Parada faworytów

Decyzja pana premiera Donalda Tuska o rezygnacji z kandydowania w tegorocznych wyborach prezydenckich została ogłoszona tego samego dnia, w którym sejmowa komisja śledcza przesłuchiwała byłego ministra jego rządu Mirosława Drzewieckiego w sprawie afery hazardowej. Mimo to jednak tym razem wypada potraktować ją serio, a nie tylko w kategoriach propagandowej socjotechniki.

Już od pewnego czasu z samego jądra ciemności Platformy Obywatelskiej dochodziły sygnały, że Donald Tusk nie powinien kandydować. Wydaje się, że w pewnym momencie również on sam został o tym przekonany, bo wystąpił z inicjatywą zmiany Konstytucji idącej w kierunku pozbawienia prezydenta resztek konstytucyjnych uprawnień i odstąpienia od wyłaniania głowy państwa w głosowaniu powszechnym na rzecz wyboru przez Zgromadzenie Narodowe. Dzisiaj Donald Tusk uzasadnia swoją rezygnację koniecznością osobistego nadzorowania programu niezwykle ambitnych reform, którego jeszcze nie znamy, ale oczywiście może to być tylko pozór, mający ukryć krępujący fakt, że starsi i mądrzejsi, którzy w swoim czasie postawili właśnie na niego jako tymczasowego depozytariusza zewnętrznych znamion władzy, zwyczajnie zakazali mu kandydować. Jak mawiali starożytni Rzymianie: cuius est condere, eius est tolere, to znaczy, że ten, który ustanowił, może też znieść, ale w takim razie bardzo ciekawe, kogo też starsi i mądrzejsi upatrzyli sobie na swego faworyta w tych wyborach.

Kandydaturę swoją, jak wiemy, zgłosił już Andrzej Olechowski, ale najwyraźniej komuś była ona nie w smak, bo niezawisła prokuratura postanowiła doprowadzić do spóźnionego triumfu sprawiedliwości i przedstawiła popierającemu kandydaturę Olechowskiego Pawłowi Piskorskiemu zarzut posługiwania się przed 13 laty fałszywą umową sprzedaży antyków. Mimo tej wyraźnej aluzji Olechowski swojej kandydatury jednak nie wycofał, co oznacza, że i wśród starszych i mądrzejszych zdania są podzielone, prawdopodobnie w zależności od tego, którym państwom ościennym dali się oni wcześniej zwerbować. Wygląda więc na to, że Andrzej Olechowski pozostaje w łączności z inną frakcją starszych i mądrzejszych niż premier Tusk, i że tamtym nie podlega. Skoro jednak frakcja ta zakazała premieru Tusku kandydować, to według wszelkiego prawdopodobieństwa musi mieć faworyta co najmniej tak samo spolegliwego jak on albo nawet – o ile to w ogóle możliwe – jeszcze bardziej. Taka spolegliwość, jak nietrudno się domyślić, zależy od liczby i ciężaru gatunkowego tzw. haków, jakie starszym i mądrzejszym uda się zgromadzić na swego faworyta.

Kto zostanie tym faworytem w miejsce premiera Tuska? Na to pytanie można będzie odpowiedzieć w zależności od tego, czy PO będzie próbowała forsować zmianę Konstytucji w kierunku zapowiedzianym przez premiera, czy nie. Taka zmiana wymagałaby odpowiedniej większości, która teoretycznie możliwa jest do zgromadzenia pod warunkiem przyłączenia się do tej inicjatywy nie tylko koalicyjnego PSL, ale również SLD i grupek różnych dysydentów. Gdyby taka koalicja się objawiła, to faworytem mógłby – a właściwie nawet powinien – zostać Władysław Bartoszewski. Jak już wspominałem, trudno wyobrazić sobie prezent dla Naszej Złotej Pani Anieli i jej strategicznego partnera milszy od Władysława Bartoszewskiego na stanowisku bezsilnego prezydenta Polski, w której wzmocniony w konstytucyjne uprawnienia premier Tusk przeprowadzałby realizację pokojowego scenariusza rozbiorowego pod nadzorem właściwej grupy starszych i mądrzejszych. Jeśli jednak takiej większości premieru Tusku zgromadzić się nie uda, to wtedy faworytem może zostać równie, a może nawet jeszcze bardziej – o ile to w ogóle możliwe – spolegliwy marszałek Bronisław Komorowski. Jestem pewien, że kohabitacja z Komorowskim nie nastręczałaby ani premierowi Tuskowi, ani starszym i mądrzejszym, ani tym bardziej Naszej Złotej Pani Anieli i jej strategicznemu partnerowi – nawet najmniejszych zgryzot – o co przecież chodzi przede wszystkim. Wprawdzie sondaże wskazują, że „Polacy” najbardziej ufają panu Radosławowi Sikorskiemu, ale czy równie bezgranicznie ufają mu starsi i mądrzejsi pozostający w łączności z Naszą Złotą Panią Anielą? To już nie jest takie oczywiste, chociaż pan minister Sikorski starał się pokazać, że ani mu w głowie stawać komuś okoniem. Wreszcie – kto w takiej sytuacji zabroni starszym i mądrzejszym przypomnieć sobie, że „zgoda buduje”? Gdyby sobie o tym przypomnieli, to PO mogłaby poprzeć nawet kandydaturę Olechowskiego, nie mówiąc już o czającym się w mrokach Puszczy Białowieskiej Włodzimierzu Cimoszewiczu, ulubieńcu „wszystkich Polaków”, a zwłaszcza – jak to się kiedyś mówiło, „pełniących obowiązki”. Wprawdzie nie był on w sławnym „wywiadzie gospodarczym”, ale też sroce spod ogona nie wypadł, bo w kartotekach był zarejestrowany pod pseudonimem „Carex”, co może oznaczać symbol podwójnego namaszczenia na monarchiczny stolec, jako „car” i „rex”.

Z drugiej strony w niezależnych mediach pojawiają się ostatnio opinie, że „prawica”, cokolwiek ma to oznaczać, jest „lepszym” czy nawet „większym” przyjacielem Izraela. A wiadomo, że przyjaciel mego przyjaciela jest moim przyjacielem, więc Stany Zjednoczone, dla których bezwarunkowe popieranie Izraela jest niezmiennym priorytetem polityki zagranicznej, takiego „lepszego” czy „większego” przyjaciela też jakoś muszą zauważyć. Jeśli tedy – mimo deklaracji prezydenta Obamy z 17 września ub.r. – nie zrezygnowały tak do końca z aktywnej polityki w Europie, to jest szansa, że taki faworyt już wkrótce zacznie zdobywać uznanie nie tylko w oczach sondażowanych „Polaków”, ale również w tej części niezależnych mediów, które kontrolowane są przez starszych i mądrzejszych, pozostających w łączności ze Stanami Zjednoczonymi i ich najwierniejszym przyjacielem. Do czego będzie musiał zobowiązać się „lepszy” czy nawet „większy” przyjaciel Izraela w perspektywie realizacji scenariusza rozbiorowego, którego początek może przypaść już na tę kadencję – to zostanie nam objawione w odpowiednim czasie, kiedy już zrobimy to, co w tej sytuacji do nas należy, czyli – oddamy głosy.


Stanisław Michalkiewicz
drukuj