„My musimy być mocne i jasne”
Chłopcy silni jak stal
Oczy patrzą się w dal,
Nic nie zrobi nam wojny pożoga,
Gotuj broń! Naprzód marsz!
Ku zwycięstwu!
Tę dziarską piosenkę napisał Józef Szczepański "Ziutek", pieśniarz batalionu
"Parasol". "Chłopcy silni jak stal", a dziewczęta?
Druh Aleksander Kamiński miał wyrzuty sumienia, że nie napisał książki wyłącznie
o dziewczętach, o których powiedział: "Służba sanitarna i łączność były na nich
oparte całkowicie. Ponadto powierzano im działania związane z wywiadem,
transportem broni. Cóż to za dzielne były istoty! Odwagą bojową i poświęceniem w
służbie dorównywały całkowicie chłopcom. Wykonywały bez chwili wahania
najbardziej niebezpieczne zadania".
Krystyna Krahelska, która ofiarowała swe rysy pomnikowi warszawskiej Syreny, a
zginęła w pierwszych dniach Powstania, niosąc pomoc rannemu, napisała w jednym
ze swych wierszy:
Jakże trudno uśmiechać się znowu
do zieleni, do wiosny, do słońca
Nam, dziewczynom o gorzkich ustach,
nam, dziewczynom o ramionach tęskniących,
Wiemy przecież, że wrócą kiedyś nasi
właśni, najdrożsi chłopcy,
Wrócą kiedyś… Nie wiemy kiedy.
Skądś – z tej swojej wędrówki obcej.
My musimy być mocne i jasne. Nam nie wolno płakać i nie wierzyć.
Byłoby ciężej im było – daleko
– naszym chłopcom…
Naszym żołnierzom…
"Kto umie odczuwać sercem"
Były w batalionie "Zośka" dwie piękne siostry – Oleńka i Stefa Grzeszczakówny.
Udało mi się jeszcze dotrzeć do trzeciej siostry, jedynej, która przeżyła.
Krystyna z Grzeszczaków Zielińska opowiadała mi: – Oleńka szła przez życie jak
świetlista smuga. Rozśpiewana, wylewna, pogodna, zawsze musiała się kimś
opiekować. Zapowiadała, że będzie studiowała medycynę i będzie miała bardzo dużo
dzieci. We wrześniu 1939 roku dzień i noc pielęgnowała rannych w Szpitalu
Ujazdowskim. Stefa była zupełnie inna, bardzo cicha, bardzo zamknięta i bardzo
powściągliwa. Włosy miała rude, a jak tylko musnęło ją słońce, obsypywała się
piegami. Oleńka wcześnie zaczęła spełniać swoje marzenie i studiować tajną
medycynę. Pamiętam ten wieczór sierpniowy 1943 roku, kiedy przyszła do domu
zmieniona do niepoznania. Jakby w niej coś zgasło. Było to po akcji Sieczychy na
niemiecką strażnicę, w czasie której zginął Tadeusz Zawadzki "Zośka".
Wigilia Bożego Narodzenia tegoż 1943 roku. Oleńka z kolegami z konspiracji
przytargała przepiękną, pachnącą choinkę. Był opłatek, życzenia – za rok w
wolnej Polsce, kolędy "Błogosław Ojczyznę miłą"… Przyszedł styczeń. Minęła
godzina policyjna, a Oleńki nie ma. Dopiero po kilku strasznych dniach nadeszła
wiadomość, że Oleńka jest na Pawiaku. Tak się bała aresztowania. Że nie
wytrzyma. Że może coś powie, kogoś wyda. I wszystko wytrzymała. Nie wydała
nikogo. Nie wiadomo, jak i gdzie Niemcy zamordowali Oleńkę Grzeszczakównę. Na
kwaterze batalionu "Zośka" ma swój symboliczny grób razem z mogiłą siostry. 1
marca 1944 roku Andrzej Malinowski "Włodek", dowódca 1. kompanii batalionu
"Zośka", wydał rozkaz: "Dla uczczenia pamięci Oleńki, drużynowej z zespołu
dziewcząt kompanii "Rudy", pluton żeński baonu "Zośka" nosić będzie nazwę:
pluton żeński "Oleńka"".
Siostra Oleńki, Stefa, wpisała się w pamięć towarzyszy broni. Opowiadał mi
Staszek Sieradzki "Świst": – Widzę ją w pierwszym tygodniu Powstania, jak krąży
wśród powstańców, nosi meldunki. Dostajemy rozkaz, że mamy przejść z Woli na
Starówkę. Wyruszamy. Stefy nie ma. Nie ma tego płomyka z rudym blaskiem włosów.
Gdzie jest? Czy została ranna? Bo przecież nie mogła zginąć!
Stefa z grupką powstańców pod dowództwem Andrzeja Samsonowicza "Księcia" została
odcięta na Gęsiówce. Przeżyła okropne godziny ukryta w smrodliwej śmieciarce,
mękę pragnienia, głodu, pełzania w blasku pożarów. Towarzysze broni we
wspomnieniach żołnierzy batalionu "Zośka" mówią, jak bardzo imponowała im Stefa
idealnym opanowaniem i spokojem. Dotarli do Puszczy Kampinoskiej i mogli tam w
bezpiecznym azylu zostać, ale zdecydowali się wrócić do walczącej Warszawy.
Opowiadała mi siostra Stefy, Krystyna: – 2 września były imieniny ojca i Stefy.
Mieszkaliśmy w Śródmieściu, które było jeszcze strefą stosunkowo bezpieczną w
porównaniu z piekłem Starówki. Odezwał się dzwonek do drzwi. Stefa!!!
Przerażająco brudna, ranna, na buzi pieg obok piega. Matka błagała ją, żeby
została, że ranni nie muszą walczyć. Poszła.
Ostatnie dni na Czerniakowie. Wspomina Tadeusz Sumiński "Leszczyc", po wojnie
sumienny edytor "Pamiętników żołnierzy baonu "Zośka"": "Ostatnie walki na
Czerniakowie. Stefa jest spokojna i gdy wysyłają łączniczkę – zgłasza się
natychmiast. Niemcy strzelają od strony Wisły. Słyszę krzyk "Śwista". Na
podwórzu leży Stefa".
18 stycznia 1945 roku Staszek Sieradzki "Świst", kulejąc, wracał do Warszawy
przez zamarzniętą Wisłę. Odnalazł Stefę. Miała włosy sklejone śniegiem i jeszcze
widać było drobniutkie, rdzawe kropeczki – piegi.
Staszek napisał wiersz "Poległej łączniczce": "Rudy płomień włosów/ przylgnął
złotą nitką do kamienia/ i już tam pozostał/ Kto umie odczuwać sercem – słyszy
śmiech dziewczyny jak dzwonek leśny cichutki/ zaklęty w kamienną strofę/ Stefa".
Jedyną pamiątką, jaka ocalała po Stefie, jest karteczka zapisana jej ręką ze
słowami modlitwy żołnierzy polskich:
O Panie, któryś jest na niebie
Wyciągnij sprawiedliwą dłoń
Wołamy ze wszech stron do Ciebie
O polski dach i polską broń.
"Wesołe jak ptaszki"
Bo Dorota roześmiana ma dla wszystkich jasny wzrok
Przed Dorotą rozkochaną wiara daje równy krok!
Przed Dorotą, przed Dorotą
Baczność! I na prawo patrz!
A gdy skinie główką złotą,
w piekło, ogień za nią skacz!
Mówili mi towarzysze broni Dorotki Łempickiej z batalionu "Zośka", że ta
dziarska piosenka idealnie pasowała do osobowości tej promiennej sanitariuszki.
Gdy wybuchła wojna, Dorotka miała lat zaledwie 13. Była uczennicą słynnej szkoły
"dwóch Jadwig" – Jadwigi Kowalczykówny, zwanej Czarną, i Jadwigi Jawurkówny,
zwanej Białą. Były to niezwykłe nauczycielki. Uczennice wspominają, że szkoła ta
uczyła prawdy, męstwa, odpowiedzialności. Religii uczył tam sam ksiądz Jan
Mauersberger, naczelny kapelan Związku Harcerstwa Polskiego, a potem Szarych
Szeregów. Działało znakomicie harcerstwo. Dziewczęta wspominają, że była to
wielka przygoda i wspaniały duch Mickiewiczowskiego przesłania zawarty w słowach
zdobiących lilijki harcerskie: "Ojczyzna – Nauka – Cnota".
Sanitariuszka i łączniczka batalionu "Zośka" – Anna Swierczewska-Jakubowska,
pseudonim "Paulinka", była łaskawa na mą prośbę spisać swe wspomnienia o Dorotce
Łempickiej do mego cyklu "Wierna rzeka harcerstwa". "Paulinka" wspomina Dorotkę
jako piękną, wysoką dziewczynę, o złotych włosach, prostolinijną, inteligentną,
odważną, a jednocześnie pełną wrażliwości i dobroci. W domu Dorotki odbywały się
tajne lekcje. A jednocześnie dziewczęta przechodziły szkolenie sanitarne i kurs
obchodzenia się z bronią. Dorotka miała czuwać w Szpitalu Wolskim nad
umierającym bohaterem zamachu na kata Warszawy, Kutscherę – Bronkiem
Pietraszewiczem "Lotem". W czerwcu 1944 roku batalion "Zośka" wyruszył na
ćwiczenia leśne. Wspomina "Paulinka", że Dorotka mimo bardzo trudnych warunków
tych ćwiczeń zawsze była pełna wigoru i humoru. Dziewczęta ją podziwiały,
chłopcy się w niej kochali.
1 sierpnia Stanisława Kwaskowska "Pani Stasia", z sanitariatu Komendy Dywersji
Armii Krajowej, patrzyła na sanitariuszki "wesołe jak ptaszki, roześmiane, nucą
bojowe piosenki, poprawiają sobie loki, beztroskie". "Po południu – jak
relacjonuje "Pani Stasia" – przyniesiono pierwszą ranną. Już nie żyje. Patrzę –
Dorota…".
Druh Bogdan Deczkowski "Laudański" opowiadał mi, że Dorotka chciała udzielić
pomocy rannemu Niemcowi. Podbiegła do niego. I upadła. Dostała postrzał w
brzuch. Druh Aleksander Kamiński napisał: "Pierwszą krew w walce przelała
dziewczyna. Jest to znamienne w tej strasznej wojnie".
Zosia Krassowska, komendantka plutonu żeńskiego "Oleńka" batalionu "Zośka", była
malutka, krucha i drobna, dlatego przekornie dano jej pseudonim "Zosia Duża".
Marzyła o medycynie. Odpowiadała za przygotowanie zaplecza sanitarnego wielu
akcji, m.in. zamachu na Kutscherę. Anna Swierczewska-Jakubowska "Paulinka",
napisała o Zosi: "Praca pod jej kierunkiem wyrabiała obowiązkowość, dyscyplinę,
punktualność, która tak bardzo liczyła się w warunkach konspiracji. Miała
zdolności organizacyjne i predyspozycje do kierowania dużym zespołem ludzi i
wielką pasję prawdziwego lekarza. Taka była Zosia Duża – nasz przyjaciel,
opiekun, dowódca. Wierna do ostatnich chwil życia, kiedy została śmiertelnie
ranna, ratując życie postrzelonego kolegi". Stało się to 5 sierpnia, gdy
batalion "Zośka" zdobył karny obóz dla Żydów na Gęsiówce. Ciężko ranna Zosia
przeniesiona do szpitala była przytomna. Prosiła o księdza. Umarła 6 sierpnia.
Nie spoczywa na kwaterze "Zośki", tylko na Powązkowskim cmentarzu cywilnym.
Środowisko Żołnierzy Batalionu "Zośka" – bardzo zżyte i wspaniale działające,
organizowało przez wiele lat wzruszające uroczystości wręczania rodzinom
poległych Odznaki Honorowej Batalionu. Przychodzili przeważnie bracia i siostry,
czasem ostatnie żyjące matki. Tylko raz, w marcu roku 1985, pojawili się, by
odebrać odznakę, oboje rodzice. Stanęli, trzymając się za ręce – Irena i Jan
Zakrzewscy – rodzice "Hani Białej". Taki dano jej pseudonim, bo jej jasne włosy
były prawie białe. Opowiadała mi jej matka, że Hania była zawsze tak radosna i
promienna, jakby straszne lata wojny nie były w stanie zabrać jej blasków
młodości. I umiała tą radością dzielić się z innymi.
Opowiadał mi Staszek Sieradzki "Świst", że podczas walk na Woli "Hania Biała"
imponowała im, jak mówił – wielkim chłopom. – I była taka śliczna, miała włosy
jak słoneczną aureolę. Tadeusz Sumiński "Leszczyc" wspomina ostatni dzień na
Woli – 11 sierpnia: "Zaimponowała mi odwaga i poświęcenie Hani. Podbiegała do
każdego rannego, by go ratować".
Opowiadał mi "Świst": – Czołgałem się przez pole kartofli. Granatniki wyrzucały
fontanny ziemi. Przypadłem w bruździe. Patrzę – na rudziejącej już naci
kartoflanej coś błyszczy. Jak złoto. To rozsypane włosy Hani Białej".
Sanitariuszka Anna Zakrzewska miała 18 lat i 7 miesięcy, kiedy poległa.
Wiosną 1991 roku obchodziliśmy uroczyście stulecie urodzin pani Celestyny
Kasperskiej – matki "Zosi Żelaznej", łączniczki plutonu "Alek" kompanii "Rudy"
batalionu "Zośka". Przyszli złożyć życzenia żołnierze "Zośki": Bogna Chylińska,
Włodzimierz Steyer, Staszek Sieradzki, Bogdan Deczkowski. Chłopcy wspominali
Zosię. Mówił Bogdan Deczkowski "Laudański", że do obowiązków Zosi w Powstaniu
należało nie tylko przenoszenie meldunków i rozkazów, ale także przygotowanie i
zabezpieczenie jedzenia dla całego plutonu. – Pełniłem służbę w gruzach getta –
opowiadał Bogdan. – Co chwila słychać było świst kul i nagle spośród zwałów
gruzu ukazuje się Zosia. Niesie uważnie gorącą kawę i chleb. Była taka śliczna,
smukła i miała niezwykłe, przejrzyste, niebiesko-szare oczy. Wydawało się nam,
że jej pseudonim "Zosia Żelazna" pochodził nie od ulicy, na której mieszkała,
ale od prawdziwie żelaznej wytrwałości i odwagi. Przeszła z nami przez piekło
Starówki, doszła na Czerniaków. I znowu dbała o chłopaków z "Zośki". Czołgała
się do nas pod ostrzałem, żeby przynieść coś do jedzenia. Kiedy widziałem ją
ostatni raz – uśmiechnęła się i powiedziała: "Na obiad ugotujemy pyszną zupę
pomidorową z makaronem". Zginęła 9 września. Miała 19 lat.
"Cudowne jutro"
Gwiazdo przewodnia łączniczek
Opiekunko Sanitariuszek
Rannych leku ostatni
Zbawienie konających w Tobie
W ogniu płonących świątyń
Syna Twego
W gruzach umęczonej Stolicy
W salwach ostatnich barykad
Zwycięstwo pewne
– wyproś nam Pani!
– modliły się dziewczęta Litanią do Matki Bożej Powstańczej. Była wśród nich
Lidka Daniszewska zwana "Lili". Marzyła, że będzie lekarzem chirurgiem. Była
sanitariuszką plutonu "Felek" kompanii "Rudy" batalionu "Zośka" i studentką
tajnej medycyny. Przeszła szlak bojowy "Zośki" od Woli, poprzez Starówkę, na
Czerniaków. Kiedy 31 sierpnia podczas brawurowego przebicia się oddziału
"Andrzeja Morro" przez Śródmieście Andrzej dostał postrzał w twarz – natychmiast
była przy nim Lidka. Oczyściła ranę, założyła opatrunek – nie odstępowała
Andrzeja przez wszystkie godziny, kiedy ukrywali się w piwnicach, w duchocie i
pragnieniu. Siostra Lidki, Irena z Daniszewskich Froelichowa, udostępniła mi
cenne pamiątki, a wśród nich niezwykły dokument – relację przepisaną ręką matki
Marii Daniszewskiej z adnotacją: "Na pogrzebie Lidki 30 III 1946 roku młody
człowiek wręczył mi zeszyt z prośbą, żeby po przepisaniu oddać Pani Romockiej –
matce Andrzeja Morro". Przepisana relacja się zachowała. Nie znamy, niestety,
autora, ale pisze on tak, jakby cały czas towarzyszył Lidce. Z tej relacji
wynika, że postanowiła ona wrócić ze Śródmieścia kanałami na Starówkę, żeby
przeprowadzić i uratować tylu rannych, ilu zdoła. Niestety, kiedy dotarła do
włazu na Starówce – domów już nie było, szpitali nie było, kościoła
garnizonowego nie było. Znalazła tylko jednego rannego przy włazie. Był to
porucznik Kruk z batalionu Czwartaków. Przez siedem godzin prowadziła go z
powrotem do Śródmieścia. Pisze matka: "Lidka zginęła 16 września, na drugi dzień
po śmierci Andrzeja Morro. Padła od kuli w chwili, gdy niosła pożywienie swoim
głodnym, spragnionym kolegom". Miała 21 lat.
Podczas spotkania autorskiego w Klubie Samotnych "Pod Gruszą" podeszła do mnie
wsparta o dwie kule siwa pani. Pogodna i serdeczna. Wręczyła mi w prezencie, dla
moich harcerek, broszeczki w kształcie różyczek, które sama wykonała. – Moja
Krysia bardzo kochała te kwiaty i chciałabym, żeby dziewczęta z drużyny noszącej
jej imię dostały te broszeczki.
"Moja Krysia" – to Krystyna Niżyńska, najmłodsza, obok Lidki Markiewiczówny,
sanitariuszka batalionu "Zośka", urodzona we Lwowie 9 czerwca 1928 roku. Dzięki
przyjaźni z jej matką Heleną dane mi było poznać to krótkie i niezwykłe życie.
Dzieciństwo najpierw w mieście Orląt, potem w Grodnie – nad Niemnem. Harcerstwo.
Warty przy powstańczym grobie, pod Bohatyrowiczami opisanymi przez Elizę
Orzeszkową w eposie "Nad Niemnem". Okupacja w Warszawie. Ojciec – oficer, jest
członkiem Sztabu Obszaru Warszawskiego Armii Krajowej. Brat Andrzej działa w
Szarych Szeregach. Krysia uczy się w tajnym gimnazjum Sióstr Zmartwychwstanek na
Żoliborzu i jest harcerką 4. Warszawskiej Żeńskiej Drużyny Harcerskiej Szarych
Szeregów "Knieje". Jej zastępowa, Anna Raszewska, wspomina: "Ta bystra czarnulka
Krysia była nieustającym źródłem humoru, pogody i wesołości. Dzięki jej
zaraźliwej pasji do śpiewu byłyśmy najbardziej rozśpiewanym zastępem".
Maszerując, podśpiewując.
W duchu sobie mówimy – zimy już się nie boimy,
Płaszcze, czapki mamy, okupację
przetrwamy
Wroga wypędzimy, Polskę z bidy
wyzwolimy!
Wiosny doczekamy!
Krysia zdobywa sprawności samarytanki, opiekunki chorych, wkuwa anatomię. I jak
wspominają jej koleżanki z drużyny, "wszystko robi z niebywałym wdziękiem,
wesoło i pogodnie, z wiarą w zwycięstwo i mające nadejść Cudowne Jutro".
Opowiadała mi mama Krysi: – Wierzyła w to "cudowne jutro". Może będzie świetnym
architektem i zrealizuje marzenia Żeromskiego o szklanych domach? A może
zostanie wspaniałą śpiewaczką? A może jednak lekarzem? Tyle szans przecież
niesie "cudowne jutro".
W Powstaniu dostaje przydział do Śródmieścia w patrolu sanitarnym. Tam rodzi się
jej pseudonim. Po bombardowaniu zasypana pyłem i gruzem woła do sanitariuszek:
"Ratujcie tamte! Mnie nic nie jest – ja jestem tylko zakurzona".
I zostaje Krysią "Zakurzoną". Przyjmują Krysię do kompanii "Rudy" batalionu
"Zośka", z którą pójdzie na Czerniaków. Pani profesor Zofia Stefanowska-Treugutt,
sanitariuszka batalionu "Zośka", a po wojnie wybitny historyk literatury, w
swych wspomnieniach zamieszczonych w cennej edycji "Pamiętniki żołnierzy baonu
"Zośka"", pisze o tragicznych ostatnich dniach na Czerniakowie: "Jesteśmy
wszystkie bezsilne, załamane, wykończone. Wszystkie, oprócz Krysi Zakurzonej,
która w cudowny sposób rozmnaża opatrunki i umie jeszcze zdobyć się na
zainteresowanie się nieszczęściem nie swoim, lecz cudzym". Krysia pochyla się
nad każdym rannym. Niesie mu pociechę, pomoc, nadzieję.
23 września grupka dziewcząt z "Zośki" dostaje się do niewoli niemieckiej. Po
raz ostatni są widziane przy kościele św. Wojciecha na Woli. Kolega Krysi z
Żoliborza, który także dostał się do "Zośki" – Jerzy Muszyński – wspomina, że
widział, jak Krysię i dziewczęta wyprowadzał żandarm z kościoła. Krysia szła
ostatnia. Odwróciła się, gdy ją zawołał i uśmiechnęła się. Nikt więcej jej już
nie zobaczył.
Matki na próżno przekopywały ziemię cmentarną. Nie odnalazły prochów swych
córek. Ale Krysia przysłała swojej matulce jeszcze niezwykłe pożegnanie. Gdy
odgruzowywano piwnicę szkoły Sióstr Zmartwychwstanek, znaleziono zeszyt Krysi, a
w nim wypracowanie zatytułowane "Jedynie serce matki", w którym matka
przeczytała list swego utraconego dziecka: "Matka to jest coś najświętszego na
ziemi. Matka jest dla nas wszystkim – przyjacielem, nauczycielem, opiekunem,
wychowawcą. Tylko Ona tak dzieckiem pokieruje, by mu było dobrze, tylko Ona
potrafi dać dziecku pełnię prawdziwego szczęścia, i tylko Ona naprawdę i głęboko
kocha. Wszystko przeminie, każdy odejdzie, ale Matka zawsze zostanie i nigdy nie
przestanie kochać".
W dokumentach matki, które przekazał mi po jej śmierci brat Krysi – Andrzej
Niżyński, znalazłam "List harcerek do Krysi": "Byłaś zwykłą szesnastoletnią
dziewczyną. Pragnęłaś – jak wielu Twoich rówieśników – budować Polskę miłości.
Chciałaś pojednać wszystkich ludzi, a oni – zabili Cię! Poszłaś walczyć za Wolną
Ojczyznę – Matkę, a Matkę rodzoną zostawiłaś. Ona czeka na Ciebie, Krysiu.
Przecież też walczyła o Polskę. Wolną i Niepodległą! Wywalczyłyście ją obie!"
W sierpniu roku 2006 Rada Szpitala Ginekologiczno-Położniczego "Inflancka" w
Warszawie jednomyślną uchwałą postanowiła nadać swej placówce imię najmłodszej
sanitariuszki batalionu Armii Krajowej "Zośka" Krysi Niżyńskiej "Zakurzonej".
Wybór ten to hołd dla wszystkich dziewcząt – sanitariuszek Powstania. Brat
Krysi, Andrzej Niżyński, żołnierz Powstania ze zgrupowania AK "Żaglowiec",
nadesłał z Los Angeles list: "Najpiękniejsza jest idea Żywego Pomnika. Piękny
jest spiż, granit, marmur, ale czyż nie wspanialszy jest fakt, że na Inflanckiej
będzie stał Żywy Pomnik Sanitariuszek Powstania Warszawskiego. On stanie się
strażnicą ich pamięci. Bóg zapłać Wam i Miastu Warszawa za ten cudowny dar".
Na uroczystości nadania szpitalowi imienia Krysi 24 września 2006 – w rocznicę
dnia, kiedy po raz ostatni widziano ją żywą – na kominku harcerskim wystąpiła
Drużyna im. Krysi Niżyńskiej "Błyskawica" z Hufca Związku Harcerstwa Polskiego
Wola im. Obrońców Warszawy. Harcerki zacytowały wiersz "Harcerska noc 1944":
Spójrz druhno w niebo
Widzisz ten znak?
To nasza lilijka
Ma skrzydła jak ptak
Barbara Wachowicz
Za tydzień Barbara Wachowicz opowie o żołnierzach – harcerzach z batalionu
"Zośka": braciach Wuttke – "Czarnym Jasiu" i "Małym Tadziu", Wojtku Omyle,
braciach Milewskich – Tadeuszu i Kaziku, braciach Długoszowskich – Andrzeju i
Marku, Andrzeju Samsonowiczu ps. "Książę".
