Po odszkodowanie od Niemców do polskich sądów?

Czy żyjące jeszcze ofiary niemieckich zbrodni w Polsce będą mogły po
65 latach dochodzić sprawiedliwości przed naszymi sądami? Taka właśnie możliwość
powstanie, jeśli Sąd Najwyższy uzna, że państwu niemieckiemu nie przysługuje
immunitet w przypadku zbrodni dokonywanych na osobach fizycznych. Mimo upływu
lat takich ludzi w naszym kraju jest jeszcze niemało. Wielu z nich nie otrzymało
żadnej rekompensaty za stracone zdrowie, dzieciństwo i mienie.

Symboliczne zwykle rekompensaty – w różnej formie – otrzymywali po II wojnie
światowej tylko niektórzy, zwykle najpoważniej poszkodowani więźniowie obozów
koncentracyjnych, wywożone do Niemiec dzieci czy ofiary eksperymentów
pseudomedycznych. Okazuje się jednak, że nie wszyscy. Poza tym „zapomniano” o
ofiarach niemieckich wypędzeń. Wielu spośród tych, którzy je przeżyli, tracili
nie tylko mienie, ale też i zdrowie. – Tak naprawdę uszczerbek na zdrowiu
ponieśli wszyscy Polacy, którzy podczas II wojny światowej byli wysiedlani przez
Niemców – zwraca uwagę senator PiS Dorota Arciszewska-Mielewczyk, przewodnicząca
Powiernictwa Polskiego, które skupia Polaków wypędzonych ze swoich domów przez
Niemców podczas II wojny światowej.

Ofiary Niemców i polityki
Widocznym przykładem takich
krzywd doznanych od Niemców jest Winicjusz Natoniewski. Widocznym, bo skutki
pacyfikacji jego rodzinnej miejscowości Szczeczyn na Lubelszczyźnie w lutym 1944
r. odcisnęły piętno na jego ciele. Od podpalonych przez Niemców budynków
zapaliło się ubranie niespełna 6-letniego wówczas chłopca. Zanim ugaszono na nim
ogień, doznał on poparzeń trzeciego stopnia. Choć leczył się w zasadzie przez
całe życie, to do dziś ślady tragedii są widoczne także na jego twarzy.
Poniesionych krzywd nigdy mu nie zrekompensowano. Dlaczego?
– Po wojnie w
różnych miejscach starałem się uzyskać odszkodowanie. Odmówiono mi jednak pomocy
w ZBOWiD, mówiąc, że jako dziecko nie brałem udziału w ruchu oporu, więc nie
przysługuje mi wynikające z tego świadczenie – wspomina Winicjusz Natoniewski.
Jak mówi, w praktyce osoby poszkodowane w taki sposób jak on, czyli podczas
pacyfikacji ludności cywilnej, zostały zapomniane w okresie PRL. Sytuacja
zmieniła się po 1989 roku. Pojawiła się bowiem możliwość dochodzenia swoich praw
w sądach przez osoby cywilne. Zmieniło się jednak także podejście władz. – Pod
koniec lat 90. uzyskałem status kombatanta. Uznano bowiem, że wraz z innymi
mieszkańcami moich rodzinnych stron byłem poddany prześladowaniom. Przyznano mi
też drugą grupę inwalidzką – dodaje. Jednak Natoniewski nie otrzymał
zadośćuczynienia ze strony Niemiec. Dlaczego?
– Do 1989 r. obowiązywała
„jedynie słuszna” doktryna, według której NRD była państwem „dobrym”, a RFN –
„złym”, jednak nie było możliwości dochodzenia roszczeń przeciwko temu drugiemu
państwu – tłumaczy mecenas Roman Nowosielski z Gdańska, reprezentujący
Winicjusza Natoniewskiego w sądach. Prawnik zaznacza, że po przemianach w 1989
r. także nie podjęto próby zadośćuczynienia poszkodowanym Polakom. – Powołana w
latach 90. Fundacja „Polsko-Niemieckie Pojednanie” zajęła się innymi problemami
– dodaje.
Czemu ze środków fundacji nie można było pomóc ofiarom, takim jak
Winicjusz Natoniewski? – Ponieważ przekazane do niej przez stronę niemiecką
pieniądze miały ściśle określonych adresatów. Pojęcie „uprawnionych” było
zdefiniowane – wyjaśnia prof. Mariusz Muszyński, były przewodniczący
fundacji.
Profesor przyznaje jednak, że duża grupa Polaków stała się podwójną
ofiarą: najpierw wspomnianej wyżej polityki PRL, a później III RP, choć – jak
mówi – wcale tak być nie musiało. – Dobrym momentem na załatwienie tych spraw po
1989 r. był okres jednoczenia NRD i RFN. Ale władze Polski przespały ten czas
albo „odpuściły” załatwienie tych problemów w imię dbania o dobre relacje z
Niemcami – wskazuje. W ten sposób sprawy poszkodowanych Polaków zostały
poświęcone dla tych relacji.
Zdaniem profesora Muszyńskiego, w polityce takie
sytuacje są dopuszczalne, ale poświęcenie spraw własnych obywateli dla tak czy
inaczej rozumianych interesów państwa powinno być wówczas zrekompensowane przez
władze. – Według mnie, polscy poszkodowani nie otrzymali satysfakcjonującego
zadośćuczynienia i często żyją na granicy społecznego wykluczenia – przyznaje. –
Trzeba byłoby przyjąć np. sensowną ustawę zakładającą wsparcie takich osób –
podpowiada.
Jednak rządy III RP ani nie załatwiły tej sprawy w rozmowach ze
stroną niemiecką, ani nie pomyślały o ustawie rekompensującej krzywdy
poszkodowanym, a gdy próbują oni dochodzić swych praw w polskich sądach, ich
pozwy są odrzucane. – W tej sytuacji zwykłe poczucie sprawiedliwości domaga się
zadośćuczynienia – zaznacza mecenas Nowosielski, podsumowując powody, dla
których w imieniu Winicjusza Natoniewskiego złożył pozew o odszkodowanie w
Sądzie Okręgowym w Gdańsku.
Nieco inną historię ma Jerzy Skrzypek z Warszawy,
który mógłby wytoczyć władzom i przynajmniej jednej z firm niemieckich nawet
kilka procesów. Był bowiem nie tylko więźniem obozów niemieckich (numer z obozu
Auschwitz – 75869) i ofiarą eksperymentów pseudomedycznych, ale też pracownikiem
przymusowym zakładów Messerschmitta, za co nie uzyskał ani wynagrodzenia, ani
rekompensat.
Najbardziej jednak na życiu jego i jego syna odbił się pobyt w
obozach. Był więźniem obozów Auschwitz, Flossenburg i Dachau Komando Augsburg.
Tam właśnie był poddawany pseudoeksperymentom przez dr. Raschera. Wykorzystał on
m.in. Jerzego Skrzypka do badania wytrzymałości organizmu ludzkiego na niskie
temperatury. – Zmuszano mnie do zanurzania się w zimnej wodzie w
zaimprowizowanym basenie – wspomina. Jeśli ofiara „eksperymentu” przeżyła 3
godziny w takich warunkach, wyciągano ją z wody i badano skutki zdrowotne
długotrwałego wystawienia organizmu na działanie niskiej temperatury. Efektem
przetrzymywania w obozach i przeprowadzanych tam pseudoeksperymentów był tzw.
chorobowy zespół poobozowy. U Jerzego Skrzypka objawia się on m.in. rwą kulszową
lewostronną, głuchotą lewego ucha, ślepotą lewego oka, zaburzeniami równowagi i
nerwicą histeryczną.

Syndrom drugiego pokolenia
Podobne problemy zdrowotne
stały się udziałem jego syna Krzysztofa. 52-letni dziś Krzysztof Skrzypek
wskazuje, że urodził się z wieloma wrodzonymi wadami, m.in. wadą wzroku. Bez
okularów praktycznie nic nie widzi. Od urodzenia znajdował się pod opieką
lekarza. Oprócz wady wzroku badania wykazały m.in. nerwicę histeryczną i
nadpobudliwość. Trauma, której doświadczył ojciec, odbiła się także i na jego
psychice. W efekcie przez całe życie skazany jest na opiekę lekarską. Do dziś
bierze udział w psychoterapii. Z powodu swoich przejść nie zdecydował się na
założenie rodziny.
– Przez wiele lat mieszkałem w jednym pokoju z ojcem.
Żyjąc mimowolnie jego relacjami, cały czas miałem skojarzenia związane z jego
przejściami. Ucząc się w liceum plastycznym, nie byłem w stanie np. założyć
białego fartucha, bo kojarzył mi się z hitlerowskimi lekarzami, którzy
dokonywali pseudoeksperymentów na więźniach – opowiada. Dodaje, że do dziś
cierpi na bezsenność, bo w środku nocy często budził go krzyk ojca, któremu po
raz kolejny śniły się sceny obozowe. Krzysztof Skrzypek podkreśla, że to
zaledwie kilka przykładów ilustrujacych, jak bardzo przeżycia ojca odbiły się na
jego życiu. – W ten sposób Niemcy odebrali mi dzieciństwo – podkreśla, dodając,
że ktoś powinien ponieść tego konsekwencje.
– Więc gdy patrzę na to, co robi
Erika Steinbach [przewodnicząca niemieckiego Związku Wypędzonych, córka
niemieckiego żołnierza, który brał udział w okupacji Polski – przyp. red.],
która przedstawia się jako poszkodowana, po prostu krew mnie zalewa – mówi
oburzony.
Dlatego postanowił skierować pozew przeciwko państwu niemieckiemu,
prawnemu spadkobiercy III Rzeszy. Obie sprawy łączy również to, że decydujące
znaczenie na ich rozpatrywanie będzie miało orzeczenie polskiego Sądu
Najwyższego.

Poszkodowani liczą na przełom
To właśnie w imieniu
Krzysztofa Skrzypka ponad 2 lata temu został złożony w Sądzie Najwyższym wniosek
o ustalenie sądu właściwego do rozpatrywania pozwu w tej sprawie przeciwko
państwu niemieckiemu. Jednak wyznaczony w tym celu Sąd Okręgowy w Warszawie, a
później także sąd apelacyjny, odrzuciły pozew, powołując się właśnie na
immunitet państwa niemieckiego.
– Jest to dla mnie niezrozumiałe. Jeśli
bowiem SN wyznaczył sąd właściwy do rozpatrzenia sprawy, to Sąd Okręgowy
powinien rozpocząć proces, a nie zasłaniać się immunitetem państwa niemieckiego
– mówi zdziwiony mecenas Hambura, jeden z prawników reprezentujący Krzysztofa
Skrzypka. Dlatego wspólnie z warszawskim radcą prawnym Bogusławem
Nieszczerzewskim złożyli skargę kasacyjną w Sądzie Najwyższym.
To już druga
taka sprawa, którą zajmuje się ta instytucja. Półtora miesiąca temu SN przyjął
do rozpatrzenia skargę kasacyjną w imieniu wspomnianego Winicjusza
Natoniewskiego na postanowienia sądów okręgowego i apelacyjnego w Gdańsku, które
podobnie jak te z Warszawy oddaliły pozew poszkodowanego i również uzasadniły to
immunitetem państwa niemieckiego.
Stąd też właśnie ta sprawa ma kluczowe
znaczenie dla rozpatrywania przed polskimi sądami ewentualnych kolejnych pozwów
innych poszkodowanych w okresie II wojny światowej. Jeśli SN uzna, że immunitet
ten nie obowiązuje w takich sprawach, poszkodowani Polacy będą mogli domagać się
odszkodowań od Niemiec przed polskimi sądami.

Państwo niemieckie przed polskim sądem?
Dlaczego, zdaniem
prawników, możliwe jest pozywanie obcego państwa przed naszymi sądami?

Ponieważ już w 2008 roku SN wyznaczył Sąd Okręgowy w Warszawie jako właściwy do
rozpatrywania sprawy z powództwa pana Skrzypka przeciwko RFN. Tymczasem na mocy
art. 45 Kodeksu Postępowania Cywilnego nie wyznacza się takiego sądu, jeśli
zachodzi niedopuszczalność drogi sądowej i brak jurysdykcji krajowej – wyjaśnia
mecenas Nowosielski reprezentujący Winicjusza Natoniewskiego. Problem w tym, że
mimo takiej decyzji SN sądy niższej instancji odrzuciły zarówno pozew z
powództwa Krzysztofa Skrzypka, jak i pana Natoniewskiego. – Sądy niższej
instancji były związane stanowiskiem Sądu Najwyższego, stąd też jestem zdziwiony
dotychczasową argumentacją sądów okręgowego i apelacyjnego. Dlatego wnieśliśmy
kasację do SN, – odpowiada mec. Nowosielski.
Zaznacza jednak, że ma również
inny argument. – Ani Niemcy, ani Polska nie ratyfikowały żadnej konwencji
międzynarodowej, która regulowałaby sprawę immunitetu państw w postępowaniu
przeciwko innemu państwu. W związku z tym obowiązuje nas tylko prawo zwyczajowe
– uważa mecenas Nowosielski.
Wskazuje on ponadto na orzeczenia sądów Grecji i
Włoch, które uznały, że immunitet państwowy nie obowiązuje w przypadku zbrodni
przeciwko ludzkości, a tak właśnie należy – jak mówi – zakwalifikować krzywdę
wyrządzoną panu Natoniewskiemu. Zwraca też uwagę, że 9 państw na świecie posiada
ustawy dotyczące immunitetu jurysdykcyjnego państw obcych. Mecenas Nowosielski
podkreśla, że ustawy te przewidują, iż immunitet państwa nie obowiązuje w
przypadku szkód wyrządzonych osobom prywatnym. – Czyli w prawie międzynarodowym
zgodzono się, że szkody na osobach [w odróżnieniu np. od spraw o grabież majątku
– przyp. red.] nie podlegają ograniczeniu, jakim jest immunitet państwa –
zaznacza.
Natomiast mecenas Hambura uważa, że w obecnym orzecznictwie w
krajach zachodnich praktycznie odchodzi się już od uznawania immunitetu państwa
przy rozsądzaniu wszelkich spraw związanych z prawami człowieka. Mimo to polskie
sądy nadal dogmatycznie traktują immunitet państwowy.
Pytany o to, jak
odbiera fakt, że SN zwrócił się do ministra sprawiedliwości o udzielenie
informacji właśnie w sprawie istnienia immunitetu pozwanego państwa
niemieckiego, odpowiada, że oznacza to, iż SN już powziął wątpliwość, czy takie
prawo przysługuje RFN.
Prawnik reprezentujący Winicjusza Natoniewskiego
zwraca uwagę, że nie funkcjonuje żaden sąd międzynarodowy, który orzekałby w
tego rodzaju sprawach. – Natomiast sądy zainteresowanych krajów nie mogą orzekać
we własnej sprawie – dodaje. Zaznacza jednocześnie, że próby dochodzenia praw
poszkodowanych przed sądami niemieckimi były wielokrotnie podejmowane, ale z
reguły bezskutecznie.
Wielu takich poszkodowanych reprezentował mecenas
Stefan Hambura. – W Niemczech funkcjonuje już ugruntowane orzecznictwo w takich
sprawach. Tamtejsze sądy odrzucają tego rodzaju pozwy, uznając, że albo
wynikające z nich roszczenia wchodzą w zakres reparacji wojennych, których
Polska się rzekomo zrzekła w czasach komunizmu, albo że problemy te powinny
zostać uregulowane w relacjach między obu państwami, albo też, że sprawy te
uległy przedawnieniu – relacjonuje.
Dlatego mecenas Roman Nowosielski uważa,
że w takiej sytuacji obywatel, któremu przysługuje prawo do sądu, może skierować
sprawę do sądu w kraju, na którego terenie dokonano na nim zbrodni.

Komu wystarczy odwagi?
Opinię tę podziela prof. Mariusz
Muszyński, prawnik z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie
specjalizujący się w prawie międzynarodowym. – Skoro w prawie międzynarodowym
brakuje uregulowania tego aspektu cywilnego, to trzeba to nadrabiać w sferze
sądownictwa krajowego. Dlatego też sąd krajowy nie powinien pozwolić na chowanie
się państwa niemieckiego za immunitetem – stwierdza. Dlaczego? – Prawa człowieka
są fundamentalną dla porządku prawnego regułą w dzisiejszych normach prawa
międzynarodowego, a immunitet państwa jest tylko normą procesową – wyjaśnia.
Dlatego, jego zdaniem, nie można tego wyjątku rozciągać tak szeroko, by
obejmować nim zbrodnie przeciwko osobom.
Profesor Muszyński podkreśla, że
wyroki w sprawie Krzysztofa Skrzypka i Winicjusza Natoniewskiego wskazują na
potrzebę zmian w orzecznictwie polskim. – Pod tym względem jesteśmy w tyle za
państwami, które gwarantują wyższe standardy ochrony praw człowieka –
zaznacza.
Czego w takim razie brakuje polskim sędziom? Odwagi czy
kompetencji? – Może po prostu przydałyby się dodatkowe szkolenia sędziom i
aplikantom sędziowskim. Przecież do załatwienia tego typu spraw wystarczy śmiała
decyzja sędziego. Wcześniejsze decyzje sądów w przytoczonych sprawach wskazują,
że panu Natoniewskiemu odebrano prawo do sądu, nie dopuszczając nawet do
rozpatrzenia sprawy pokrzywdzonego – wskazuje prof. Muszyński.
Prawnicy
wspomnianych poszkodowanych zwracają też uwagę, że już zbyt długo czekają na
sprawiedliwość. Czas odgrywa w ich przypadku ogromną rolę nie tylko dlatego, że
ofiary II wojny światowej są już w podeszłym wieku. – Trzeba pamiętać, że
zadośćuczynienie za szkody na osobie nie jest dziedziczne, czyli mogą się o nie
ubiegać tylko sami poszkodowani – podkreśla mecenas Roman Nowosielski.

Jak nie w Polsce, to we Włoszech
Dlatego mecenas Stefan
Hambura zapowiada, że nie będzie nawet czekał na decyzję Sądu Najwyższego.
Prawnik z Berlina chce wykorzystać możliwość wniesienia pozwu przeciwko RFN we
Włoszech.
Na jakiej podstawie? – Można wykorzystać jurysdykcję uniwersalną
tamtejszych sądów – tłumaczy, przypominając, że niedawno przyznały one
odszkodowania rodzinom Włochów zamordowanych w tym kraju przez Niemców podczas
II wojny światowej. Mecenas Hambura zaznacza, że można tam kierować tego rodzaju
sprawy nawet w sytuacji, gdy pozywający doznali krzywd na terenie innych
krajów.
Ale co zrobić, jeśli Niemcy mimo korzystnego dla poszkodowanego
wyroku nie będą chciały wypłacić odszkodowania? Tak właśnie zachowały się władze
RFN po wyroku włoskiego Sądu Najwyższego. Zdaniem mecenasa Hambury, trzeba
zawczasu wskazać majątek państwa niemieckiego na terenie kraju, w jakim wnosi
się pozew, który mógłby być zabezpieczeniem roszczeń.
– We wniosku złożonym w
stołecznym sądzie wskazaliśmy, że RFN posiada nieruchomość w Warszawie, w której
mieści się Niemiecki Instytut Historyczny. Można w ten sposób zabezpieczyć
roszczenia poszkodowanego na tej nieruchomości – dodaje Stefan Hambura.

Batalia międzynarodowa
Sprawa może okazać się jednak
bardziej skomplikowana, gdyż po wyroku włoskiego SN Niemcy poszły na wojnę
sądową, bojąc się kolejnych pozwów, które mogłyby napłynąć także z Polski.
Przerażone taką perspektywą władze RFN same pozwały Włochy do Międzynarodowego
Trybunału Sprawiedliwości w Hadze, uznając, że… wojska niemieckie, które
rozpętały II wojnę światową, chronił w tym czasie immunitet oraz że RFN została
zwolniona na mocy powojennych porozumień z odpowiedzialności finansowej za
zbrodnie popełnione w okresie III Rzeszy.
– Niemcy po prostu chcą zablokować
skuteczność egzekucji wyroku włoskiego Sądu Najwyższego – komentuje sytuację
mecenas Hambura.
Czy w takiej sytuacji polskim sądom wystarczy odwagi, by
wreszcie stanąć po stronie niemieckich ofiar
II wojny światowej? – Władze
Polski nie powinny bać się problemu, tylko oprócz rejestracji szkód osobowych
naszych obywateli podczas II wojny światowej policzyć straty majątkowe w całej
Polsce, dokonując szacunków podobnych do tych, jakie sporządziły władze Warszawy
w okresie, gdy prezydentem miasta był Lech Kaczyński – uważa berliński prawnik.
Ostrzega, że jeśli te sprawy nie będą załatwione, to „nasze dzieci i wnuki mogą
się zmagać z roszczeniami obywateli Niemiec”, z czym już dziś mamy do
czynienia.
Z kolei prof. Muszyński zwraca uwagę, że jest jeszcze jedna
możliwość dochodzenia sprawiedliwości. – Na szczęście zostaje jeszcze Trybunał
Praw Człowieka w Strasburgu – podpowiada.

Inni poszkodowani też czekają
Ale to rozwiązanie zarówno
cytowani prawnicy, jak i sami poszkodowani Polacy traktują jednak raczej jako
wyjście ostateczne.
Losy procesów Winicjusza Natoniewskiego i Krzysztofa
Skrzypka obserwuje wielu innych poszkodowanych, którym również nie
zrekompensowano krzywd wyrządzonych podczas II wojny światowej.
– Jest wiele
osób zainteresowanych złożeniem takich pozwów. Zastanawiamy się nad ich
przygotowaniem. Będziemy jednak potrzebowali wsparcia ze strony kancelarii
prawnych i prawników – mówi senator Dorota Arciszewska-Mielewczyk.
Prawnicy
prowadzący omawiane procesy przyznają, że zwracają się do nich wciąż nowe osoby,
które również chciałyby szukać sprawiedliwości, najlepiej w polskich sądach. –
Zwróciło się do mnie wiele osób z podobnymi problemami. Radzimy im jednak
poczekać na rozstrzygnięcie sprawy Winicjusza Natoniewskiego – mówi
reprezentujący go Roman Nowosielski.
Kilka tygodni, jakie być może dzielą nas
od decyzji Sądu Najwyższego w omawianych sprawach, być może już nie stanowi dla
poszkodowanych takiej różnicy, skoro na sprawiedliwość czekają ponad pół wieku.
Trzeba jednak zapytać, czy rzeczywiście żyjemy w czasach rządów prawa, o których
tak wiele się mówi, gdy nawet na rozpatrzenie spraw o dokonanie jednych z
najcięższych zbrodni łamiących prawa człowieka każe się ofiarom czekać tak
długo. I czy rzeczywiście tak trudno osądzić zbrodnie, których skutki ludzie tak
długo znoszą.

Mariusz Bober

drukuj