Plotki, fusy i polityka
„Małe żydowskie miasteczko na niemieckim pograniczu” – tak Stanisław Cat-Mackiewicz nazywał Warszawę. A czym żyją takie miasteczka? Wiadomo – plotkami. A powodów do plotek nie brakuje, ponieważ w Warszawie rezydują najwyższe władze państwowe, od których tak wiele zależy, a w każdym razie wszyscy tak uważają. W związku z tym bacznie obserwują wszelkie przejawy życia dworu, a właściwie dworów – bo tych jest w Warszawie legion.
Jeden dwór ma pan prezydent, drugi dwór ma pan premier, no a pomniejsi dworzanie też mają swoje dwory i dworki, w których jest mnóstwo klamek. U tych klamek uwieszeni są klienci poszczególnych dworów, do których z kolei uczepieni są ich klienci – i tak aż do samego dołu. Nic więc dziwnego, że kiedy jakiś dworzanin zaczyna popadać w niełaskę, to wszystkich jego klientów, a także klientów tych klientów, zaczyna ogarniać zaniepokojenie. Czujnie nasłuchują wszelkich odgłosów nagłaśnianych natychmiast przez media, które z reguły też są klientami jakiegoś dworu, jak nie rządowego, to opozycyjnego, nie mówiąc już o razwiedce. Każda zmiana bowiem oznacza wielkie zmiany wśród klientów. Inne żony zaprenumerują „Twój Styl” i zaczną bywać na rautach, inni przyjaciele uzyskają koncesje na hurtownie spirytusu, inne przyjaciółki dostaną futra i brylanty na czarną godzinę – i tak dalej. I na tym, z grubsza biorąc, polega życie polityczne. Tak w każdym razie uważa większość komentatorów, a nawet politologów, którzy nie tyle są jakimiś naukowcami, co raczej utytułowanymi propagandzistami. Mają oni przed maluczkimi udawać „ekspertów” i uczenie wróżyć z fusów tak, żeby sponsor albo przynajmniej faworyt uzyskał pomyślną wróżbę. Ujawniło się to przy okazji ostatnich przetasowań w rządzie premiera Jarosława Kaczyńskiego. Objęły one na razie dwóch ministrów: ministra obrony narodowej Radosława Sikorskiego oraz ministra spraw wewnętrznych i administracji Ludwika Dorna.
Wspólnym mianownikiem dymisji obydwu ministrów jest to, że tak naprawdę nie wiadomo, z jakich właściwie przyczyn je złożyli i dlaczego premier Kaczyński natychmiast je przyjął. W tej sytuacji skazani jesteśmy na domysły. Zacznijmy je tedy od ministra Radosława Sikorskiego, który swoją dymisję złożył wcześniej. Pierwsze sygnały o napięciach między ministrem Sikorskim a innymi członkami rządu pojawiły się w okresie prac nad ustawami rozwiązującymi Wojskowe Służby Informacyjne i powołującymi w ich miejsce Służbę Kontrwywiadu Wojskowego oraz Służbę Wywiadu Wojskowego. W ustawie przyjęte zostało rozwiązanie, w myśl którego nowe służby zostały podporządkowane potrójnie: nie tylko ministrowi obrony, ale również – w pewnym zakresie – bezpośrednio premierowi i – także w pewnym zakresie – ministrowi koordynatorowi służb specjalnych. Jeśli nawet po stronie prezydenta, który był inicjatorem tych ustaw, nie było takiej intencji, to przyjęte rozwiązanie stwarzało szefom tych służb faktyczną możliwość omijania ministra obrony i bezpośredniego znoszenia się ze zwierzchnikiem Sił Zbrojnych RP, którym jest – jak wiadomo – prezydent.
Nie wiem, czy tak to odebrał minister Sikorski, bo on mi się nie zwierza, ale wcale bym się nie zdziwił, gdyby przyjęcie takiego rozwiązania uznał za dowód ograniczonego zaufania do swojej osoby. W takim razie musiałby sobie postawić pytanie, podobnie jak i my sobie, dlaczego w takim razie premier powołał go na to stanowisko do rządu? Odpowiedź mogła być tylko jedna – bo istniały jakieś konieczności, dla których powołanie Radosława Sikorskiego do rządu było wskazane nawet mimo ograniczonego zaufania ze strony obydwu braci Kaczyńskich. Jednak przyjęcie dymisji ministra Sikorskiego oznacza, że albo te konieczności odpadły, albo przestały mieć znaczenie.
Nie wiem, czy to przypuszczenie jest trafne, ale minister Sikorski uchodził za polityka cieszącego się zaufaniem rządu Stanów Zjednoczonych i mającego bardzo dobre kontakty w amerykańskich sferach politycznych. Przypuszczenia takie znajdują potwierdzenie w pełnych nieprzyjemnego zaskoczenia reakcjach na tę dymisję nie tylko prof. Zbigniewa Brzezińskiego, ale i osobistości związanych z Departamentem Stanu i innymi amerykańskimi kołami politycznymi. Okoliczność, że opozycja w Polsce też lamentuje z tego powodu, nie ma większego znaczenia, bo po lizusowsku powtarza ona, jak za panią matką tamte lamenty w nadziei, że najgorliwsi podskakiewicze zostaną zauważeni, gdzie trzeba, i zapamiętani, natomiast zaskoczone amerykańskie głosy zasługują na uwagę. To zaskoczenie wskazuje, że strona amerykańska nie była o niczym uprzedzona. Jakież tedy okoliczności mogłyby sprawić, że konieczności, które kiedyś sprowadziły Radosława Sikorskiego do rządu PiS, przestały istnieć albo straciły znaczenie? Czy przypadkiem nie przełożenie akcentów z opcji amerykańskiej na opcję europejską w polskiej polityce zagranicznej? W takiej bowiem sytuacji obecność ministra Radosława Sikorskiego w rządzie nie jest już ani konieczna, a być może nawet – niepożądana przez naszych nowych Największych Przyjaciół. Czy jednak poza dymisją ministra Sikorskiego coś wskazuje na taką zmianę? Moim zdaniem, wskazuje na nią nowelizacja ustawy lustracyjnej z inicjatywy prezydenta Kaczyńskiego, do której w środę, 7 lutego, senacka partia antylustracyjna dopisała poprawki m.in. blokujące lustrację dziennikarzy [w głosowaniu 8 lutego Senat odrzucił tę poprawkę – wyj. red.]. Nie ulega według mnie najmniejszej wątpliwości, iż ochrona dawnej PRL-owskiej agentury leży w interesie naszych partnerów z Unii Europejskiej, bo znaczna jej część przewerbowała się na ich usługi. Warto też wspomnieć o projekcie ustawy przewidującym degradację członków WRON do stopnia szeregowca. Minister Sikorski wspominał, że wprawdzie wymienił 56 proc. generałów, ale robił to „bez urażania godności ludzkiej”. Czyżby to była aluzja do tego projektu? Dlaczego natomiast miałoby nastąpić przesunięcie akcentów z opcji amerykańskiej na opcję europejską – to już całkiem inny temat.
Inaczej wygląda sprawa ministra Dorna. Powiedział on na konferencji prasowej, że różnica zdań na tle pewnej sprawy związanej z funkcjonowaniem MSWiA pojawiła się między nim a premierem Kaczyńskim w styczniu. Musiała to być sprawa bardzo ważna, skoro doprowadziła aż do dymisji ministra najwierniejszego z wiernych, uważanego za „trzeciego bliźniaka”. Cóż takiego ważnego, a dotyczącego MSWiA zdarzyło się albo ujawniło w styczniu? Wydaje się, że za taką ważną sprawę można uznać pojawienie się w styczniu projektu ustawy „deubekizacyjnej”, przewidującej nie tylko ujawnienie dawnych funkcjonariuszy SB, ale również – zredukowanie im emerytur. Dawni funkcjonariusze SB funkcjonowali w strukturze ówczesnego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Czy minister Dorn nie uważał tego pomysłu za najszczęśliwszy? Wykluczyć tego całkiem nie można, bo rzecznik MSWiA Witold Lisiecki 12 stycznia mówił, że pozbawienie emerytury może nastąpić tylko na podstawie prawomocnego wyroku sądowego przewidującego odebranie praw publicznych. Bardzo możliwe, że minister Dorn doszedł do wniosku, iż tego typu posunięcia mogą źle wpłynąć na morale obecnych funkcjonariuszy, którzy po takim precedensie mogą nie mieć pewności, że jakiś lewicowy rząd w przyszłości nie obetnie im emerytury, mszcząc się w ten sposób na braciach Kaczyńskich. W takiej sytuacji różnica zdań rzeczywiście mogła być trudna do przezwyciężenia, bo premier Kaczyński przedstawił taką możliwość i z różnych względów mogło mu zależeć na przeforsowaniu tego pomysłu. Wypowiedź ministra Dorna na konferencji prasowej na to właśnie może wskazywać, bo podkreślił on, że racje w tej sprawie były podzielone i nie tylko on, ale i premier Kaczyński podnosił ważkie argumenty. Każdy jednak pozostał przy swoim zdaniu, co ostatecznie skłoniło ministra Dorna do złożenia dymisji, która częściowo została przyjęta, z pozostawieniem dawnego ministra na stanowisku wicepremiera. Ta okoliczność dodatkowo potwierdzałaby ten trop, bo oznacza ona, że minister Dorn akceptuje zasadniczy kierunek polityki rządu, a tylko nie chce brać odpowiedzialności za jakieś pomysły dotyczące MSWiA.
Warto w tej sytuacji zwrócić uwagę, że zarówno projekt deubekizacji przewidujący obcięcie emerytur byłym funkcjonariuszom SB, jak i projekt ustawy przewidujący degradację członków WRON do stopnia szeregowca, jak też projekt nowelizacji ustawy lustracyjnej wyszły z Kancelarii Prezydenta, w której – jak się okazało 6 lutego – minister Krawczyk był zarejestrowany jako tajny współpracownik Wojskowej Służby Wewnętrznej, czyli – mówiąc krótko – razwiedki. Jak to się stało, że prezydent Kaczyński, tak przecież wyczulony na te sprawy, najwyraźniej był tego zupełnie nieświadomy? Jakie jeszcze niespodzianki nas czekają?
