Piloci do magazynu
Pakiet naprawczy wdrażany już w 36. Specjalnym Pułku Lotnictwa
Transportowego, rozpoczęte szkolenia na symulatorach dla pilotów samolotów
Jak-40 i Tu-154M oraz plany rozbudowy infrastruktury specpułku świadczą o tym,
że Dowództwo Sił Powietrznych zostało postawione przez rząd przed faktem
dokonanym. Jak oceniają piloci, w tej sytuacji generał Lech Majewski może
niebawem nie mieć gdzie pracować, bo Dowództwo Sił Powietrznych zostanie
rozwiązane.
Konsekwencją likwidacji pułku powinno być pociągnięcie do odpowiedzialności tych
instytucji, które wdrażały zalecenia profilaktyczne po katastrofie w Mirosławcu,
bo najwyraźniej nie spełniły swojej roli. Wygląda na to, że największą karę
poniosą ci, którzy nie mając ku temu środków i wsparcia resortu obrony, starali
się jak najlepiej wykonywać postawione przed nimi zadania.
– Kiedy gen. Lech Majewski obejmował dowództwo w Siłach Powietrznych, miał za
zadanie wyczyścić lotnictwo, zrobić w nim porządek, ale w obecnej sytuacji
widać, że politycy robią za niego porządki i czynią to na swoich zasadach. To
jedyny dowódca Sił Powietrznych, któremu rozwiązano pułk bez konsultacji z nim
samym – oceniają piloci, z którymi rozmawiał "Nasz Dziennik". Ich zdaniem taka
sytuacja może być zgubna dla Sił Powietrznych, bo pozbawieni prawa głosu
wojskowi, najlepiej znający realia panujące w armii, nie będą mieli żadnego
wpływu na jej losy. Piloci z przekąsem dodają, że jeśli dalej politycy będą
reorganizowali Siły Powietrzne według własnych reguł, to niebawem może się
okazać, że nawet gen. Lech Majewski nie będzie miał gdzie pracować, bo nagle DSP
zostanie rozwiązane.
Według zapewnień szefa rządu Donalda Tuska, rozformowanie specpułku było
konsultowane z Dowództwem Sił Powietrznych. Tyle że wcześniejsze decyzje, jakie
zapadały, pokazują, że zamiary dowództwa co do przyszłości 36. SPLT były
zupełnie inne. Po katastrofie w Smoleńsku załogi samolotów Jak-40 i Tu-154M
zostały w końcu wysłane do Federacji Rosyjskiej na szkolenia symulatorowe.
Wcześniej były one wycięte z programu szkoleń z uwagi na cięcia kosztów w armii.
W pułku, podobnie jak w innych jednostkach, rozpoczęto realizację programów
mających na celu poprawę bezpieczeństwa lotów, a w jednostkach obsługujących
loty o statucie HEAD – jak Centrum Operacji Powietrznych czy służby
meteorologiczne – przeprowadzone zostały gruntowne zmiany poparte wzmocnieniami
etatowymi szczególnie ważnych punktów nadzoru. Z niedawnych deklaracji gen.
Majewskiego wynikało również, że 36. SPLT będzie się rozwijał. Miał zyskać nowy
hangar i budynek dla symulatora śmigłowca W-3. Miał zostać przebudowany kompleks
sportowy oraz budynek administracyjno-biurowy. Załogi realizujące loty HEAD
zostały doposażone w sprzęt umożliwiający np. samodzielną weryfikację warunków
pogodowych z pokładu statku powietrznego. Według gen. Majewskiego, który szeroko
rozpisuje się o tym na stronach internetowych SP, w specpułku wprowadzono
również nową strukturę organizacyjno-etatową, "w której podniesiono stopnie
etatowe, a tym samym podniesiono uposażenia personelu latającego zaangażowanego
w realizację lotów o statucie HEAD. Personel ten otrzymuje także wyższe dodatki
do uposażenia, wynikające z wykonywanych obowiązków". Po decyzji szefa MON o
rozformowaniu 36. SPLT plany stały się nieaktualne i być może w części
śmigłowcowej będą zrealizowane. Nie jest to przesądzone, bo – jak sugerują
piloci – śmigłowce wcale nie muszą stacjonować na Okęciu.
– Przede wszystkim eskadra śmigłowców nie będzie potrzebowała tak dużo miejsca
jak 36. SPLT w obecnym kształcie. Zatem część atrakcyjnego terenu zostanie
"uwolniona". Warto obserwować, jak potoczą się losy tych nieruchomości. Nie
można też wykluczyć, że eskadra w ogóle nie będzie stacjonowała na Okęciu.
Równie dobrze może tam zostać wydzielone jedynie lądowisko, a śmigłowce będą
stacjonowały np. w Mińsku Mazowieckim – zauważają.
Metodą jest naprawa
W ocenie pilotów, rząd – rozwiązując pułk – ominął problem zakupów nowej floty
dla VIP-ów, a dodatkowo dymisjonując 13 oficerów, zrzucił cały ciężar
odpowiedzialności za katastrofę na wojsko. Według zapewnień rządu, dymisji
byłoby więcej, gdyby nie fakt, że wielu dowódców po katastrofie podjęło
samodzielną decyzję o odejściu do cywila. Jednak piloci nie aż tak jednoznacznie
jak MON mówią o odpowiedzialności byłych dowódców. – Oni odeszli, bo doskonale
wiedzieli, jaka jest ich odpowiedzialność. Ale mieli też świadomość, że
wszystkie dokumenty, jakie wytwarzali i wysyłali do MON, alarmując o złym stanie
Sił Powietrznych czy specpułku, odbijały się jak groch od ściany. Nie mogli nic
zrobić, bo decyzje "wyżej" po prostu nie zapadały – mówią lotnicy.
Ich zdaniem, decyzja była czysto polityczna i miała pokazać, że zostały
poczynione drastyczne kroki. Tyle że decyzje rządu nie trafiły we właściwe cele.
Rozwiązano 36. SPLT, który sam, bez dodatkowych funduszy i dzięki cięciom
budżetu w MON, nie był w stanie normalnie funkcjonować. Tymczasem specpułk nie
był tylko jednostką "do wożenia VIP-ów", ale też tym pułkiem, który miał
zabezpieczać potrzeby ludzi w wypadku klęsk żywiołowych, wypadków autokarów za
granicą itd. To także realizacja przewozów poczty dyplomatycznej czy pracowników
wywiadu i kontrwywiadu.
Również w ocenie jednego z byłych pilotów specpułku, latającego na Tu-154M w
fotelu dowódcy, zlikwidowanie pułku ponad rok po katastrofie nie ma nic
wspólnego z tą katastrofą. – W takim wypadku podobnie można byłoby postąpić z
13. eskadrą w Krakowie, której CASA uległa katastrofie w 2008 roku. Jeżeli w ten
sposób będziemy reagować, to zamkniemy wszystkie jednostki. Właściwą metodą jest
naprawianie. Każda komisja, która bada wypadki lotnicze, znajduje przyczyny i
zaleca profilaktykę. Skoro 36. SPLT nadaje się do likwidacji, to powstaje
pytanie o to, jak zostały wdrożone zalecenia po katastrofie CASY. A skoro
profilaktyka nie została wprowadzona, to odpowiada za to Inspektorat
Bezpieczeństwa Lotów, a zatem płk Mirosław Grochowski także powinien otrzymać
dymisję. To instytucje kontrolne powinny się bić w piersi – zauważył nasz
rozmówca.
W ocenie pilotów rozformowanie 36. SPLT to nie koniec problemów, bo podejmując
taką decyzję, MON najwyraźniej nie pomyślało o ludziach pracujących dla tej
jednostki. Oficjalnie, dobrzy piloci i specjaliści ze służb inżynieryjnych
znajdą pracę w innych jednostkach. Tyle że taki scenariusz nie będzie dla
wszystkich do zaakceptowania. – Ludzie mają mieszkania w Warszawie i okolicach.
Tam się osiedlili, założyli rodziny. Politykom wydaje się, że kiedy padnie
komenda, to wszyscy rzucą swój dobytek, by zaczynać od nowa. To nie jest USA,
gdzie w wojsku zarabia się pieniądze pozwalające na wynajmowanie mieszkania i
przeprowadzki z całą rodziną. W tym zakresie jesteśmy państwem trzeciego świata
– zauważają piloci. W ich ocenie, wielu fachowców "ucieknie" z wojska i znajdzie
dobrą i godnie opłacaną pracę w cywilu. Jednak taki krok spowoduje, że środki,
które armia wyłożyła na kształcenie kadr, zostaną utracone. – Znów okaże się, że
wojsko – choć samo biedne i niewyposażone – stać na kształcenie specjalistów dla
cywilnych firm – zaznaczają piloci.
Marcin Austyn
