Platforma – obywatelska czy wirtualna?
Zakończyły się prawybory w Platformie Obywatelskiej, których
zwycięzcą okazał się Bronisław Komorowski. Pojawiły się już pierwsze analizy i
sondaże, które dają Komorowskiemu rzekome zwycięstwo również w jesiennych
wyborach prezydenckich. Powstaje przy tym pytanie, co w takim razie z Radosławem
Sikorskim. Czy mimo wszystko zdecyduje się on na kandydowanie w jesiennych
wyborach?
W prostej próbie definicji interesu politycznego Sikorskiego powinna się
pojawić myśl o nierezygnowaniu z kandydowania. Wszak w wewnętrznej rozgrywce
przegrał znacznie, można wręcz powiedzieć, że został po prostu ograny przez
Komorowskiego i jego stronników. Aparat partyjny Platformy od początku skazał
Sikorskiego na porażkę. Nie obyło się to bez użycia chwytów poniżej pasa,
których nie szczędził chociażby Janusz Palikot. Sikorski zatem, przegrawszy
prawybory, bardzo szybko zejdzie na drugi plan. Powtórna szansa na prezydenturę
nie powtórzy się w dającej się przewidzieć przyszłości.
Co teraz zrobi Sikorski?
Czy istnieje zatem dla Radosława
Sikorskiego jakaś alternatywa? Tak, mimo wszystko może on startować w jesiennych
wyborach. W czasie prawyborczej kampanii zgromadził swoich stronników, których
mógłby zmobilizować do jesiennych wyborów prezydenckich. Oczywiście nic nie
wskazuje na to, aby te wybory wygrał. Mógłby jednak osiągnąć przyzwoity wynik,
który pozwoliłby mu na zbudowanie silnej centrowej partii. Miałaby ona dość
szeroką zdolność koalicyjną (od PiS po PO) i mogłaby znaleźć swoje miejsce w
parlamencie po przyszłorocznych wyborach do Sejmu i Senatu. Zresztą duża porażka
Sikorskiego w prawyborach nie musiałaby wcale oznaczać takiej samej porażki w
wyborach prezydenckich. Wszak w prawyborach głosował jedynie aparat partyjny, na
jesieni głosy będzie oddawał cały Naród. Oprócz względnej popularności
Sikorskiego w społeczeństwie wiele mogłyby mu pomóc różnorakie międzynarodowe
koneksje jego żony. Wszystko to dawałoby mu szansę na podjęcie realnej gry na
polskiej scenie politycznej. Jednak brak mocnych deklaracji ze strony
Sikorskiego i jego stronników sugeruje raczej, że minister spraw zagranicznych
nie podejmie śmiałych kroków i szybko zejdzie na drugi plan polityki. W PO może
zaś z biegiem czasu dojść do pogłębiającej się konfrontacji między zwolennikami
Komorowskiego a frakcją Tuska. Trudno sobie wszak wyobrazić pokój między tymi
obozami po ewentualnych zwycięskich dla Komorowskiego wyborach
prezydenckich.
Prawybory – potężna kompromitacja Platformy
Wydaje się,
że o wiele ważniejsze analizy po prawyborach w PO dotyczą kondycji polskiej
sceny politycznej w ogóle. Otóż należy bardzo mocno podkreślić, że prawybory te
skończyły się totalną kompromitacją Platformy. Dodajmy – kompromitacją, o której
prawie w ogóle nie mówi się w mediach. Faktem bezspornym jest, że w prawyborach
uczestniczyła mniej niż połowa członków PO. A przecież nie wymagało to od nich
wielkiego wysiłku, wystarczyło wszak kilka minut przy komputerze, by drogą
internetową oddać swój głos. Musimy również pamiętać, że głosowanie odbywało się
w ciągu dość długiego czasu. Mimo to frekwencja była skandalicznie niska, niższa
nawet niż w normalnych wyborach, w których uczestniczą ludzie czasem w ogóle
niezainteresowani polityką. I tak o ile niska frekwencja w rzeczywistych
wyborach do Sejmu czy w wyborach prezydenckich jest niepokojąca, o tyle brak
uczestnictwa w wyborczych decyzjach aktywnych działaczy partyjnych jest
niesłychaną kompromitacją.
Niska frekwencja w prawyborach może mieć dwa
powody. Pierwszy to brak interesujących kandydatów dla większości działaczy PO.
A jeśli partyjni działacze nie byli zadowoleni z przedstawianych im kandydatur,
to jest to kompromitujące dla Donalda Tuska i kierownictwa partii, które w takim
razie rozmija się z poglądami i oczekiwaniami swoich członków. Drugi powód może
być taki: większość członków Platformy w ogóle nie interesuje się polityką.
Dlaczego zatem są członkami partii? Po prostu dla kariery. Powtórzmy: biorąc pod
uwagę drugi wariant, musimy stwierdzić, że większość członków PO to po prostu
niezainteresowani polityką karierowicze. Wszystko jedno, który z powyżej
przedstawionych wariantów jest prawdziwy. Tak czy inaczej wynik prawyborów to
wielka kompromitacja.
Czy w Polsce istnieją partie polityczne?
Czym w takim
razie jest partia, której większość członków nie zainteresowała się wyborami
prezydenckimi (wszak gdyby byli niezadowoleni z obu kandydatur, mogli obie
skreślić)? Poszerzmy to pytanie: czym w ogóle są w Polsce partie polityczne?
Można zaryzykować twierdzenie, że przy obecnym systemie są to firmy polityczne
przynoszące dość duży dochód na skutek dotacji z budżetu państwa. Dodajmy –
firmy, które są w stanie obdarowywać swoich członków tysiącami różnorakich
stanowisk, od samorządu poczynając, a na administracji rządowej kończąc (nie
licząc etatów w samej organizacji partyjnej). Owe „kadrowe możliwości” partii
powodują wzrost liczby jej członków. Najlepiej tę rzeczywistość obrazuje pewna
anegdota. Jeden urzędnik pyta drugiego: do jakiej partii należysz? Odpowiedź: do
aktualnie rządzącej. Transfery polityczne dokonują się nie tylko na najwyższych
szczytach władzy, dotyczą one w równej mierze poziomu gmin i powiatów. Ponieważ
większość stanowisk urzędniczych w Polsce została totalnie upartyjniona, gros
ludzi widzących swą przyszłość w administracji, a nawet w szkole (duży wpływ
samorządu na wybór dyrekcji szkół) zapisuje się do partii. Oczywiście są to w
pewnym sensie „martwe dusze”, ponieważ zupełnie obca jest im polityka uprawiana
obecnie na gruncie ogólnopolskim. Zapisują się do partii nie po to, aby
politykować, ale po to, by zdobyć pracę i zrobić jakąś karierę.
Czy zatem
istnieje dzisiaj polityka partyjna, skoro liderzy ugrupowań odbiegli nie tylko
od głównego nurtu życia Narodu, lecz ich decyzje są całkowicie rozbieżne z
oczekiwaniami i z życiem większości działaczy partyjnych? Możemy śmiało
skonstatować – polityka liderów ma wymiar ściśle wirtualny. Na sposób wirtualny
traktowane jest zarówno społeczeństwo, jak i niżsi działacze partyjni. Karierę
robi się niemal wyłącznie za pomocą mediów (przykład: poseł Janusz Palikot –
polityk działający na gruncie całkowicie wirtualnym), a nie poprzez długoletnią
służbę społeczną czy kreowanie ważnych dla państwa idei. Jak daleko zaszła ta
„wirtualizacja” sceny politycznej, najlepiej świadczy frekwencja w prawyborach
prezydenckich w PO. Polityka liderów partii nie ma prawie nic wspólnego z życiem
konkretnego obywatela, a nawet z życiem szeregowego działacza partyjnego.
Zamiast demokracji – socliberalny totalitaryzm
Wszystko
to musi niepokoić obserwatora polskiej sceny politycznej. Można odnieść
wrażenie, że żyjemy w czymś w rodzaju matriksu imitującego tylko metody tzw.
demokracji. W istocie mamy zaś do czynienia po prostu z ukrytą dyktaturą
partyjną. Wirtualizacja polityki stoi w jaskrawej sprzeczności z
obywatelskością, tak dobitnie artykułowaną w deklaracjach Platformy. Brak
kontaktu polityków z życiem konkretnych obywateli oraz rosnąca skuteczność
działań wirtualnych (sztuczne generowanie poparcia społecznego dla partii
poprzez manipulacje PR-owskie) może wszak w krótkim czasie prowadzić do czegoś w
rodzaju ukrytego socliberalnego totalitaryzmu. Im mniej jako obywatele zdajemy
sobie dziś sprawę z tego procesu, tym bardziej możemy tego w przyszłości gorzko
żałować.
Prof. Mieczysław Ryba
