednak
jeżeli europejscy członkowie NATO chcą jednocześnie posiadać nowoczesne i
skuteczne siły odstraszania oraz oszczędzać na wydatkach zbrojeniowych, to będą
musiały zdecydować się na jakąś formę konsolidacji swoich systemów obronnych.

Manifestacja Rosji
Jak widać, w Chicago nie uda się uciec od problemów wywołanych przez kryzys
finansowy. Było to jasne od samego początku, gdy planowano szczyt. Dlatego
połączono go początkowo ze spotkaniem na najwyższym szczeblu grupy G8, czyli
najpotężniejszych spośród krajów wysoko rozwiniętych. Wielka ósemka to USA,
Wielka Brytania, Francja, Niemcy, Włochy, Kanada, Japonia i Rosja. G8 miało
trwać dwa dni, po czym rozpocząłby się szczyt NATO. Taki układ pozwala na
bardziej globalne spojrzenie na kwestie stosunków politycznych zarówno w sferze
ekonomicznej, jak i polityczno-wojskowej. Plan jednak zmienił się na początku
roku, przede wszystkim z myślą o udziale Władimira Putina, który przyjechałby
ponownie w funkcji głowy państwa rosyjskiego. Szczyt G8 przeniesiono z Chicago
do rezydencji amerykańskiego prezydenta w Camp David pod Waszyngtonem i
zorganizowano w bardzo zamkniętej formule. Jednak Putin odwołał udział i Rosję
będzie reprezentować premier Dmitrij Miedwiediew. Jest to wyraźna demonstracja
dystansu, chociaż bardziej wobec NATO niż G8, przede wszystkim w związku ze
sprawami tarczy antyrakietowej.

Szczyt ósemki odbywa się więc z udziałem Rosji reprezentowanej na niższym
szczeblu, chociaż w gronie "starych znajomych", bo przecież to Miedwiediew
jeszcze niedawno był prezydentem i to on reprezentował Rosję na szczytach G8.
Debiutantem będzie natomiast wśród najważniejszych polityków świata nowy
prezydent Francji Fran÷ois Hollande, który pojawił się w USA wcześniej i ma
zaplanowane oddzielne spotkanie z Barackiem Obamą. W Camp David mowa będzie nie
o kwestiach strategii geopolitycznej, a o kryzysie w strefie euro. Połowa G8 to
członkowie UE, a trzech należy do unii walutowej. Pozostali są zaniepokojeni
przedłużającym się załamaniem finansowym w Europie, gdyż odbija się ono także na
ich sytuacji ekonomicznej. Na szczyt do Camp David przyjechała również delegacja
Unii Europejskiej z przewodniczącym Komisji Europejskiej José Manuelem Barroso i
przewodniczącym Rady Europejskiej Hermanem Van Rompuyem.

Tarcza a inne interesy
Z grupy G8 tylko Japonia i Federacja Rosyjska nie należą do NATO. Kiedy
pozostała szóstka będzie lecieć spod Waszyngtonu do Chicago, będzie im
towarzyszyła świadomość rosyjskiego sprzeciwu wobec tarczy antyrakietowej.
Miedwiediew nie jest Putinem, ale także potrafi grozić w imieniu Rosji
rozmaitymi środkami odwetowymi. Tymczasem NATO ma właśnie ogłosić wstępną
zdolność operacyjną tarczy. Chodzi o komponenty morskie oraz znajdujące się na
terytorium Turcji. Kolejne instalacje mają się znaleźć w ciągu pięciu lat w
Rumunii i Polsce.

O ustąpieniu w czymkolwiek Rosji jeszcze w Chicago nie ma mowy. Trwa przecież
w USA kampania wyborcza i Obama musi okazywać siłę i zdecydowanie. Szczególnie
po wpadce w Seulu, gdy przypadkiem świat usłyszał, że "po wyborach będzie
bardziej elastyczny" wobec Moskwy. Ale nie ulega wątpliwości, że koreańskie
mikrofony przekazały właściwy obraz rzeczywistości i administracja demokratyczna
jest skłonna do ustępstw w sprawie tarczy. Z pozoru bardziej zainteresowani
obecnością amerykańską w Europie są Republikanie, ale może się okazać, że i oni
mają inne priorytety. W środowisku neokonserwatystów istnieje silna presja do
podjęcia zdecydowanych działań wobec Iranu i Syrii, a do tego konieczne jest
porozumienie z Rosją. Nie wiadomo więc, czy tarcza nie przegra z innymi
interesami niezależnie od tego, kto wygra jesienią wyścig do Białego Domu.

W Chicago mowa też będzie o innych zaangażowaniach NATO, m.in. w Kosowie i w
Afryce. Nie ma natomiast w planach tematu rozszerzenia Sojuszu. Dotąd w grę
wchodziły przede wszystkim Ukraina i Gruzja. Teraz zostaje w zasadzie tylko
Gruzja, gdyż Kijów sam jest coraz mniej zainteresowany współpracą wojskową z
NATO, a poza tym sprawa Julii Tymoszenko psuje wszelkie stosunki Ukrainy z
Zachodem.

Piotr Falkowski Chicago

drukuj