Platforma partią obciachu

Z Markiem Wróblem, specjalistą PR, wiceprezesem Fundacji Republikańskiej,
rozmawia Agnieszka Żurek

W dzisiejszym świecie ma jeszcze sens prowadzenie poważnej, merytorycznej
kampanii wyborczej?

– Narzucanie tematów dyskursu w gazetach czy telewizji jak najbardziej ma sens.
Rząd Donalda Tuska postrzegany jest jako "zabawowy". W obecnych czasach pojawia
się jednak popyt na poważnych polityków. Pobawiliśmy się, pogrillowaliśmy, było
miło, ale teraz stoją przed nami trudne wyzwania, bo idzie kryzys. Jednocześnie
są nowe szanse, np. odkryte zostały na terenie Polski złoża gazu łupkowego,
dzięki któremu możemy stać się drugą Norwegią – pod warunkiem jednak, że ktoś
się tym poważnie zajmie. Ekipa Platformy Obywatelskiej nie daje takiej pewności.

Bo porzuciła uprawianie prawdziwej polityki, zastępując działania na rzecz
dobra wspólnego zabiegami PR-owymi?

– Platforma niewątpliwie była i jest mocna w szybkich akcjach PR-owskich, czyli
tak zwanych spinach. Posługuje się na przykład zabiegami skupiania opinii
publicznej na wybranych zagadnieniach – bardzo często leżących daleko od
prawdziwych problemów. Platforma jest w tym sprawna. Ułatwia jej to także
poparcie – chociaż już nie bezwarunkowe – głównych mediów. Spin na szeroką skalę
to choćby walka z kibicami. Przykładem drobniejszego spinu może być z kolei
otwarcie trzykilometrowego odcinka autostrady. Małym dziełem sztuki PR-owskiej
było niby-otwarcie Stadionu Narodowego, który… nie został jeszcze otwarty.
Odbyła się iluminacja stadionu połączona z ogromną imprezą. Stadion nie jest
gotowy. Można tam pojechać i samemu się o tym przekonać. Jest otoczony parkanem,
a na jego terenie prowadzone są prace budowlane. Zorganizowano jednak imprezę
będącą surogatem prawdziwej ceremonii otwarcia. Uczestniczyło w niej wielu
ludzi, relacje ukazały się w mediach. Z punktu widzenia całej kampanii wyborczej
jest to drobiazg, niemniej jednak był to dość sprawnie przeprowadzony spin.
"Drobiazg" ten był jednak dość kosztowny – impreza musiała pochłonąć co najmniej
kilkaset tysięcy złotych. Jej celem było wywołanie w Warszawie jednodniowej,
przelotnej ekscytacji. Sam pomysł otwarcia czegoś, co nie jest jeszcze otwarte,
jest – muszę przyznać – dość błyskotliwy. W tego rodzaju działaniach – rzucaniu
haseł czy organizowaniu spinów – Platforma jest dobra.

Jakie inne zabiegi mające na celu poprawienie wizerunku stosuje jeszcze
Platforma?

– Jest to na przykład tzw. framing. Polega on na takim "obramowaniu" tematu, aby
nadać mu odpowiedni kontekst. Na przykład, choć nie jest to sprawka PO, ale
dobrze ilustruje mechanizmy, "sprawa "Nergala" = problem wolności słowa". Dzięki
zabiegowi framingu sugerujemy, że ktoś, kto protestuje przeciwko "Nergalowi",
opowiada się przeciwko pluralizmowi. Platforma sprawnie posługuje się zabiegami
PR-owymi, może jej to jednak nie wystarczyć do wygrania wyborów. Partia rządząca
znajduje się w trudnej sytuacji – Polska została rozkopana, terminy wykonania
poszczególnych prac coraz bardziej przesuwają się w czasie, a rozmaite działania
rządzącej koalicji są powszechnie oceniane jako złe. Można tu wymienić
podpisanie umowy gazowej z Rosją czy wizytę funkcjonariuszy ABW o szóstej rano u
chłopaka, który prowadził stronę antykomor.pl. Pociągi jeżdżą dwie godziny
dłużej niż kiedyś, a cztery godziny dłużej, niż powinny. Zła jest także nasza
ogólna sytuacja gospodarcza. Ludzie nie mają pracy, a pamiętają przecież, że za
premiera Jarosława Kaczyńskiego ta praca jednak była. Platforma wymyśliła pewien
taktyczny zabieg, to znaczy obrała strategię pt. "Pozwólcie nam dokończyć".

To właśnie znaczy hasło wyborcze: "Polska w budowie"?
– W sytuacji, w jakiej znajduje się obecnie rząd, trudno byłoby wymyślić coś
lepszego. Nawet i to jednak może okazać się niewystarczające, aby wygrać wybory.
Niczego jednak nie da się przewidzieć z całą pewnością. Wybory odbędą się za dwa
tygodnie. Cztery lata temu trzy tygodnie przed wyborami PiS było pewne
zwycięstwa. Tamte wybory jednak przegrało, mimo że zdobyło milion głosów więcej
niż w zwycięskich wyborach w 2005 roku.

Budowanie przez Platformę poparcia przez "straszenie PiS-em" odnosi jeszcze
skutek?

– To już nie działa. Straszenie może działać na pewne wąskie grupy – starych
komunistów czy twardy elektorat Platformy. Ci jednak tak czy inaczej pójdą do
wyborów i przekonywać ich do tego nie trzeba. Pozostaje jeszcze środowisko
lewackie, które jednak zagłosuje raczej na Palikota. Młodzi ludzie są
zdegustowani Platformą.

Platforma staje się zatem partią "obciachową"?
– Odium "obciachu" w coraz mniejszym stopniu dotyczy PiS. Możliwe, że wśród
młodych ludzi pokutuje jeszcze taki wizerunek tej partii, ale na pewno już nie w
takim stopniu jak kiedyś. To PO staje się "obciachowa". Jest to partia, która
"zrobiła z gęby cholewę". Ludzie pamiętają obietnice składane przez członków
Platformy Obywatelskiej. Porównują je z tym, co widzą, i czują jaskrawy
dysonans. PiS przestało być "partią obciachu" także wśród tzw. yuppies.
Pamiętają oni, jak kształtował się deficyt budżetowy i który rząd obniżył
podatki. To są konkrety.

Rząd jednak nie ma ochoty na wzięcie odpowiedzialności za niewywiązanie się
ze swoich obietnic. Najpierw przeszkadzało w tym PiS, a obecnie światowy kryzys.

– Donald Tusk obrał linię obrony pod hasłem: "Nic nie mogę". Prezes Jarosław
Kaczyński ostatnio nawet nazwał autobus, którym premier jeździ po Polsce,
"nic-nie-mogę-busem". Mówienie o tym, że szef rządu nic nie może, jest jednak
dość niewiarygodne. Po pierwsze, jakąś władzę jednak posiada. Po drugie, komu
potrzebny jest premier, który nic nie może? Ludzie nie szanują miękkich
polityków. Cenią Jarosława Kaczyńskiego, który czasem potrafi być "niefajny",
ale niewątpliwie jest twardszym politykiem niż Donald Tusk. Obecnie gra toczy
się na przykład w kwestiach dotyczących polskiego bezpieczeństwa energetycznego.
Wiedza naszego społeczeństwa na ten temat jest co prawda bardzo uproszczona i
polega na skojarzeniu "Rosja zakręci nam kurek albo podniesie ceny", ale w
istocie do tego właśnie sprowadza się problem.

Niewygodne dla rządu tematy często są jednak przemilczane przez główne media,
za to zaprzyjaźnione z rządem. Zna Pan na pewno hasło: "Nieprawdą jest, że
Platforma Obywatelska jest partią bez programu – ma nawet kilka programów: TVP,
TVN, Polsat…". Dostęp poszczególnych partii do mediów jest obecnie aż tak
jaskrawo nierówny?

– Na pewno w mniejszym stopniu niż kiedyś. Ludzie potrafią jednak wyciągać
wnioski – jeżeli nawet nie świadomie, to odruchowo odwracają się od
jednostronnych przekazów medialnych. Media głównego nurtu już nie kochają
Platformy bezwarunkowo. Poza tym nastąpił ostatnio wysyp mediów mających
krytyczny stosunek do rządu. Istniejące do tej pory media zajmowały na ogół
nisze. Teraz się to zmienia. Pluralizm mediów jest większy niż cztery lata temu.
Trzeba pamiętać także o internecie.

Ostatnio w sieci pojawił się spot wyborczy PiS zatytułowany "Yes, we can´t".
Podsumowuje on lapidarnie lata rządów Platformy Obywatelskiej. Czy internet może
odegrać szczególną rolę w tegorocznej kampanii wyborczej?

– Tego rodzaju prześmiewcze spoty są zasadniczo dobrym narzędziem. Posługują się
nim zresztą wszyscy. Spoty internetowe nie przeważą jednak szali w kampanii
wyborczej. Internet wcale nie jest tak skutecznym narzędziem, jak można by
sądzić. Jego atutem jest niewątpliwie powszechna dostępność i błyskawiczny obieg
informacji. Jest to jednak medium dosyć płytkie. Bardziej opiniotwórczą rolę
pełni telewizja czy prasa drukowana. Walka wyborcza w internecie ma mimo to
swoje znaczenie, zwłaszcza jeżeli chodzi o pozyskanie głosów młodych ludzi.
Młodzież spędza przed komputerami dużo czasu. Podejmuje poza tym pochopne
decyzje oparte na płytkich informacjach, jakich dostarcza im surfowanie w sieci.
Internet jest też dobrym narzędziem do stosowania czarnego PR. Przekazy
negatywne mają tendencję do szybkiego rozprzestrzeniania się. Kto będzie się
zajmował rozsyłaniem filmików, w których jakaś partia będzie opowiadała o tym,
co jej się udało, i zapewniała, że uda jej się jeszcze więcej? Poza zwolennikami
tej partii nikt nie będzie miał na to ochoty. Złośliwe filmiki krytykujące takie
czy inne działania rządu czy opozycji rozprzestrzeniają się natomiast
błyskawicznie.

W sieci przestało już być "modne" wyśmiewanie Jarosława Kaczyńskiego. Zaczęto
natomiast śmiać się z członków rządu i z prezydenta.

– Jest to bardzo wyraźnie widoczne. Pan premier zresztą sam się tutaj
"podkłada". "Wahadło obciachu" przechyla się w stronę rządu.

"Gospodarskie wizyty" premiera w terenie coraz bardziej przypominają podobne
wyreżyserowane spektakle, jakie część polskiego społeczeństwa pamięta z epoki
Gierka. Tusk ma szansę przekonać do siebie wyborców, jeżdżąc po Polsce
"tuskobusem"?

– Objazd premiera po Polsce od strony PR-owej nie jest złym zabiegiem. Platforma
powinna ruszyć w teren już dawno. Jest to jednak dzisiaj pomysł spóźniony i
ryzykowny. Ludzie są na ogół na Tuska źli. Poza tym zawsze gdzieś może się
pojawić grupa kibiców z antyrządowymi transparentami. Takie objazdy były zawsze
siłą PiS. Świętej pamięci panu premierowi Przemysławowi Gosiewskiemu nie było
szkoda czasu na to, żeby w Bodzentynie mówić do dwudziestu osób. Potrafił w
ciągu jednego dnia przemawiać w ośmiu miejscach. Inaczej Platforma: mam
wrażenie, że wyrobiła sobie markę partii oderwanej od ludzi. Obecnie stara się
ten wizerunek zmienić i stąd zapewne wziął się pomysł zorganizowania objazdu
premiera po Polsce. W tym roku efekt tego rodzaju kampanii bezpośredniej jest
jednak mocno niepewny.

PiS niewiele miejsca w kampanii wyborczej poświęca tematowi tragedii
smoleńskiej. Czy słusznie?

– Tak. Nie jestem zwolennikiem przemilczania tego tematu, ale kampania wyborcza
powinna być wielowymiarowa. Ludzie chcą czuć, że ich problemy są ważne dla tego,
kto zamierza rządzić krajem. Oczywiście – nie podoba im się to, że katastrofa
nie została wyjaśniona. Badania pokazują, że polskie społeczeństwo nie ma
poczucia, iż poznaliśmy przyczyny katastrofy. Wszyscy wiedzą, że śledztwo nie
było prowadzone w taki sposób, jak powinno. Przeciętnego obywatela interesuje
jednak przede wszystkim to, że nie ma pracy. Ludzie są zdenerwowani tym, że nie
jeżdżą pociągi, że np. miejscowa sitwa staje na przeszkodzie w rozwoju
przedsiębiorczości. PiS prezentuje w tej chwili swój pozytywny program,
pokazuje, że nie jest partią monotematyczną. W tym sensie odejście w kampanii od
tematu katastrofy jest dobre. Nie jest to jednak odejście całkowite – do Sejmu
kandydują przecież wdowy smoleńskie. Jest to z kolei komunikat dla "twardego
elektoratu". Mówi on, iż temat katastrofy nie zostanie porzucony.

Główna partia opozycyjna używa w swoim przekazie do wyborców jakichś technik
PR-owych?

– Podejmuje wiele prób wywoływania dyskusji na określone tematy. W Centrum
Programowym PiS bardzo często odbywają się konferencje. Prawo i Sprawiedliwość
postawiło w tej kampanii także na nadanie priorytetu tematom gospodarczym. To
dobry zabieg, ponieważ wszyscy wiedzą, że sytuacja finansowa Polski wciąż się
pogarsza. Nie staliśmy się "zieloną wyspą".

Pojawienie się na listach wyborczych PiS młodych i atrakcyjnych kobiet
zostało skrytykowane przez główne media jako "wykorzystywanie kobiet pod
przykrywką wartości konserwatywnych". Kandydatki zostały nazwane "paprotkami
PiS" bądź "aniołkami Kaczyńskiego". Z czego, Pana zdaniem, wynika taka próba ich
zdeprecjonowania?

– Umieszczenie na listach do Sejmu tych kandydatek było bardzo dobrym pomysłem.
"Odmładzają" one wizerunek PiS. Nie są to żadne "paprotki", tylko kobiety od
dawna pracujące społecznie czy działające w sferze publicznej. Na przykład pani
w czerwonym zdążyła już być wojewodą. Przeciwnicy PiS są wobec nich bezradni,
nie potrafią przedstawić ich w złym świetle, a trzeba pamiętać, że partia ta z
różnych względów była zwykle dość podatna na ośmieszanie. Gdyby rzeczywiście
były to "paprotki", z ich ośmieszeniem nie byłoby żadnego problemu. Są to jednak
dziewczyny mające coś do powiedzenia. Wątek "młodzieżowy" w PiS dopiero się
rozwija. Postawienie na młodzież jest bardzo dobrym pomysłem. Nie jest ono
sztucznym zabiegiem – młodzi ludzie odwracają się od Platformy.

Profesor Ireneusz Krzemiński twierdzi, że młodzi ludzie popierają PiS,
ponieważ "nie pamiętają rządów tej partii".

– Jest to gruba manipulacja. Sugeruje ona, że rządy PiS były w Polsce epoką
terroru. A tymczasem nikt z ABW nie odwiedzał wtedy młodzieży o szóstej rano ani
nie zakazywał wywieszania na stadionach polskich flag. Profesor Krzemiński oparł
swoją tezę na założeniu, które jest właściwie nieweryfikowalne. A nawet gdyby
było prawdziwe, to nie oznacza jeszcze, że można z niego wyciągnąć taki wniosek,
jaki wyciągnął pan profesor. Poza tym dużo bardziej prawdopodobne jest to, iż
młodzież będzie głosować na PiS nie dlatego, że nie pamięta jego rządów, ale
dlatego, że pamięta rządy Platformy Obywatelskiej.

O głosy młodych ludzi walczy także SLD. Jak ocenia Pan jego kampanię?
– Bardzo słabo. Nie wiadomo, o co im właściwie chodzi, w którym kierunku
zamierza iść ta partia – w stronę starej czy nowej lewicy. Nowa lewica może być
modna, natomiast nie ma na nią niemal żadnego zapotrzebowania społecznego. Nie
ma ona w Polsce ani starego, ani nowego elektoratu. Zresztą ludzie skłonni
poprzeć nową lewicę zagłosują na partię Palikota, a nie na SLD. Starą lewicą,
czyli na przykład wielkoprzemysłowymi robotnikami, Sojusz się nie zajmuje. A
tymczasem to oni są grupą prawdziwie "wykluczoną". Za "wykluczonych" SLD woli
jednak uważać raczej pracujących w mediach bogatych gejów z wielkich miast -a
jednocześnie daje ich sobie zabrać Palikotowi.

SLD stał się zatem partią mało wyrazistą?
– Tak, a na dodatek w środowisku tym coraz wyraźniej widać kłótnie. Nie jesteśmy
świadkami takich konfliktów ani w PiS, ani w Platformie. PiS się skonsolidowało,
ponieważ jest partią mającą szansę na zwycięstwo. Rozłamowcy, czyli PJN, odpadli
wcześniej. Ci, którzy mieliby ochotę się odłączyć, widzą na ich przykładzie, co
może ich spotkać. I nie będzie to wizyta CBA czy ABW, tylko po prostu
marginalizacja. Jeśli PJN otrzyma w tych wyborach 3 proc. głosów, będzie to
ogromny sukces. I chyba na to właśnie nastawiają się członkowie tej partii. W
PiS widać natomiast wyraźnie, że Jarosław Kaczyński jeszcze raz prowadzi ludzi
do boju. Wizja sukcesu niewątpliwie cementuje partię. Platforma także trzyma
wspólny front – nawet jeśli pojawiają się w niej konflikty, o czym czasem
donoszą media, kierownictwo partii umie utrzymać ją w ryzach. Politycy SLD
natomiast wyraźnie się kłócą. Nie widać tam żadnego celu strategicznego.
Przywództwo jest żadne. Brak na tę kampanię pomysłu.

Najnowsze okładki trzech tygodników liberalno-lewicowych jawnie obrażają
uczucia chrześcijan. To przypadek, że pojawiają się dokładnie w tym samym
czasie, w dodatku w okresie kampanii wyborczej? Na prymitywnym antyklerykalizmie
można zdobyć głosy wyborców?

– Może na tym zyskać najwyżej Palikot i możliwe, że on to w jakiś sposób
inspiruje. Główni gracze polityczni tego nie prowokują. Platformie ani SLD tego
rodzaju zabiegi wcale nie są na rękę.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj