Po owocach poznamy

Na progu wyborów liczne osoby usiłują z
większą niż zwykle energią dociec, kto spośród kandydatów jest kim i
czego można się po nim spodziewać. Lepiej późno niż wcale. Tak
działając, narażają się jednak na powierzchowność sądów i błędy w ocenie
rzeczywistości. Zwłaszcza gdy swe dociekania opierają na pojęciach
wdrukowanych przez propagandę. Jednym z takich zwodniczych sposobów
rozumowania w sprawach publicznych jest uzależnienie rozważań od
podziału na prawicę i lewicę.

Po raz pierwszy zastosowany
został on we francuskiej konstytuancie pod koniec XVIII wieku. Po prawej
ręce przewodniczącego zasiadała „prawica”, po lewej „lewica”, a w
środku „bagno” (w późniejszych czasach bardziej elegancko nazwane
„centrum”). Używanie tych terminów jest dowodem czystej umowności
podziału politycznego. Są one użyteczne do opisu działania
wielobiegunowego systemu politycznego. Wielobiegunowość ujawniana jest w
wyborach i w wieloosobowych instytucjach, takich jak parlamenty.
Wyborcy mają odnaleźć swoich reprezentantów w tym systemie i popierać.
Takie
„prawice”, „lewice” i „centra” oraz różne ich odcienie zaopatrzone w
przeróżne nazwy odnaleźć można wszędzie tam, gdzie upowszechniła się
demokracja. Wzajemna opozycja i próby utrzymania zmiennej w czasie
równowagi pomiędzy przeciwstawnymi „partiami” należą do istoty
współczesnych demokracji. Powstaje jednak pytanie, czy istnieją
jakiekolwiek wyróżniki czy to prawicowości, czy to lewicowości? –
oczywiście poza tymi wynikającymi z umownego podziału na opozycyjne
strony.
Owszem, tworzone są różne doktryny w tej sprawie. Niektórzy
dopatrują się na przykład związku pomiędzy „prawicowością” a prawością
moralną albo pomiędzy „lewicowością” a „lewizną” czy działaniem „na
lewo”. Niektórzy poszukują nawet odniesień dla „prawicy” w Piśmie
Świętym – wszak tam nikt nie był wzywany (ani też nie ubiegał się), aby
„zasiąść po lewicy”, za to „zasiąść po prawicy” to i owszem.

Prawica
prawicy nierówna

W czasach nowożytnych mamy jednak do czynienia –
nie tylko w Polsce, ale w Europie i świecie – z dominacją różnych
doktryn głęboko sprzecznych z Ewangelią. Tak się złożyło, że im bardziej
sprzeczne z Ewangelią doktryny wyznają poszczególne środowiska, tym
bardziej skłonne są identyfikować same siebie jako „lewice”. Wierność
doktrynie Kościoła bywa zatem postrzegana przez postępowe „lewice” jako
przejaw „konserwatywnego” czy „wstecznego”, a zatem „prawicowego”
nastawienia. Tu zapewne tkwi też powód skłonności wielu katolików do
opowiadania się przeciwko „lewicy”, a zatem za „prawicą”. Po prostu jest
to zdrowy odruch obronny. W granicach wierności Ewangelii możliwe są
jednak różne rozwiązania dotyczące dobra wspólnego, a zatem i tu możliwy
jest spór polityczny. Ewangelia stawia jednak bardzo wysoką poprzeczkę
wobec tego sporu. Jego kryterium ma być dobro wspólne rozeznane w
świetle prawdy, a celem miłość społeczna. W koniecznym – jedność, w
niekoniecznym – wolność, we wszystkim miłość.
Opowiedzenie się za
„prawicą” nie zawsze jest więc gwarancją opowiedzenia się przeciwko
„lewicy”? Zdarzyło się przecież – przykładowo – że wybory wygrała
„prawicowa” AWS, która przekazała swe aktywa polityczne na realizację
bynajmniej nie „prawicowego” programu politycznego Unii Wolności. A czy
opowiedzenie się za „prawicą” zawsze jest afirmacją nauki Kościoła? To
także zależy. Bywa – przykładowo – że ludzi deklarujących się jako
katolicy, chodzących do Kościoła i przystępujących do sakramentów,
zabiegających też o solidarne poparcie katolików ogarniają nagle
wątpliwości, gdy powinni poprzeć zmianę Konstytucji tak, by
zagwarantować prawo człowieka do życia od poczęcia do naturalnej
śmierci.
Jako istotny wyróżnik „prawicowości” bywa traktowany
stosunek do własnego państwa. W warunkach polskich ma to szczególne
znaczenie, ponieważ to marksistowska „lewica” była agenturą
komunistycznej Moskwy. Przez kilkadziesiąt lat uczestniczyła ona w
równej mierze w zniewalaniu Polski, jak w zwalczaniu Kościoła i jego
nauki. Kto w tamtym czasie mówił o uniezależnieniu od Moskwy czy
krytykował rządy PZPR (ustrój socjalistyczny), ten bywał postrzegany
jako „prawica”, w domyśle siła „niepodległościowa” opowiadająca się za
suwerennością państwa. Stąd w czasach „Solidarności” bywało, że niejeden
zbuntowany wobec Moskwy i KC były członek PZPR za dopustem władz
kościelnych stawał na ambonie, by publicznie zaznaczyć wspólnotę
ogólnonarodowych dążeń do wolności. Któż zaprzeczy, że wolność należy do
katalogu celów „prawicy”?

W gąszczu zaszłości i powiązań
W
czasie politycznego uniezależniania się Polski od Moskwy także
potwierdzone zostało miejsce pogrobowców PRL na „lewicy”, choć wielu z
nich niezwłocznie przyodziało szaty „liberałów” i kapitalistów. A
przecież „liberalizm”, tak jak „kapitalizm”, jest podobno „prawicowy”.
Okazało się wtedy, że wielu dawnym, rzekomo „prawicowym” opozycjonistom
ideowo o wiele bliżej jest do dawnych towarzyszy z PZPR niż do Kościoła.
Mało tego – liczni starzy przedstawiciele kapitalizmu z Ameryki czy
Europy zaczęli teraz postrzegać swoich dawnych, marksistowskich
przeciwników jako głównych sojuszników w budowaniu rynkowej gospodarki w
Europie Środkowej i Wschodniej. A przecież postulat gospodarki rynkowej
podobno ma być typowym celem „prawicy”.
Musiało minąć kilka lat,
zanim nie tylko środowiska polityczne, ale i Naród zdołały się
zorientować, że w nowych warunkach zmieniły się kryteria „prawicowości” i
„lewicowości”. W międzyczasie środowisko dawnych „rewizjonistów” z PZPR
miało nie tylko swoją gazetę, ale i mandaty w parlamencie i
ministerstwa w rządzie. Kierowało polityką realizowaną przez rząd
„solidarnościowy”, czyli popierany przez „prawicowych” (czytaj:
katolickich i niepodległościowo zorientowanych) wyborców. Przynajmniej
na początku wyborcy postrzegali ten rząd jako rząd „prawicowy”, bo
opozycyjny wobec pokomunistycznej „lewicy”. Dopiero potem łuski spadły z
oczu.

Jaka niepodległość?
W pogoni za świetlaną
przyszłością (bo pociąg odjedzie!) zagubiono też tradycyjne rozumienie
niepodległości i suwerenności. Kiedyś niepodległość znaczyła, że obcy
(Moskal) nie powinien decydować, co w Polsce jest dopuszczalne, a co
nie. Dziś wprawdzie prawo wspólnotowe też ustala, co w Polsce
dopuszczalne, a co nie, ale niepodległość mamy, bo możemy w tym
ustalaniu prawa wspólnotowego uczestniczyć. Mniejsza o to, że jeżeli nie
zagłosujemy zgodnie z dążeniami głównych sił Unii, to będziemy
przegłosowani albo odstawieni karnie do „drugiej prędkości”. Lubimy
wzniosłe słowa o niepodległości – bywają też użyteczne, bo im są
wznioślejsze, tym mniej konkretne i tym mniej przeszkadzają realizować
niepodległość Polski przez podległość Unii Europejskiej.
Kiedy tylko
znaleźliśmy się w Unii, zaraz postawiono nam żądania dalszych
rezygnacji z kolejnych atrybutów suwerenności. Niektórzy politycy,
podobno „prawicowi”, wołali: „Nicea albo śmierć!”. Inni, wytrwale
popierani przez „prawicowy” elektorat, za Niceę umierać nie chcieli i
dobrowolnie (?) zgodzili się na ograniczenie korzystnych dla nas zapisów
z traktatu ateńskiego w imię „bardziej sprawiedliwego” podziału głosów w
Unii. Potem jeszcze trochę ustąpili i ostatecznie zawarli „kompromis” w
sprawie częściowego odłożenia w czasie żądań potęg unijnych. Tych
samych żądań, które nam na wstępie przedłożono do akceptacji. W ferworze
sporów o liczbę głosów nie dopatrzono się, że oto właśnie Unia
Europejska stopniowo przekształcana jest z organizacji międzynarodowej
(a w istocie ponadnarodowej) w kontynentalne superpaństwo, wobec którego
Polska staje się podległą prowincją. Ze względu na wynik wyborów
podpisanie traktatu lizbońskiego wypadło pozostawić opozycji.
Ratyfikacji dokonała jednak niewątpliwie „niepodległościowa” ręka. Czy
„prawicowa”? Na pewno popierana przez „prawicowy” elektorat.
Miło mi
dziś słyszeć, że wprowadzenie euro byłoby niekorzystne, zanim polskie
kieszenie nie będą tak zasobne, jak kieszenie w starej Unii, a poza tym,
że gdybyśmy byli dziś w strefie euro, to groziłby nam scenariusz
grecki. Prawda. Chcę wierzyć, że to deklaracje polityka zdeterminowanego
do stanowczego działania, który wie, po co ubiega się o głosy
„prawicowego” elektoratu, czyli takiego, który chce zachowania polskiego
złotego. Chcę wierzyć, ale trawi mnie niepokój? Przecież wielokrotnie
byłem świadkiem (jak wszyscy) bicia „prawicowej” piany.
W cieniu
tragedii smoleńskiej praktycznie bez echa przeszły deklaracje ministrów
spraw zagranicznych Francji, Niemiec i Polski o potrzebie wzmocnienia
polityki obronnej Unii oraz o zamiarze powołania do 2012 roku
„weimarskiej grupy bojowej”. Ze strony polskiej żyrantem był minister
umocowany przez Platformę Obywatelską, przedstawianą (przynajmniej w
prasie niemieckiej) jako siła „konserwatywna” i „zachowawcza”, w
odróżnieniu od „radykalnego” PiS. To jednak nie politycy z PO jako
pierwsi głosili potrzebę przekształcenia Unii Europejskiej w potęgę
militarną równą Stanom Zjednoczonym Ameryki. Jedno jest pewne – im
większa siła militarna UE, tym mniejsze znaczenie polskiego premiera czy
prezydenta, ktokolwiek by nim był. I tym mniejsze znaczenie Polski w
niemieckiej Unii. Czy „weimarska grupa bojowa” okaże się bardziej
niemiecka, niż okazałaby się cała Unia jako jednolita grupa bojowa? Czy
ja wiem? Politykę wschodnią Unii i tak ustalą Niemcy, niewykluczone, że w
porozumieniu z Rosją. Włoch, Hiszpan czy Anglik miałby nas przed tą
perspektywą zabezpieczyć? Wolne żarty.

Ukryte sprężyny
Ostatnio
ktoś napisał do mnie, że „partie pojawiają się i gasną jak meteory, z
właściwą sobie naturą”. Miał rację. Po to właśnie wprowadzono te
wynalazki, aby stanowiły fasadę dla działania ukrytych sprężyn życia
publicznego. Mechanizmy wynoszenia do aktywności parlamentarnej są nader
kosztowne i nader złożone. Powiązane z polityką gospodarczą, medialną, z
działaniami różnych służb. W tym procesie wynoszenia różni sponsorzy,
doradcy czy wspierający, jawni i poufni, stawiają politykom wymagania.
Na dodatek mechanizmy tego wynoszenia, także w Polsce, nabrały
charakteru międzynarodowego i coraz trudniej w ich ramach określać, co
jest dobrem Polski, a co nie. Podobnie było w czasach podległości
Moskwie – w granicach oczekiwań towarzyszy sowieckich też przecież wolno
było dbać o dobro Polski, a wtajemniczeni członkowie KC PZPR, jeżeli by
tylko chcieli, to wiedzieliby nawet jak.
W warunkach takich
uzależnień demokratyczni politycy i ich partie tym częściej zużywają
się, im bardziej niegodziwe rozwiązania przychodzi im firmować. Stąd
częste ich zmiany. Zużyte (czyli zbyt przejrzyste dla wyborców)
instrumenty partyjne należy zastąpić nowymi i wpisać ich wizerunek
medialny w stan oczekiwań wielkich grup wyborców. Najpierw obiecywać,
potem robić swoje. Działanie „przeciw” przedstawić jako działanie „za”
lub odwrotnie, w zależności od tego, do kogo kierujemy przekaz – do tego
służy popularny PR. Wtedy, niezależnie czy rządzić będzie „lewica”, czy
„prawica” polityka instytucji państwowych będzie niezmiennie taka sama i
takie same przyniesie skutki, jak od 1989 roku. Konsekwencją tego
zjawiska są rządy swoistych niepartyjnych partii. Cóż z tego, że różnią
się one nazwami i odprawiają rytualną bijatykę wyborczą, skoro różnią
się między sobą w kwestiach czasem nawet ważnych, ale drugorzędnych? Bo
przecież nie w sprawie międzynarodowego statusu Polski i nie w sprawie
realizacji postulatów prawa naturalnego.
I jak tu się nie pogubić,
będąc wyborcą? Cóż, pozbądźmy się naiwności. Pozostaje rada, że po
owocach poznamy. To wymaga wysiłku i wytrwałości, wymaga stałego
skupienia uwagi na sprawach publicznych i używania pamięci. Kto nie
uważa, nie pamięta i nie rozważa, temu pozostaje poddać się
propagandzie. Sam nie zauważy kiedy, ale za to nerwów sobie oszczędzi.

Głos
przeciw, nie za

Co ma jednak uczynić ten, który – po uważnym
zbadaniu i spokojnym rozważeniu okoliczności – po raz kolejny nie
odnajduje swej właściwej reprezentacji w sztucznym tłoku prezentowanych
propozycji wyborczych? Pozostaje mu wybieranie w tym, co dostępne.
Przecież nie zostawi Polski w potrzebie i nie zaniedba udziału w
wyborach. Niejeden zatem w nadchodzących wyborach będzie głosował według
zasady minimalizowania strat polskich. Będzie głosował nie za, lecz
przeciw. Przeciw najgorszemu. Przeciw przyspieszaniu rozkładu
państwowości polskiej. Z nadzieją, że może za chwilę pojawi się realna
szansa na budowę od fundamentów znaczącej siły politycznej, istotnie i w
pełni zasługującej na miano polskiej.

Jan Łopuszański


Jan Łopuszański – polityk,
poseł na Sejm w latach 1989-1991, 1991-1993, 1997-2001, 2001-2005. 
Był
członkiem sejmowych komisji: Spraw Zagranicznych i do spraw Unii
Europejskiej. Wykłada stosunki międzynarodowe w WSKSiM w Toruniu.

drukuj