Piszę z tęsknoty do nieba
Z pisarką Małgorzatą Nawrocką, autorką pięćdziesięciu książek dla dzieci, w tym dwóch powieści antymagicznych „Anhar” i „Alhar, syn Anhara”, stanowiących przeciwwagę dla „Harry’ego Pottera”, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler
Czy w Pani rodzinie były osoby, które parały się pisaniem i miały wpływ na Pani twórczość?
– Być może były, ale ja nic o nich nie wiem. Natomiast myślę, że nie bez znaczenia jest osoba mojej babci ze strony mamy, która – gdy byłam dzieckiem – uczyła mnie pięknych, starych, wierszowanych modlitw. Gdy jako już dorosła osoba powiedziałam kiedyś jedną z takich modlitw mojej przyjaciółce, spojrzała na mnie z zazdrością i powiedziała: Już teraz wiem, dlaczego piszesz książki, skoro wychowywano cię na takich modlitwach. Warto wspomnieć, że babcia, kiedy już była bardzo leciwa, w nocy, gdy nie mogła spać, budziła się i na głos recytowała z pamięci całe partie z Mickiewicza. Słyszałam to na własne uszy, bo budził mnie jej głos. Czytała też pasjami Kraszewskiego. Założę się, że mogła coś pisać do szuflady, chociaż nigdy się do tego nie przyznała.
Pochodzi Pani z Warszawy?
– Tak. Tutaj się urodziłam. Również rodzina mojego taty jest z Warszawy, natomiast rodzina mamy pochodzi z okolic stolicy. Mam więc mazowiecką duszę.
Jak wspomina Pani swój dom rodzinny, dzieciństwo? Jakie wartości zaszczepili w Pani rodzice, dziadkowie?
– Mam wspaniałych rodziców, natomiast jeśli chodzi o wychowanie religijne, to nie moglibyśmy się pochwalić jakimiś superwynikami. Myślę, że łaską Bożą jest to, że mój dom rodzinny zaczął edukację religijną ode mnie. Moi rodzice dość chłodno podchodzili do tego tematu, odkąd pamiętam, chodziłam sama na Msze Święte. Trzeba im jednak przyznać, że byli dzielni, bo były to czasy komunistyczne, i przynajmniej mieli odwagę, by mnie na nie posyłać. A potem, w którymś momencie, zorientowałam się, że nie wiadomo kiedy zaczęliśmy coraz częściej chodzić do kościoła razem i zauważyłam bardzo duże zmiany w życiu mojej rodziny. Zrozumiałam, że przeze mnie Bóg ewangelizował moich rodziców. Do naszego domu przychodził czasami kapłan, który uczył mnie religii. Dzięki jego wizytom rodzice otwarli się na Kościół, zaczęły się ciekawe dyskusje. Pamiętam ten słynny dzień, kiedy ksiądz kardynał Karol Wojtyła został wybrany na Papieża, miałam wtedy kilkanaście lat. Wtedy właśnie na kolacji u nas był mój katecheta. Pamiętam radość, świętowanie razem z nim w naszym domu. Moi rodzice są teraz gorliwymi, praktykującymi katolikami.
Pamięta Pani swój pierwszy wiersz czy inny utwór?
– Jako dziecko pisałam dla siebie różne rzeczy. Pamiętam pierwszy tekst, którego recenzentem był mój tata, i emocje związane z jego napisaniem. Była to wczesna klasa szkoły podstawowej. Ale powiem szczerze, że jedyną formą artystyczną świadomie uprawianą później były teksty piosenek. Jako nastolatka trafiłam do ruchu oazowego. Ponieważ wszyscy fajni ludzie grali tutaj na gitarze, ja też musiałam. Pisałam wspomniane teksty piosenek, to było moje ulubione zajęcie. Ale to był epizod i nic więcej. Nigdy nie myślałam, że pisaniem będę się zajmować na poważnie. We wspólnocie poznałam mojego męża.
Jego nie trzeba było nawracać…
– Nie. Pan Bóg prowadził nas niezależnie. Ja szłam troszkę inną drogą, Marek inną, ale ostatecznie spotkaliśmy się w kościele św. Anny we wspólnocie Światło-Życie. Trafiłam tam, gdy miałam 17 lat, a więc dość wcześnie. Z perspektywy czasu oceniam to jako wielką łaskę. Bardzo dużo zawdzięczam księdzu Blachnickiemu i formacji Ruchu Światło-Życie.
Co było później?
– Skończyłam polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim. Przez trzy lata uczyłam w liceum, bardzo lubiłam pracę z młodzieżą. Te lata w szkole też dużo mnie nauczyły. Po studiach byłam przekonana, że nie ma sensu pisać książek, bo najlepsze zostały już napisane, więc trzeba raczej poświęcić czas na ich czytanie. Dopiero w momencie, kiedy urodziła się Faustyna, moja najstarsza córka, odkryłam świat nowych emocji, pytań, jakiś przedziwnych neologizmów, które dziecko formułuje. Ten świat był tak inspirujący, że zapragnęłam coś napisać. Zaczęłam więc eksperymentować na Faustynie, pisząc dla niej bajki. W ciągu miesiąca napisałam książkę „Piórka z podwórka”. Nie umiałam jednak ocenić w żaden sposób, czy jest to dobre.
Ktoś przyszedł Pani z pomocą?
– Z teczką prawie pięćdziesięciu tekstów i wypiekami na twarzy jak maturzystka udałam się do siostry Joanny Pauli, dyrektor liceum, w którym pracowałam. Poprosiłam ją, by to przejrzała i oceniła. Z początku siostra siedziała jak martwa, w końcu zaczęła chichotać. Gdy przerzucała kolejne strony i chichotała coraz bardziej, utwierdzałam się w przeświadczeniu, że nie jest źle, bo rozśmieszyć kogoś nie jest wcale tak łatwo. Siostra Joanna spojrzała w końcu na mnie i rzekła: „Pani Małgosiu, nie ma co czekać, dzwonimy do redakcji „. Jak powiedziała, tak uczyniła. Byłam zdziwiona szybkością rozwoju wydarzeń. Myślałam, że może jakiś jeden wiersz zostanie opublikowany, ale nie spodziewałam się, iż cała książka zostanie zaakceptowana do druku. Od tej pory mam wielki sentyment do niej, po pierwsze, z racji debiutu, a poza tym dlatego, że to miał być pewnego rodzaju żart – ta pierwsza książka miała być jedyną, przeznaczoną wyłącznie dla mojego dziecka. Okazało się jednak, iż te wiersze bardzo się podobają dzieciom.
Zrozumiała Pani wówczas, że pisanie dla dzieci ma sens i wartość?
– Tak. Pewna sytuacja była dla mnie szczególnie ważna. Jeden z kapłanów powiedział mi, że jego mała siostrzenica była przygotowywana do bardzo trudnej operacji w szpitalu i moja książka pomogła jej przełamać strach. Pomyślałam sobie wtedy, że jest to cudowne, że gdyby było tak, iż napisałam tę książkę tylko dla niej, to właściwie już spełniła ona swoje zadanie. A później zaczęły mnie nachodzić myśli, że może na świecie jest jeszcze jakieś inne dziecko, które też czeka na moje słowa. To dodało mi skrzydeł. Gdy dowiedziałam się potem, że rozważano, by „Piórka z podwórka” otrzymały Nagrodę Feniksa na Targach Książki Katolickiej w Warszawie w kategorii książki dla dzieci, nie mogłam w to uwierzyć. Dało mi to poczucie wiary w to, iż jednak mogę pisać, że Bóg tego chce. Miałam okazję poznać wtedy śp. księdza Jana Twardowskiego, który zachęcał mnie bardzo do pisania, co ma dla mnie ogromne znaczenie.
A skąd bierze Pani pomysły?
– Zewsząd. Nie ma rzeczy, która nie mogłaby zainspirować. W „Piórkach” np. jest oda do zupy mlecznej. Czasem zdarza się, że w pociągu czy gdzie indziej robię sobie jakieś notatki, później powstają z nich, już przy komputerze, konkretne pomysły. Często przychodzą one w najmniej spodziewanych momentach. Rękopis jednego z tekstów powstawał na przykład w kuchni w trakcie smażenia kotletów mielonych. Zdarza się, iż budzę się nagle w nocy z jakąś myślą, wstaję i notuję, bo wiem, że jak tego nie zrobię, to już ta myśl nie wróci. Zawsze korzystam z takich natchnień. Najbardziej lubię milczeć, bo wtedy zaczynają się dziać różne ciekawe rzeczy na linii twórczej między Panem Bogiem a mną. Myślę, że nie przesadzam, kiedy mówię, iż wszystkie te natchnienia twórcze zaczynają się tak naprawdę od Niego. Uważam, że bez Boga nie można napisać niczego dobrego. To jest niemożliwe.
Czyta Pani książki swoim dzieciom?
– Najbardziej zaczytaną książką ich dzieciństwa jest „Biblia dla maluchów”. Potem przyszedł czas na klasyczne baśnie, „Pollyannę”, „Lassie, wróć”, „Tajemniczy ogród”, „Małą księżniczkę”, „Małego księcia”, powieści Marka Twaina i Astrid Lindgren i oczywiście „Opowieści z Narni” Lewisa, które czytamy na okrągło. Cieszę się, że moje dzieci za chwilę dorosną do Sienkiewicza. Starsze dziewczynki chwalą książki księdza Janusza Stańczuka i księdza Marka Dziewieckiego, po które ostatnio z przyjemnością sięgnęły.
W jaki sposób łączy Pani twórczość literacką z zajęciami domowymi?
– Jest trudno, ale czuję tutaj pomoc Bożą. Jak trzeba, żeby znalazł się czas, to się zawsze znajduje. W tej chwili współpracuję już z wieloma czasopismami, głównie dla dzieci. Tych stałych, terminowych zleceń jest bardzo dużo. Jak to wszystko godzę? Jednym z cudów i dowodów na istnienie Boga w moim życiu jest właśnie to, że to godzę, chociaż naprawdę nie wiem, jak to jest możliwe. Największe rzeczy, czyli moje powieści antymagiczne „Anhar” i „Alhar” – każdą z tych książek pisałam prawie rok – powstawały z niemowlętami przy piersi, po nocach, bo od świtu do późnych godzin wieczornych byłam przede wszystkim mamą. Gdy ostatni domownik już zasnął i robiło się cicho i spokojnie, zaczynałam drugie życie. Było w tym wiele łaski. Życie w takim ciągłym niedoczasie powoduje, że jeżeli jest jakiś wolny kwadrans, to jest absolutnie luksusowy czas. Dużo rzeczy, które napisałam i zostały ocenione jako dobre, powstawały w następującej sytuacji: rano mój mąż Marek ładuje troje dzieci do auta, bo dwoje odwozi do szkoły, a jedno do przedszkola. Wiem, że wróci za dwadzieścia minut, biegnę więc do komputera, piszę coś, a kiedy wraca, to jest skończone i dobre, i razem możemy zjeść śniadanie. Marzę, by skończyć porozpoczynane pomysły. Są takie, do których tęsknię. Pisanie prozy czy dłuższych form powieściowych jest o tyle fascynujące, że w tym świecie chce się przebywać, on żyje własnym życiem. Jestem wdzięczna Bogu, że powołał mnie do robienia takich rzeczy, bo jest to fantastyczna przygoda móc stwarzać rzeczy, których jeszcze nie było. Ode mnie tylko zależy, co się w powołanym przeze mnie świecie stanie.
W jednym z wywiadów powiedziała Pani, że chciałaby plewić chwasty w ogrodzie literatury dziecięcej. Pani powieści antymagiczne zrodziły się więc z buntu?
– Jedno z wydawnictw, z którymi współpracuję, zwróciło się do mnie z prośbą, żebym napisała polskiego Harry’ego Pottera. Spytałam, co to za książka, że mam pisać jej polską wersję. „To pani nie wie – usłyszałam – przecież już dwa tomy są na rynku”. Zaczęłam je czytać i skutek był taki, że napisałam, owszem, ale anty-Pottera. Uznałam bowiem, że książka Rowling jest bardzo niebezpieczna. Rok czy dwa lata później dowiedziałam się, że kilka moich wypowiedzi na temat Harry’ego Pottera spowodowało zamęt myślenia u niektórych osób. Zmusiłam się więc do doczytania kolejnych pięciu tomów Rowling, ponieważ stwierdziłam, że skoro mam się wypowiadać publicznie i potem ktoś ma to traktować autorytatywnie, to nie mogę sobie pozwolić na to, że nie będę znała całości lektury. Moim zdaniem, od strony literackiej ta książka ma dużo walorów, dlatego też postanowiłam napisać książkę kontra. Zrozumiałam, dlaczego ta historia może się podobać, że są tam takie chwyty, które ja, jako autor, jestem w stanie rozpoznać i rozpracować, bo znam mechanizm powstawania fabuły i wiem już po tylu latach doświadczenia, jak opisać pewne rzeczy, żeby czytelnik zupełnie co innego wyczytał. Zauważyłam, że pani Rowling sprawnie sobie z tym radzi. Sprzeciwiłam się temu, nie patrząc na konsekwencje, bo tematem Harry’ego Pottera nie wszyscy chcą się zajmować, uważając, że wyjdą zaraz na jakichś oszołomów. Po spotkaniach z młodzieżą gimnazjalną czuję się często, jakby mnie walec rozjechał, ponieważ poziom jakiegoś szaleństwa wokół tej książki jest tak duży, iż racjonalne argumenty, bez względu na to, jak atrakcyjnie są podane, denerwują i bulwersują. Dzięki Bogu nie było jeszcze takiego spotkania, z którego wyszłabym z poczuciem, że to jest jakaś zupełna porażka. Po godzinie wykładu widzę bowiem zaciekawione miny, skupione spojrzenia. Natomiast z dorosłymi na temat tej lektury rozmawiam już trochę inaczej, gdyż w to wszystko trzeba już wciągnąć przykłady z literatury. Z wykładami o Harrym Potterze jeżdżę po całej Polsce, wnikliwa analiza wybranych fragmentów zabiera mi do 5 godzin. Tak szokujące rzeczy wychodzą po takiej dokładnej analizie, że ludzie są pełni zdziwienia i tracą złudzenia, iż jest to twórczość nieszkodliwa. Rodzice najczęściej nie czytali Harry’ego Pottera, zwykle mają świadomość medialną na ten temat, czyli uznają to za kino familijne.
Jaką wizję świata chciała Pani przeciwstawić Rowling? Czy czerpała Pani jakieś inspiracje z Tolkiena czy Lewisa?
– Lewis jest mi jeszcze bardziej bliski niż Tolkien, choć jest równie ważny. „Opowieści z Narni” Lewisa odkryłam już jako dorosły człowiek, na studiach. To jest ten sposób rozmowy ze światem, który chętnie bym uprawiała, gdybym umiała. „Anhar” i „Alhar, syn Anhara” mają swoją symbolikę z Lewisa, w sensie takim, że jest tam też postać Aslana, chociaż wygląda inaczej i zupełnie inaczej jest pokazana. U Rowling nie ma osobowego dobra. Bohaterowie jej książek walczą w imię jakiś własnych wyobrażeń o tym, co jest dobre dla nich i korzystne. Są przez to bardzo samotni w tej walce, bez względu na to, czy mają kumpla z prawej czy lewej strony, bo jest on tak samo samotny jak oni. Tak naprawdę przypominają grupę ślepych w tunelu. Natomiast u Lewisa nie ma wątpliwości, że bohater nawet pozornie ślepy ma za plecami Aslana, to światło, które kiedy trzeba, pokaże drogę, którą należy iść, i bohaterowie nigdy nie są samotni ze względu na tak szlachetne towarzystwo. W moich książkach jest ta sama zasada. Ten ktoś nazywa się Ten Sam i w imię Tego Samego dzieją się w tym świecie różne rzeczy. Przeciwstawiam ten świat wizji Rowling, bo nie wyobrażam sobie, że można odpowiedzialnie wypromować dobry świat literacki, w którym nie ma żadnego obiektywnego dobra. To jest niemożliwe. W baśni klasycznej ten podział na dobro i zło jest zawsze bardzo radykalny, bardzo oczywisty. Moje książki pisane są z tęsknoty do nieba.
Ale w Pani książkach pojawia się też magia…
– Tak, ale starałam się pokazać magię tak, jak przedstawia ją Biblia. Moim celem było powiedzenie dziecku prawdy o magii. Zdawałam sobie sprawę, że Rowling kłamie i chciałam w „Anharze” i „Alharze, synu Anhara” odkłamać pewne teorie na temat magii, tak jak ją ona przedstawia. Moim zdaniem, magia istnieje naprawdę, jest sposobem kontaktowania się człowieka ze światem demonów, które chcą dopaść duszę ludzką i na wieki ją posiąść, więc nie ma tutaj miejsca na żarty. Uważam te książki za najważniejsze z tych, jakie do tej pory napisałam dla dzieci. Wcześniej nie miałam żadnego kontaktu z okultyzmem i magią, nie zajmowałam się takimi tematami, a „Anhar” był napisany jako protest wobec chwastów Rowling. Nie zdawałam sobie do końca sprawy, jakiego świata dotykam. Opisałam go intuicyjnie, jestem pewna, że też z różnych natchnień Bożych. Często było bowiem tak, że gdy siadałam na drugi dzień przy komputerze i przelatywałam wzrokiem to, co poprzedniego dnia stworzyłam, byłam w szoku, bo wydawało mi się, że to nie ja napisałam. Co ciekawe, od momentu, kiedy oddałam pierwszy tom do druku, w moim życiu zaczęło się dziać bardzo dużo dziwnych rzeczy.
Co ma Pani na myśli?
– Zaczęły się różne dręczenia duchowe, miałam dziwne doświadczenia z własną rodziną, jakieś wypadki samochodowe etc. Natężenie tych rzeczy i poziom ich niezwykłości były tak duże, że to nie było naturalne, znalazłam się więc pod opieką kapłanów. Ich rozpoznanie było szybkie i jednoznaczne: stałam się obiektem zainteresowania drugiej strony, ewidentnie bardzo niezadowolonej z tego, że zajęłam się tym tematem, więc demonstracyjnie okazywała swoją siłę. Zrozumiałam, że dotknęłam jednej z najbardziej skutecznych współczesnych broni szatana, tzn. wciągania ludzi w jego tajemnicze światy magiczne.
Czy zgodzi się Pani z tym, że w dzisiejszym świecie, który odrzuca często wartości chrześcijańskie i stawia na antykulturę, to, co Pani robi, jest w pewnym sensie pracą pionierską?
– Z pewnością. Gdy za „Alhara, syna Anhara” dostałam ostatnio nagrodę na Targach Książki Katolickiej, jeden z dziennikarzy spytał: „I co, cieszy nagroda?”. „Tak jak każda nagroda za dobrze wykonaną pracę”, odparłam. „I nie przeszkadza Pani, że w takiej literaturze niszowej? Nie ma pani jakiś większych ambicji, żeby z tego grajdołka katolickiego gdzieś wyskoczyć?”, pytał. Wtedy przyszło natchnienie i mówię: „Wie pan co? Tak się na ogół składa, że z niszy zawsze wyparowuje woda, a na dnie zostaje treść. Więc być częścią treści na dnie niszy to nie jest chyba tak źle? Ja nie mam większych ambicji”, dodałam. Jak pokazuje historia ludzkości, zawsze byli ludzie, którzy ośmieszali prawdę. Nigdy nie było tak, że wszyscy zgodnym chórem śpiewali chwałę Bożą, i zawsze byli ci, którzy w oczach świata musieli się ośmieszyć jak Noe budujący arkę. Z własnego doświadczenia jednak wiem, że jeżeli człowiek jest autentyczny w tym, co robi, to śmiech osób, które go obserwują, jest krótki.
Jak spędza Pani wolny czas z rodziną?
– Wiele czasu poświęcamy na wspólne głośne czytanie, najlepiej to wychodzi, kiedy czyta mój maż, bo wtedy już nie muszę być panią od pisania, tylko jestem dzieckiem, które słucha. To jeden z naszych ulubionych sposobów spędzania wolnego czasu. A drugi to spotykanie się z ludźmi. Charyzmatem Domowego Kościoła, w którym jesteśmy, jest dar spotkania z innymi. Jak mamy wolny czas, to albo gościmy u siebie przyjaciół lub rodzinę, albo planujemy gdzieś wyjście. Z doświadczenia wiem, że czas poświęcony ludziom i spędzony z ludźmi jest najbogatszy i najpiękniejszy. Nie ma w naszym domu telewizora, więc nie mamy potrzeby oglądania filmów. Nikt tego nie chce i nikt nie potrzebuje.
Dziewczęta się nie buntują?
– Nie. Są oczywiście takie chwile, kiedy na przykład wiedzą, że coś ciekawego będzie w telewizji i koleżanki będą to oglądać, ale wybrnęliśmy z tego bardzo politycznie. Wtedy bowiem pieczemy szarlotkę i jedziemy do babci w odwiedziny, a przy okazji oglądamy telewizję.
Co Panią pasjonuje poza pisaniem?
– Praca w ogrodzie. Od wiosny do jesieni, jeżeli mam jakieś wolne chwile i mogę zrobić coś przyjemnego, to idę pogrzebać w ziemi. Ziemia ma zapach i kolor. Bardzo lubię sadzić rośliny bez rękawiczek. Wiem, że potem dłonie trzeba mocno szorować i kremować, ale sprawia mi to przyjemność. Z radością sadzę kwiaty i sieję nasiona. Ogród jest moją pasją. Lubimy chodzić do teatru, chociaż na to ostatnio jest mało czasu i bardzo nad tym ubolewam. Uwielbiamy także włóczęgi po Polsce, podróżowanie po nieznanych nam jeszcze miejscach, odkrywanie jakiś tajemnic, legend, oglądanie zabytków.
Uciekła Pani do Anina przed zgiełkiem miasta?
– Zdecydowanie tak. Przygoda z domem zaczęła się od przeczytania informacji w jakiejś gazecie, że rocznie pod oknami mojego mieszkania przejeżdża 40 milionów samochodów. Zrozumiałam wówczas, dlaczego Faustyna jest alergikiem. Postanowiliśmy więc rozejrzeć się za jakimś kątem na obrzeżach miasta, gdzie będzie cicho.
I kolorowo… Państwa dom urzeka barwami i ciepłem, ma trochę bajkowy klimat. To Pani zasługa?
– Z pasją, chociaż bez większego talentu, maluję w domu wszystkie ściany i rupieciarskie meble za grosz, które mi wpadną w ręce. Najchętniej eksperymentuję na sklejkowych krzesłach po 10 zł, żeby tą pasją nie obciążać domowego budżetu. Uwielbiam też chodzić na wystawy malarstwa, na które staram się zabierać swoje dzieci. Nigdy nie zapomnę wrażenia, jakie na pięcioletniej Faustynie i na mnie zrobił oryginał „Eloe” Jacka Malczewskiego. Wygłosiłam wtedy mojemu małemu dziecku wykład o symbolizmie w literaturze romantycznej i preferencjach kolorystycznych Malczewskiego, z którego oczywiście nic nie zapamiętała, ale obraz „Eloe” kocha do dziś.
Wolne chwile z przyjemnością spędzam z moimi córkami w kuchni na doświadczeniach kulinarnych. Wszyscy cieszą się zwłaszcza wtedy, kiedy wyjdzie z tego jakiś smakowity deser.
Sama Pani coś maluje?
– Próbuję rysować. Zrobiłam parę ilustracji do swoich książek, z czego trzy zostały wykorzystane. Może na emeryturze zacznę malować, jak już napiszę wszystkie książki i skończą się mi pomysły. Pójdę wtedy do szkoły podstawowej dla rysowników, może tam na stare lata mnie czegoś nauczą. Ale za to lubię robić różne obrazki i kompozycje z kawałków szkła witrażowego, muszli, korzeni i suszonych liści.
A akwarystyka to zamiłowanie Pani czy Pani męża?
– Akurat akwarystyka to pasja męża. Ale tył akwarium z kawałków witraży robiliśmy razem.
Państwa ulubione miejsca w Polsce?
– W Polsce nie ma nieciekawych miejsc. Dzięki gościnności przyjaciół odkryliśmy ostatnio okolice Świnoujścia, to chyba najpiękniejsze wybrzeże na świecie. Poza tym malownicze wyspy, klify i lasy, rezerwat zwierząt, wiele małych miejscowości i miasteczek z muzeami i niezwykłą historią. Tam nie można się nudzić. Z drugiej strony Polski objawieniem były Karkonosze. Nasze ostatnie, fascynujące odkrycie to sanktuarium i miasteczko Wambierzyce. Rodzinnie deklarujemy również miłość do Gdańska i Krakowa.
Dziękuję za rozmowę.
