Patrzę w przyszłość
Rozmowa z Arturem Nogą, reprezentantem Polski w biegu przez płotki
.
Nim porozmawiamy o tym, co czeka Pana latem, cofnijmy się do zimy i
sezonu halowego. Udanego?
– Udanego. Jestem z niego zadowolony, choć nie udało mi się pobić rekordu
życiowego, wynoszącego na 60 metrów 7,64 sekundy. Taki był mój cel, zbliżyłem
się do tego wyniku i wydawało mi się, że pobiegnę szybciej w finale halowych
mistrzostw świata w Stambule. Niestety, z różnych przyczyn – technicznych,
zmęczeniowych – tak się nie stało, lecz nie chcę narzekać. Było dobrze.
Wstaje Pan rano na trening i myślami podąża Pan już do Londynu?
– Bez przesady, ale faktycznie wszystkie treningi odbywam już z myślą o
igrzyskach. Na razie przebiegają one zgodnie z planem i oby tak dalej. W
Londynie chcę pobiec jak najszybciej, a czy tak będzie, to się dopiero
przekonamy.
Często wspomina Pan swój olimpijski debiut w Pekinie?
– Zdarza się, choć jest dla mnie już tylko historią. Staram się raczej patrzeć
do przodu, na to, co mnie czeka, a nie zastanawiać nad czasem minionym. Staram
się też wykonywać coraz cięższą pracę, z której mam nadzieję zbierać owoce.
Ale te wspomnienia pewnie są piękne: piąte miejsce, zewsząd pochwały,
wspaniałe perspektywy…
– To prawda. Byłem wtedy młodziutkim, 20-letnim biegaczem, u progu kariery, tak
naprawdę mało kto mnie kojarzył. Pekin rozbudził nadzieję, tyle że potem było
ciężej. Straciłem kilka sezonów, które mogły i powinny wyglądać lepiej,
aczkolwiek cały czas pocieszałem się, że swój najlepszy, optymalny okres
płotkarze osiągają w wieku 27-28 lat. Wierzę zatem, że moja skromna osoba
dostarczy jeszcze nieco radości i w Londynie, i w kolejnych sezonach.
Tej radości, od czasu poprzednich igrzysk, za dużo nie było.
– Niestety, borykałem się z problemami zdrowotnymi, częste kontuzje zahamowały
mój rozwój, praktycznie uniemożliwiając zaprezentowanie się z najlepszej strony.
Na szczęście w tym ciężkim okresie nie brakowało zawodów czy samych tylko
treningów, na których biegałem tak szybko, że budowałem swoją wiarę i
przekonanie, że nic nie jest stracone. To było dla mnie najważniejsze, bo choć
nie osiągałem wyników na miarę oczekiwań, to czułem, że jestem szybki.
Miał Pan przez ten czas chwile zwątpienia, rezygnacji?
– Odpowiem tak: łatwo nie było. Zdarzały się sytuacje, że dochodziłem do
wysokiej formy, już wydawało się, że będzie z górki, i znów zaczynało dziać się
coś niepokojącego z moim organizmem i musiałem przerywać treningi, odpuszczać. A
każda przerwa w pracy odbijała się na jej jakości i nie byłem w stanie szybko
biegać. Płotki są skomplikowaną konkurencją, w której liczą się detale. Chwil
rezygnacji może nie miałem, ale dla chłopaka z ambicjami, który czuje, że może
coś osiągnąć, takie historie bywały lekko przygniatające. Przebrnąłem jednak
przez ten okres.
Która z kontuzji była
najgroźniejsza?
– Nawet się nad tym nie zastanawiałem. Dla sportowca każdy uraz, nawet drobny,
jest dramatem, gdyż staje na drodze do realizacji celów i marzeń.
Po Pekinie zachwytów nad Pana osobą było mnóstwo. Niektórzy
przekonywali, że jest Pan przyszłym mistrzem olimpijskim, podkreślając wręcz
idealne predyspozycje fizyczno-ruchowe…
– Miło było słyszeć te słowa i proszę mi wierzyć – mobilizowały mnie do coraz
cięższej pracy. Zależało mi i zależy, by ustabilizować się na konkretnym
poziomie, by co tydzień, dwa tygodnie, na różnych mityngach i mistrzowskich
zawodach być w stanie jak równy rywalizować z najlepszymi.
To zostanie Pan tym mistrzem olimpijskim?
– Będę robił wszystko, by zdobyć jak nie złoto, to choćby olimpijski brąz. Mam
ambitne cele, ambitne marzenia i chcę je zrealizować. Oczywiście niczego nie
obiecam, bo w sporcie nie ma gwarancji. Jeśli tylko zdrowotnie wszystko zagra,
powinno być dobrze. Wierzę w to.
A gra?
– Tak, obecnie zdrowie wygląda naprawdę przyzwoicie. Zapobiegamy kontuzjom,
robimy trening funkcjonalny, ze szczególnym naciskiem na stabilizację miednicy,
która była najczęstszym powodem urazów. Długo nie byliśmy świadomi, skąd te
problemy się biorą, gdzie tkwi ich przyczyna. Dopiero gdy zrobiłem szczegółowe
badania, okazało się, że "winne" są ustawienie miednicy w połączeniu z
dysbalansem mięśniowym.
Wystarczyło zatem dopasować odpowiedni trening?
– W zasadzie tak. Siła mięśni mojej lewej strony nie była równa sile mięśni
strony prawej. Wynikało to z jednostronnej pracy, bo przecież nad płotkiem
pracujemy praktycznie tylko jedną stroną. Problemów z miednicą do końca zatem
nie dało się i nie da uniknąć, trzeba ją jednak utrzymywać w optymalnej pozycji.
Do tego doszła słabość mięśni głębokich. Byłem ogólnie dobrze rozbudowany, ale
wewnętrzne mięśnie miałem zbyt słabe, stąd kontuzje pojawiały się nieraz
znienacka.
W biegu przez płotki wszystkie mięśnie są narażone na ogromne przeciążenia.
Słyszałem kiedyś wypowiedź pewnego lekarza, który stwierdził, że na każdym
treningu płotkarskim wykonywanym na sto procent – a takowych jest zdecydowana
większość – dochodzi do mikrourazów. I od danego zawodnika zależy, czy zdoła się
zregenerować do kolejnych zajęć, czy też ten uraz się pogłębi i w dalszej
perspektywie uniemożliwi pracę.
Kończąc zatem ten temat: w specjalistycznym treningu płotkarskim nic nie
zmieniliśmy, jedynie obciążenia zwiększają się z roku na rok. Związane jest to z
moim wiekiem i doświadczeniem, jestem w stanie dźwigać więcej i szybciej biegać.
Doszedł tylko wspomniany trening funkcjonalny na wzmocnienie mięśni głębokich
stabilizujących miednicę. Staramy się poprawiać balans całego ciała. W każdą
wolną chwilę wplatamy te ćwiczenia i widać postępy. Czuję się wewnętrznie
mocniejszy.
Co decyduje o sukcesie w biegu na 110 m przez płotki?
– Wiele czynników. Niektórzy zawodnicy bazują na sile, inni na szybkości, każdy
przygotowuje się inaczej. Nie ma jednego wzorca. Pewne jest tylko, że wszystkie
składniki, czyli skoczność, gibkość, dynamika, siła i wytrzymałość, wpływają na
sukces. Mój trener Andrzej Radiuk powtarza, że płotki są jedną z nielicznych,
jeśli nie jedyną konkurencją, w której każdy z tych elementów przez cały rok
musi być utrzymywany na najwyższym poziomie. Kto zatem więcej wytrzyma na
treningu i więcej objętościowo wykona pracy, zbliży się do celu.
Co jest Pana najmocniejszą
stroną?
– Wytrzymałość. Jestem w stanie mocno rozpędzić się na drugiej części dystansu,
mniej więcej od czwartego płotka wszystko wygląda bardzo przyzwoicie. Rezerwy
mam jeszcze na dobiegu, choć tej zimy, na hali, było widać, że zrobiłem w tej
materii jakiś postęp. Nadal jednak szybkości osiąganej na dobiegu nie przekładam
między płotkiem pierwszym a trzecim w takim stopniu, w jakim powinienem. Przez
najbliższe miesiące będziemy zatem na tym się solidnie skupiać. Poza tym wciąż
mogę doskonalić technikę i siłę. Wiele osób długo zwracało uwagę na dysproporcje
w budowie mojej i rywali, szczególnie tych spoza Europy. Wynikały w dużej mierze
z takich a nie innych moich wrodzonych predyspozycji i budowy ciała. Nie byłem w
stanie dźwigać ciężarów nawet zbliżonych do nich, bo groziłoby to przedwczesnym
zakończeniem kariery. Musiałem być cierpliwy i stopniowo wchodzić na wyższy
poziom. Dziś, wydaje mi się, Europejczykom już nie ustępuję.
Zawsze wyróżniał się Pan też bardzo mocną psychiką.
– I mam nadzieję, że tak jest nadal. Presja związana z wielkimi zawodami
niejednemu mistrzowi stanęła na drodze. Chyba jeszcze nigdy nie "spaliłem się"
podczas rywalizacji, raczej cieszyłem się, że mogę walczyć z najlepszymi. To
mnie mobilizuje, by pokazać, że Polak też potrafi i jest w stanie pokonywać
tych, którzy uchodzą za niepokonanych. Głowa, odporność na stres to 30, 40
procent sukcesu.
Jaki wynik usatysfakcjonuje Pana w Londynie?
– Rekord życiowy. O konkretnym miejscu nie powiem (śmiech).
Dziękuję za rozmowę.
Piotr Skrobisz
