Po co TVN kanał religijny?

Duży koncern medialny, znany ze swych liberalnych sympatii, postanowił wydać 20 mln na kanał o tematyce religijnej. Jaki jest cel ponoszenia tak znaczących kosztów?

W przypadku decyzji grupy medialnej, będącej, według niektórych opiniotwórczych mediów, najlepiej zarządzanym przedsiębiorstwem w Polsce, można spodziewać się celów o charakterze ekonomicznym. Zarówno inicjatorzy przedsięwzięcia, jak i komentatorzy mówią zresztą o tym w kilku aspektach. Istotnym kontekstem tej inicjatywy jest cyfryzacja telewizji. Konkurujące między sobą platformy starają się w swojej ofercie zawrzeć elementy niepowtarzalne. Taki charakter dla platformy N, należącej do ITI Neovision, ma mieć kanał religijny tworzony przy pomocy zaplecza kadrowego rodem z „Tygodnika Powszechnego”. Usiłuje ona obecnie dołączyć do dwóch silnych graczy na tym rynku: Cyfrowego Polsatu i Cyfry+.

Ma być to zarazem, wedle słów Macieja Sojki, prezesa ITI Neovision, wypełnienie luki w rynku medialnym. Luka taka jest oczywistością, gdy w katolickim, konserwatywnym w dużej mierze kraju istnieje niewielki tylko odsetek mediów o takim kształcie ideowym. Choć twórcy nowego medium podkreślają niekomercyjne traktowanie tego przedsięwzięcia, powszechnie wiadomo, że tematyka religijna oznaczona marką JP II może być dobrym produktem do sprzedania, a zwłaszcza użytecznym elementem promocji i tworzenia wizerunku (tak posłużyły się nią „Gazeta Wyborcza” i „Dziennik”). Do takiego podejścia przyznają się przedstawiciele ITI. O tym, że nowy kanał opłaci się spółce jako chwyt marketingowy, przekonują również medioznawcy: „Kiedy trzeba będzie wystąpić o przedłużenie koncesji, koncern będzie mógł przekonywać, że wypełnia misję” – uważa prof. Maciej Mrozowski. Nieco inaczej do tego zagadnienia podchodzi Piotr Tymochowicz. Zapytany przez „Trybunę”, czy religia to dobry środek na wypromowanie nowego produktu, stwierdził: „Polskie społeczeństwo jest ciemne, średniowieczne, więc wszystko, co przemawia do średniowiecza, znajdzie tu poklask. Można grać religią, ale pod warunkiem, że znajduje się ona w tle. Na pewno nie ma sensu grać religią na pierwszym planie”.

Jeżeli spojrzeć na nowy kanał religijny jako fragment eklektycznej mozaiki elementów składowych platformy cyfrowej, dla której ma być tworzony, nie powoduje on „zagrożenia” polegającego na pierwszoplanowości tematyki religijnej. Oferta nowej telewizji religijnej będzie się zapewne komponowała z wchodzącą równocześnie na platformę N – O.TV – kanałem rozrywkowo-muzyczno-edukacyjnym kierowanym przez Jerzego Owsiaka.


Odwrócić uwagę widzów


Z dotychczas ujawnionych informacji wyłaniają się pewne cele społeczno-polityczne wpisane w powstające medium. Gdy o planach kanału religijnego na początku stycznia poinformował „Puls Biznesu”, spekulowano, że w ten sposób właściciele ITI chcą załagodzić konflikt z braćmi Kaczyńskimi, mającymi złe doświadczenia z mediami prywatnymi, w tym TVN. Wydaje się jednak, że projekt jest skonstruowany bardziej dalekowzrocznie, z myślą o wpływie na losy Kościoła w Polsce. Krystyna Czuba sformułowała obawę, że „jest to sprawa dosyć ryzykowna i może zrobić też wiele szumu medialnego i takiej nieprawdy sensacyjnej o Kościele i o religii”. Uzasadniała ją faktem, że „przynajmniej niektórzy z twórców to są ludzie z pogranicza, to są ludzie, którzy sporo zrobili zamętu w sensie prawdy ewangelicznej”.

Poprzestając jednak na poziomie deklaracji twórców, warto zauważyć pewną zmianę w podejściu do praktyk religijnych o charakterze masowym. Do niedawna były one traktowane przez środowisko „Tygodnika Powszechnego” jako płytkie i nieatrakcyjne dla współczesnego człowieka. Kanał religijny ITI ma jednak regularnie transmitować Msze św. z różnych miejsc w Polsce. Wizyta Benedykta XVI w naszym kraju pokazała bowiem, że tłumne zgromadzenia religijne i związana z nimi emocjonalna forma duchowości są nie tylko dodatkiem do charyzmy Papieża Polaka, ale trwałym sposobem przeżywania chrześcijaństwa nad Wisłą. Ta od dawna znana cecha Polaków oparła się wywieranej przez kilkanaście lat presji lewicy laickiej posługującej się mediami masowymi. Transmisje z takich wydarzeń cieszą się zasłużoną popularnością. Ten, kto zaoferuje ich najwszechstronniejszy przekaz medialny, ma szansę przykuć uwagę poważnej liczby odbiorców. A przecież właśnie ta uwaga widzów jest towarem, którym handlują stacje telewizyjne.

„Gazeta Wyborcza” ogłosiła pod koniec marca br., że nowy kanał ITI ma stanowić konkurencję dla TV Trwam. „Jeśli kanał zaproponuje nowe podejście do religii i światopoglądu człowieka nowoczesnego, może być alternatywą dla Radia Maryja i Telewizji Trwam” – uważa medioznawca prof. Maciej Mrozowski. Od takiego celu projektodawcy kanału się odżegnują. Ksiądz Kazimierz Sowa, który nie marnuje żadnej okazji, by zadeklarować swoje powinowactwo z liberalnym środowiskiem medialnym, w taki oto sposób rysuje relację swojego projektu do telewizji Ojców Redemptorystów: „To tak, jakby porównywać ludzi, którzy grają w piłkę wodną i futbol amerykański. Teoretycznie chodzi o piłkę, ale każdy, gdy się przyjrzy, to widzi, że nie. I ta piłka ma inny kształt, i boisko, i inni są zawodnicy”. Interpretując tę analogię, można powiedzieć, że chodzi nie o doskonalszą grę i strzały do bramki (w zmaganiu o ewangelizację i odbudowę cywilizacji chrześcijańskiej w Polsce), ale odwrócenie uwagi widzów w zupełnie innym kierunku. Jakim?


Kanał pod nadzorem


Poza omówionymi celami ekonomicznymi i społecznymi czymś naturalnym w religijnym przedsięwzięciu jest horyzont duchowy w szerokim tego słowa znaczeniu. Nadzór nad powstającym kanałem podjęli bezpośrednio właściciele grupy ITI. Choć ma on profil religijny, jest przedsięwzięciem prywatnym. Anonimowi przedstawiciele TVN wskazują, że właściciele koncernu Jan Wejchert i Mariusz Walter jako osoby niemłode chcą zrobić coś nie tylko dla pieniędzy, których mają już dużo. Chcą coś po sobie zostawić. Dlatego kanał religijny ma być jednym z ostatnich akcentów obecności Waltera seniora w TVN przed przejściem na emeryturę. Można wskazywać na analogię między takim działaniem a tradycją fundowania kościołów czy klasztorów przez ludzi zamożnych, nie jest ona jednak adekwatna. Dawny fundator był twórcą murów świątyń, miewał nawet wkład w ich kształt architektoniczny. Nie uzurpował sobie jednak prawa do ingerowania w treść głoszonych w nich misji ludowych czy toczących się dysput teologicznych. Istnieje uzasadniona obawa, że omawiany medialny twór nie będzie wolny od takiej uzurpacji.

Profil widza nowej telewizji, który powinien powiedzieć coś o duchowych aspiracjach przedsięwzięcia, Maciej Sojka definiuje dość enigmatycznie: „Niezależnie od wieku, zarobków i wykształcenia stację mają oglądać wszyscy poszukujący w życiu wartości niematerialnych”. Tak uniwersalny odbiorca, wedle słów księdza Sowy, zostanie obdarowany encyklopedycznym wręcz przekazem: „Nasz kanał będzie poświęcony tym wszystkim zagadnieniom, których mianownikiem wspólnym będzie odniesienie do religii.(…)Co do formy – wszystko to, co jest w telewizji, co do treści – to, co jest bardziej lub mniej związane z tematyką religijną.(…)Nie skupimy się tylko na wierze katolickiej, ale przekazywać będziemy wiedzę o innych religiach”. Opis ten wskazuje na coś, co w świecie książek nazywałoby się leksykonem religii świata.

Wiele sformułowań dotyczących stawianych temu przedsięwzięciu celów wskazuje na ogromną chęć obalenia stereotypu katolika-nieprofesjonalisty. Tylko czy nie jest to aby raczej kompleks. Kiedy ksiądz Sowa rysuje wizję „talk show, który dotyczy tematyki religijnej, a który jest robiony według tych samych zasad jak programy z udziałem publiczności w TVN czy telewizji publicznej”, ukazuje, jak bardzo zależy mu na dociągnięciu do obranych przez siebie wzorców (wcale zresztą nie tak doskonałych). Wydaje się jednak, że popełnia błąd polegający na zapoznaniu faktu, iż najdoskonalsza nawet kopia jest zawsze tylko kopią. A przecież począwszy od starożytnego retora, na współczesnym specjaliście od marketingu skończywszy, wszyscy znawcy komunikowania wskazują, że to, czym możemy przyciągnąć odbiorcę, to rzecz nowa, ważna, bez precedensu.


Dialog zamiast ewangelizacji?


Ideą kluczową dla pomysłu nowej stacji nie jest jednak wyłącznie pomnik dla twórców TVN czy kompleksy jakichś środowisk katolickich. Jest nią dialog. Wszak to słowo-klucz dla środowiska „Tygodnika Powszechnego”, dla jego mentora księdza Józefa Tischnera. Jak zauważył jeden z moich przyjaciół, przeakcentowanie dialogu kosztem zaangażowania ewangelizacyjnego czy też pojęcie dialogu jako jedynej formy ewangelizacji jest modą czy też poprawnościową formułą charakterystyczną dla specyficznie rozumianej inteligencji katolickiej. Dialog, będąc elementem istotnym dla komunikowania, powinien jednak toczyć się w kierunku ustalenia prawdy o rzeczywistości. W przypadku zagadnień doczesnych winien on owocować rozwojem chrześcijańsko-klasycznej kultury i cywilizacji. W przypadku treści nadprzyrodzonych otwarcie się na prawdę owocuje możliwością głoszenia orędzia Ewangelii, które nie jest owocem dialogu między ludźmi. Uczynić w ludzkim komunikowaniu miejsce dla Słowa Bożego jest najważniejszym zadaniem religijnego medium. Dlaczego zatem redaktor nowego kanału, pytany o programy ewangelizacyjne, mówi o telewizyjnym poradniku, programach edukacyjnych i wiedzy o innych religiach? Wymieniona w tym kontekście transmisja Mszy Świętej nie może chyba być całym wysiłkiem pastoralnym. Wszak i TVP w latach 80. ją posiadała. Czy dialog multikulturowy ma zastąpić ewangelizację?

Zatem cele ekonomiczne, społeczne i duchowe tego przedsięwzięcia jawią się dość zawile. Komunikowanie społeczne skupione wokół zagadnienia religii trudno wyobrazić sobie z pozycji wiary jako nienastawione na ewangelizację oraz budowanie cywilizacji chrześcijańskiej. Równie trudno jednak wyobrazić sobie twórców agnostycznych mediów jako ojców chrzestnych akcji chrystianizacyjnej.

Radosław Brzózka

Cytaty za: press.pl oraz kmdm.pl

drukuj