Po prostu trzeba ich rozliczyć

Z Andrzejem Gizą, bratem Krzysztofa zastrzelonego w KWK „Wujek” w Katowicach, rozmawia Maria S. Jasita



Pana brat miał zaledwie 24 lata, kiedy zginął. W 1977 r. przyjechał do Katowic, podjął pracę w „Wujku”. Jak go Pan wspomina?

– Dla mnie był to kochany, bardzo fajny i zawsze gotowy do pomocy chłopak. Widziałem się z nim 4 dni przed stanem wojennym. Najpierw był u mnie w Tarnogrodzie, bo był ojcem chrzestnym mojej córki. Odwiedził ją przed świętami, a później przyjechałem z nim tutaj. Wówczas niczego u nas nie było. Wiadomo, jakie to były czasy – tragiczne: nie było jedzenia, nie było czym posmarować chleba. Dał mi trochę smalcu, pomógł tak, że kupiłem sobie na Śląsku kilka różnych rzeczy. Wtedy ostatni raz go widziałem. Odbieram go jako bardzo dobrego człowieka – i tyle. Bardzo mi go brakuje.

Pamięta Pan dzień, w którym zginął?

– Wspomnienia niesamowite, zwłaszcza moment, kiedy się dowiedziałem o jego śmierci. Dokładnie pamiętam, że właśnie wędziłem kiełbasę, bo to było przed Świętami Bożego Narodzenia, gdy mama przyjechała do Tarnogrodu powiedzieć mi o tym, że Krzysztof zginął. Te uczucia… to było coś strasznego. Do tej pory jest mi ciężko o tym mówić – zwłaszcza że mama tak bardzo przeżyła tę śmierć, że sama niedługo jeszcze pożyła…

Trudno pogodzić się z tym, co się stało…

– Tak, to już chyba zostanie do końca życia. Szczególnie dużo o tym myślimy, kiedy przychodzi kolejna rocznica śmierci. Wtedy tak najbardziej zbiera się taki ból, że na darmo to wszystko poszło. Czas swoje jednak robi, wszystko się rozmywa. Grób mojego brata jest w Tarnogrodzie i gdy kiedyś tam byłem na obchodach rocznicy, to było strasznie politycznie. Bardzo mnie zdenerwowała ta polityka – dwóch posłów, senator – to mi się nie podobało. Zamiast jakiejś refleksji na temat tej śmierci i stanu wojennego, przyszli politykować.

Ostatni raz na Śląsku premier był widziany w czasie Barbórki połączonej z biesiadą piwną.

– To jest chyba takie jego podejście – pojawia się tam, gdzie można zabłysnąć, gdzie jest więcej ludzi. A gdzie trzeba się pochylić z pokorą nad historią, gdzie nie ma zabawy, tylko normalne spotkanie z rodzinami, to już nie odczuwa potrzeby, żeby tam być.

Ma Pan żal do polskich władz, sądów, że przez te wszystkie lata nie rozliczyły tak jak trzeba tej zbrodni?

– Oczywiście, że tak. Przede wszystkim o to, że nie zostali ukarani ci, którzy się do tej tragedii przyczynili. Jaruzelski zawsze mówił, że tylko dlatego wprowadził stan wojenny, bo bał się inwazji sowieckiej. A przecież to jest absurd i teraz wychodzi na wierzch, że było odwrotnie – to Ruscy do nas nie chcieli przyjść. Czy to nie jest śmieszne? Jak mógł tyle lat okłamywać Naród? Ale jakoś kary dla niego nie ma. Jeśli chodzi o naszych rządzących, to za bardzo zapominają o tym, co się stało. Po prostu trzeba rozliczyć tych ludzi.

W lutym ruszy jednak czwarty proces generała Czesława Kiszczaka.

– Dla mnie miałoby duże znaczenie, gdyby go w końcu ukarali. Ale osobiście wątpię w to, czy do czegoś dojdzie. Raczej się to wszystko zaczyna rozmywać: po pierwsze – z powodu upływu czasu, a po drugie – nie bardzo chcą go ruszyć.

Dziękuję za rozmowę.



drukuj