Państwo wobec rodziny

Ważnym krokiem na drodze dochodzenia do wypracowania polityki państwa wobec rodziny był ogłoszony 8 marca 2007 r. „Projekt polityki rodzinnej rządu Jarosława Kaczyńskiego”. Ten dokument powstawał w Ministerstwie Pracy i Polityki Społecznej wiele miesięcy i uzyskał aprobatę Ministerstwa Finansów.

„Projekt” nie jest jednak pierwszą po 1989 r. propozycją adresowaną do rodzin przez polski rząd. Chronologicznie rzecz ujmując, pierwszym kompleksowym opracowaniem dotyczącym polityki wobec rodziny był „Program polityki rodzinnej” przyjęty przez Radę Ministrów kierowaną przez Włodzimierza Cimoszewicza 10 czerwca 1997 roku. „Program” nie został poddany publicznej dyskusji ani nie doczekał się debaty w Sejmie II kadencji, gdyż został ogłoszony u schyłku kadencji. Rząd Jerzego Buzka, który doszedł do władzy dzięki bardzo mocno artykułowanym hasłom prorodzinnym, 3 listopada 1999 r. przyjął program polityki rodzinnej zatytułowany „Polityka prorodzinna państwa”. Program ten traktował politykę rodzinną jako podejmowanie działań tworzących odpowiednie warunki do funkcjonowania rodziny w ramach innych szczegółowych polityk mających wpływ na warunki życia rodziny. W stosunku do opracowania rządu Cimoszewicza został uzupełniony o trzy działania kierunkowe: zmiany struktury demograficznej rodzin, udzielanie pomocy polskim rodzinom poza granicami kraju oraz oddziaływanie mediów na rodzinę i budowanie pozytywnego wizerunku rodziny. W ten sposób spojrzenie na rodzinę zostało bardzo istotnie rozszerzone. Szczególny nacisk położono na procesy demograficzne, gdyż już wówczas była znana skala zagrożeń wynikających z zapaści demograficznej i starzenia się społeczeństwa.

Program rządu Buzka zawierał część opisową i harmonogram wdrożenia danego elementu polityki rodzinnej. W części I omówiono działania w wyodrębnionych jedenastu kierunkach polityki państwa wobec rodziny, zwracając szczególną uwagę na konieczność działań w zakresie: zmiany sytuacji demograficznej i struktury rodzin, poprawy kondycji finansowej rodzin, poprawy warunków mieszkaniowych, wychowania młodego pokolenia, poprawy zdrowotności rodziny, pomocy rodzinom z osobami niepełnosprawnymi, opieki nad dzieckiem, pomocy rodzinom zagrożonym dysfunkcjami, pomocy polskim rodzinom poza granicami kraju, kultury i mediów, ochrony prawnej rodziny.

Harmonogram realizacji założonych zadań został rozpisany w 5 rubrykach zatytułowanych: cele, działania, urząd odpowiedzialny za realizację i instytucje współrealizujące, termin i uwagi, finansowanie. Proponowano działania dla „każdej rodziny, zwłaszcza jednak dla rodzin wychowujących dzieci i wymagających wsparcia w wychowaniu i kształceniu młodego pokolenia”. Polityka prorodzinna związana jest z całością polityki społeczno-gospodarczej. Starano się uwzględnić wszystkie działania, które wpływają lub mogą mieć wpływ na funkcjonowanie rodziny. Za główne cele polityki państwa wobec rodziny uznano: pomoc rodzinom w uzyskaniu samodzielności finansowej, poprawę warunków mieszkaniowych ludności, przygotowanie dzieci i młodzieży do pełnienia funkcji rodzinnych i społecznych, zahamowanie istniejących negatywnych trendów w rozwoju ludnościowym kraju i poprawę sytuacji demograficznej.

Rządowi Buzka – między innymi ze względu na brak determinacji oraz większości dla tej sprawy w Sejmie – nie udało się zrealizować zmiany systemu podatkowego tak, aby uwzględniał liczbę osób pozostających na utrzymaniu podatnika. Został natomiast między innymi wydłużony urlop macierzyński z 16 do 26 tygodni, wprowadzono specjalne dodatki dla rodzin wielodzietnych. Przeprowadzono tak zwane małe uwłaszczenie mieszkaniami spółdzielczymi i zakładowymi oraz zostały wypłacone zaległe rekompensaty dla emerytów i rencistów.


Rząd w trosce o polskie rodziny


„Rząd w trosce o polskie rodziny. Projekt polityki rodzinnej rządu Jarosława Kaczyńskiego” jest zatem trzecim tego rodzaju dokumentem opracowanym po 1989 roku. Jest najmniej obszerny. Proponuje działania, które realizowane w latach 2007-2014 mają „kosztować” budżet państwa 17,5 mld złotych. To jest ciągle dramatycznie mało, zważywszy, że państwo polskie na bardzo szeroko liczone nakłady na politykę społeczną ukierunkowaną na rodzinę wydaje znacznie poniżej 1 proc. PKB, przy średniej dla Unii Europejskiej 2,3 procent.

Celem numer jeden „Projektu” jest przeciwdziałanie malejącej liczbie urodzeń. Polska ma najniższy w Unii Europejskiej współczynnik dzietności 1,22. Zaproponowane rozwiązania opierają się na teoretycznym założeniu, że rodziny nie decydują się na dzieci głównie z powodów ekonomicznych oraz trudności, jakie czekają kobiety na rynku pracy. Stąd program koncentruje się przede wszystkim na rozwiązaniach, które mają pozwolić kobiecie na łączenie roli zawodowej z rodzinną. Autorzy opracowania powołują się przy tym na badania CBOS, z których wynika, że dla 62 proc. respondentów główną przyczyną odraczania bądź rezygnacji z rodzicielstwa jest obawa kobiet przed utratą pracy.

Celem numer dwa „Projektu” jest poprawa jakości życia i kondycji polskich rodzin. Program przewiduje m.in. stopniowe – o dwa tygodnie co dwa lata – wydłużenie urlopów macierzyńskich, tak by w 2014 r. osiągnęły one poziom 26 tygodni (obecnie 18 tygodni). Rząd szacuje, że w 2007 r. wyda na ten cel 1,3 mld złotych. Warto przypomnieć, że 26-tygodniowy urlop macierzyński został już wprowadzony i obowiązywał za czasów rządów AWS, ale eseldowski rząd Millera zlikwidował to rozwiązanie, które ma być przywrócone dopiero w 2014 roku. Poza tym rząd Millera zwiększył stawkę VAT na towary dziecięce z 7 proc. do 22 proc. i w 2004 r. doprowadził do znowelizowania Ustawy o świadczeniach rodzinnych, w taki sposób, że opłacalne stały się rozwody, gdyż osoby samotnie wychowujące dzieci uzyskały przywileje, a pełne rodziny są dyskryminowane. Propozycje rządu Jarosława Kaczyńskiego nie zmieniają tej niesprawiedliwej zasady.

Planuje się też zmiany w systemie podatkowym od osób fizycznych polegające na uzależnieniu wysokości kwoty wolnej w PIT od liczby osób w rodzinie, zgodnie z zasadą, że im więcej osób na utrzymaniu podatnika, tym większa kwota wolna oraz zwiększenie ulgi podatkowej z tytułu wychowywania dzieci. Docelowo ma być 500 zł na każde dziecko w rodzinie. W 2007 r. będzie to kwota 200 zł na dziecko (a nie, jak wcześniej podawano – 120 zł), w 2009 r. – 300 zł, w 2011 r. – 400 zł i w 2013 r. – 500 złotych. A więc za sześć lat Polska osiągnie poziom 1,40 zł na dziecko dziennie w rodzinie! Trudno nie uznać, że jest to kwota czysto symboliczna i absolutnie nie zmienia faktu, że system podatkowy w Polsce jest antyrodzinny, dyskryminuje pełne rodziny, a faworyzuje rodziców samotnie wychowujących dziecko, którzy mogą wspólnie z nim rozliczać się z fiskusem.

Chodzi o sprawiedliwość, aby i pełne rodziny mogły się wspólnie z dzieckiem rozliczać z podatków. Proponowane przez rząd zmiany nie zmieniają zatem tego, co autorzy projektu sami przyznali, stwierdzając, że „państwo powinno zrezygnować z jednego z najbardziej restrykcyjnych na świecie systemu opodatkowania dochodów rodzin.(…)Po drugie – wyższe jest łączne obciążenie rodziny z tytułu podatku VAT (wydatki związane z utrzymaniem dziecka). System podatkowy, który nie uwzględnia ciężarów alimentacyjnych, narusza konstytucyjną zasadę równości wobec prawa i zasadę ochrony małżeństwa i rodziny. System taki musi też być oceniony jako niegodziwy, bo często prowadzi do opodatkowania dochodu koniecznego do godnego przeżycia dzieci podatnika” (Rząd w trosce o polskie rodziny. Projekt polityki rodzinnej rządu Jarosława Kaczyńskiego, 8.03.2007 r., s. 4 i 10).

Gdy projekt wspomina o kwocie wolnej od podatku pomnożonej przez liczbę osób w rodzinie, co jest sprawą podstawową dla funkcjonowania rodzin, bez której dalsze mówienie o polityce rodzinnej państwa wydaje się nadużywaniem tego pojęcia, w obliczeniach bierze się pod uwagę jedynie ulgę podatkową rozłożoną na 7 lat. A zatem projekt zakłada, że wychodzenie z sytuacji podatkowej dyskryminującej rodziny musi trwać jeszcze wiele lat. Jedyna nadzieja w tym, że jednak projekt zakłada wprowadzenie kwoty wolnej od podatku na każde dziecko natychmiast, natomiast widzi możliwość wprowadzania stopniowo, dodatkowo ulgi podatkowej. Polska osiągnęłaby – na co zwróciła uwagę Teresa Kapela z Zarządu Związku Dużych Rodzin 3 + – za siedem lat formę zasiłku na dziecko 10-krotnie mniejszego niż w Niemczech obecnie.


Praca, emerytury, mieszkania


Wśród propozycji jest też podniesienie w 2011 r. do kwoty przeciętnego wynagrodzenia podstawy naliczania składek emerytalnych i rentowych opłacanych przez budżet państwa za osoby pozostające na urlopach wychowawczych oraz zwolnienie pracodawcy ze składki na Fundusz Pracy za osoby (jedno z rodziców) wychowujące dzieci. Rząd chciałby też dodatkowego zabezpieczenia niepracującego małżonka (głównie kobiet) przez uznanie, że kapitał gromadzony na emeryturę jest majątkiem wspólnym małżonków. To rozwiązanie przypomina darowanie Niderlandów przez Zagłobę, gdyż powoduje jedynie, że pracujący współmałżonek będzie otrzymywał część potencjalnego świadczenia, a drugą część otrzyma pracujący w domu drugi współmałżonek. Zatem podział między męża i żonę nie ma żadnego wpływu na zwiększenie emerytur osób, które swój czas i energię poświęciły na kształtowanie kapitału ludzkiego, wychowując dzieci.

Rząd chce poprawy jakości opieki zdrowotnej dla dzieci i kobiet w ciąży. Poród rodzinny, szkoła rodzenia i znieczulenie zewnątrzoponowe przy porodzie powinny być bezpłatne.

W programie mówi się też o likwidacji dużych domów dziecka i zastąpienie ich rodzicielstwem zastępczym, bezpłatnych przedszkolach i wydłużeniu ich czasu pracy do godziny 18.00. Rząd proponuje też wprowadzenie nowej formy placówek opieki nad dziećmi – czegoś pomiędzy żłobkiem a przedszkolem dla dzieci od 18. miesiąca życia. Jedna z propozycji zakłada tworzenie zakładowych przedszkoli. Rząd nie zrezygnował z tzw. becikowego, ale chciałby uzależnić je od przedstawienia tzw. karty ciąży. Kartę taką ma każda kobieta, która regularnie w czasie ciąży chodzi do lekarza. Propozycja ta zmierza do tego, by zmotywować kobiety z pewnych środowisk, aby zadbały o siebie i dziecko. Studentki, które chciałyby zostać matkami, miałyby prawo do indywidualnego toku studiów i odpowiedniego miejsca w akademiku.

W programie jest mowa o elastycznych godzinach pracy kobiety po powrocie z urlopu macierzyńskiego czy wychowawczego, możliwości tzw. telepracy, czyli pracy w domu. Program przewiduje też zachęty dla firm zatrudniających rodziców wracających na etaty z urlopów macierzyńskich i wychowawczych. Rząd chce na trzy lata zwolnić ich z obowiązku opłacania składek na Fundusz Pracy. Ma to zmniejszyć liczbę zwolnień młodych rodziców i zmniejszyć ich obawy, że po okresie wychowania dziecka pracodawca będzie chciał się ich pozbyć po powrocie na etat. Takie rozwiązanie będzie kosztować do 2014 r. 3,8 mld złotych. Nie będzie to jednak koszt budżetu, ale osiągającego nadwyżkę FP. Przewiduje się, że z rozwiązania tego skorzysta w przyszłym roku około 200 tys. osób, a docelowo (od 2010 r.) 600 tysięcy. Rząd chce zadbać również o tworzenie pozytywnego klimatu wokół rodzicielstwa i proponuje m.in. miejsca parkingowe dla osób z małymi dziećmi, przewijaki i strefy do karmienia w miejscach publicznych, obowiązek przepuszczania kobiet w ciąży i z małymi dziećmi w kolejkach, środkach transportu. Realizacja programu wymaga uchwalenia kilkudziesięciu ustaw. Nad pierwszymi projektami rząd ma zacząć pracować od kwietnia 2007 roku.

Autorzy dokumentu już we wstępie podkreślają, że nie podejmują szeroko pojętej polityki społecznej czy społeczno-gospodarczej. Pomijają działania na rzecz zmniejszenia bezrobocia, a koncentrują się „na wskazaniu takich narzędzi, które ułatwią rodzicom – a w szczególności kobietom – godzenie obowiązków zawodowych z życiem prywatnym”. Podobnie nie wchodzi w zakres opracowania wskazywanie sposobów na zwiększenie dostępności mieszkań, choć „sytuacja mieszkaniowa ma oczywisty wpływ na świadome decyzje rodziców o posiadaniu dziecka” (Rząd w trosce o polskie rodziny. Projekt polityki rodzinnej rządu Jarosława Kaczyńskiego, 8.03.2007 r., s. 4). Warto przypomnieć, że w kampanii wyborczej jednym z kluczowych punktów programu Prawa i Sprawiedliwości była deklaracja budowy 3 mln mieszkań. Do dziś nie ma nawet koncepcji rządowej, jak dążyć do realizacji tego nośnego społecznie postulatu. A jednocześnie w dokumencie jest przytoczona informacja, że główną przyczyną odraczania bądź rezygnacji z rodzicielstwa dla aż 58 proc. respondentów badań CBOS są złe warunki mieszkaniowe młodych ludzi.


Ideologiczna inspiracja


Proponowane przez rząd Jarosława Kaczyńskiego działania na rzecz rodziny na pierwszy rzut oka wydają się atrakcyjne. Lecz ich wnikliwa analiza dobitnie wskazuje, że tak ujmowana tak zwana polityka rodzinna jest wyraźnie inspirowana ideologicznie. W swojej konstrukcji nie opiera się – niestety – na nowoczesnych rozwiązaniach, które dają kobiecie prawo wyboru: czy chce się realizować, łącząc obowiązki zawodowe z wychowaniem dzieci, czy też chce się całkowicie skoncentrować na pracy w domu i wychowaniu dzieci, a ona i jej rodzina nie jest z tego tytułu – jak obecnie – karana przez system emerytalny i dyskryminowana ekonomicznie, społecznie i prawnie.

W dokumencie rządowym proponowane rozwiązania są podporządkowane przede wszystkim wytycznym Komisji Europejskiej i temu, aby jeszcze więcej kobiet podejmowało pracę zawodową. Autorzy podkreślają główną przesłankę swoich propozycji, pisząc, że „w Polsce w 2005 roku pracowało 46,8 proc. kobiet (średnia UE wynosiła 56,3 proc.), podczas gdy celem Strategii Lizbońskiej jest podniesienie liczby kobiet pracujących do 60 proc. w roku 2010” (tamże, s. 7). Sztafaż „prorodzinny” – zresztą w swoich rozwiązaniach praktycznych bardzo symboliczny, jak na przykład sprawa podatku realnie uwzględniającego liczbę osób pozostających na utrzymaniu podatnika – jest niejako uzupełnieniem i tłem filozofii myślenia opartej na zideologizowanym gender mainstreaming.

Według encyklopedycznych definicji „gender” to termin pierwotnie zamienny z „sex” (dosł. płeć), obecnie często wykorzystywany do określenia płci kulturowej i społecznej (w odróżnieniu od płci biologicznej, którą obecnie często określa się po angielsku właśnie jako sex). Gender przypomina w Polsce ideę równouprawnienia płci z czasów realnego socjalizmu. W obecnej, zmodyfikowanej, inspirowanej feminizmem i polityczną poprawnością, wersji oznacza sposób pojmowania, postrzegania i przypisywania pewnych cech i zachowań kobiecie i mężczyźnie przez społeczeństwo i kulturę. Gender mainstreaming to systematyczne włączanie problematyki równości płci do wszystkich strategii i działań politycznych na etapie planowania, wdrażania, monitorowania i ewaluacji oraz formułowania ogólnej polityki pod tym kątem i wykorzystywanie w tym celu specjalnych środków. Wyrażają to hasła w rodzaju, że w parlamentach ma zasiadać połowa mężczyzn i połowa kobiet. Podobnie w urzędach administracji publicznej, wszystkie proponowane zmiany prawne, programy i decyzje podejmowane w ramach Unii Europejskiej powinny być poddane ocenie pod względem zapewnienia równych szans obu płciom.

Odwołująca się do feminizmu i politycznej poprawności polityka równouprawnienia stanowi podstawę działań Unii Europejskiej. Koordynuje ją Komisariat ds. Zatrudnienia, Spraw Społecznych oraz Równych Szans, na czele którego stoi Vladimir Spidla. Ta polityka, jako jedna z wytycznych Unii Europejskiej, obowiązuje również w Polsce. Angielskie określenie ukształtowało się w 1995 r. na czwartej konferencji Narodów Zjednoczonych w Pekinie. Jego istota sprowadza się do budowy „społeczeństwa otwartego”, którego zwolennicy metodami politycznymi, ideologicznymi i administracyjnymi dążą do obalenia dotychczasowego porządku i działają na rzecz zmiany ukształtowanych społecznie, kulturowo oraz socjalnie ról związanych z płcią. Pojęcie „gender mainstreaming” zostało spopularyzowane w 1997 r., po tym jak w Amsterdamie uznano je za jeden z oficjalnych celów polityki Unii Europejskiej. Komisja Europejska stworzyła już dyrektywy dotyczące nie tylko równego dostępu kobiet i mężczyzn do rynku pracy, dóbr i usług czy zrównoważonego uczestnictwa kobiet i mężczyzn w życiu społecznym, ale również walki z dyskryminacją ze względu na orientację seksualną. Państwa, które nie przyjmą tych dyrektyw do swojego prawodawstwa, będą karane przez Komisję Europejską. To w wyniku gender mainstreaming wielu mężczyzn pracujących w sektorze publicznym w Wielkiej Brytanii czeka obniżka pensji nawet o 40 proc., po to, by zrównać płace kobiet i mężczyzn. Zmiany w płacach, tak, by wyrównać zarobki mężczyzn i kobiet, są wynikiem brytyjskich i europejskich przepisów, a także efektem negocjacji między władzami lokalnymi a związkami zawodowymi (Dominika Pszczółkowska, Nadszedł dzień zapłaty, „Gazeta Wyborcza”, 13.03.2007 r.).

Trudno nie zauważyć, że polityka rodzinna rządu jest odpowiedzią na unijny projekt „Kobieta – rodzina – praca”. Celem, któremu podporządkowano sposób myślenia autorów projektu, jest praktyczna realizacja administracyjnego zrównania kobiet i mężczyzn na rynku pracy oraz stymulowanie zatrudnienia kobiet. „Najbliższe lata – czytamy w dokumencie – trzeba wykorzystać do jak największej mobilizacji zasobów ludzkich tak, aby rynek pracy mógł udźwignąć wyzwania starzejącego się społeczeństwa” (tamże, s. 6). Dlatego polityka rodzinna rządu Jarosława Kaczyńskiego w znacznie mniejszym stopniu odpowiada na potrzebę wzmacniania rodzin, poprawy ich bytu, konieczności sprawiedliwego podzielenia zobowiązań wobec państwa między osobami posiadającymi i nieposiadającymi dzieci.


Hodowanie dzieci


Istotny wątek dokumentu dotyczy rozwiązań, które mają „ułatwić” matkom całodzienną pracę zawodową poza domem. Stąd propozycja przedłużenia godzin pracy przedszkoli, które mają być bezpłatne i czynne od godziny 6.00 do 18.00 przez 12 miesięcy w roku. Stąd propozycja, aby drastycznie zwiększyć liczbę żłobków i skreślić je z listy zakładów opieki zdrowotnej (chodzi o złagodzenie obecnych dość wysokich wymogów formalnych) i przenieść je do ministerstwa pracy jako zakłady opiekuńczo-wychowawcze.

Alternatywnie proponowane jest wprowadzenie dodatkowej kategorii jednostek oświatowych, aby umożliwić przyjmowanie do jednostek edukacyjnych dzieci po ukończeniu 18 lub 24 miesięcy. W szkołach podstawowych ma być ustawowo zapewniona całoroczna opieka pedagogiczna w godzinach 6.00-18.00. W ten sposób – w innym opakowaniu, ale tym samym socjalistycznym wzorem – państwo de facto przejmuje opiekę i wychowanie dziecka, i to od kilkumiesięcznego niemowlęcia. A przecież dziecko, zwłaszcza w pierwszej fazie rozwoju, powinno jak najwięcej czasu spędzać z matką, tylko wtedy następuje jego prawidłowy rozwój psychofizyczny. Proponowany system nie daje możliwości wyboru rodzicom, w jaki sposób będą się opiekowali swoim potomstwem, a trud kształtowania nowego człowieka został sprowadzony do uprzemysłowionej hodowli ludzi, co w przyszłości zaowocuje negatywnymi skutkami gorszymi od peerelowskiego stereotypu „dziecka z kluczem u szyi”.

Autorzy dokumentu twierdzą, że wprowadzenie tego systemu, który spowoduje wzrost przynajmniej o 50 proc. wydatków na same wynagrodzenia dla pracowników żłobków, przedszkoli i szkół, nie wiąże się z kosztami, gdyż są to zadania własne gminy i jest to „jedynie kwestia operatywności gminy”. Z tego wynika, że szkoły nie dostaną zwiększonej subwencji oświatowej z budżetu centralnego. Mamy kolejny przykład, w jaki sposób są traktowane samorządy, na które przerzuca się coraz większe zadania z administracji rządowej, a w ślad za nimi nie idą środki finansowe.

Oczywiście są gminy bogatsze (duże miasta) i zaradniejsze, ale większość gmin z przyczyn obiektywnych na co dzień boryka się z ogromnymi trudnościami budżetowymi. Dodanie im nowych kosztownych zadań bez środków finansowych na ich realizację spowoduje, że w środowisku samorządowców coraz bardziej zwiększy się nacisk na podwyższanie podatków lokalnych i żądanie wprowadzenia w Polsce podatku katastralnego (np. 1 proc. rocznie od wartości nieruchomości), co spowoduje załamanie finansów bardzo wielu polskich rodzin. Błędne koło. Poza tym należy pamiętać, że jedno miejsce dla jednego dziecka w przedszkolu lub żłobku kosztuje gminę (czyli wszystkich jej mieszkańców płacących podatki) od 900 do 1500 zł miesięcznie, nie licząc comiesięcznej opłaty wnoszonej przez rodziców. Większość kobiet pracujących zawodowo tyle zarabia miesięcznie, co najlepiej pokazuje absurd ekonomiczny całej tej koncepcji. Taniej byłoby gminom wypłacać mamom wychowującym dzieci w domu comiesięczne świadczenie w wysokości najniższej pensji.


Między teorią a praktyką


Dokument rządowy wyrasta z przekonania, że można zjeść ciastko i mieć ciastko. Jego założeniem jest, że można zwiększyć liczbę urodzeń w Polsce i jednocześnie zwiększyć aktywność zawodową kobiet. Trudno go nazwać polityką rodzinną, gdyż jego celem nie jest poprawa jakości życia i kondycji polskich rodzin, a nakłonienie „błyskotkami” kobiety do rodzenia dzieci i zapędzenie jej do pracy. Teoretycznie jest pronatalistyczny, ale jednocześnie praktycznie antyrodzinny. Daje pewne szanse realizacji zawodowej i społecznej kobiet, ale dyskryminuje zaangażowanie kobiety w wymiarze macierzyńskim i wychowawczym jej dzieci. Projekt – na co zwróciła uwagę Joanna Krupska, prezes Związku Dużych Rodzin 3 + – nie bierze pod uwagę, że oczekiwania Polaków w tej dziedzinie różnią się od oczekiwań obywateli starej Unii. Według badań Europejskiej Fundacji Poprawy Warunków Życia i Pracy (Fundacja Dublińska) z roku 2004, o ile dla obywateli starej Unii najważniejsze jest uelastycznienie rozwiązań regulacyjnych tak, żeby łatwiej było godzić obowiązki zawodowe i rodzinne, o tyle w nowych państwach członkowskich (w tym w Polsce) najbardziej pożądane prorodzinne działania władz to: ulgi podatkowe, zasiłki na dzieci, walka z bezrobociem, ulżenie w kosztach edukacji. W państwach starej Unii od lat prowadzi się politykę prorodzinną, są znaczne kwoty wolne od podatku, rozbudowane świadczenia na każde dziecko. Projekt zakłada przeskoczenie pewnego etapu, który Europa ma już za sobą (Rodziny wielodzietne są dyskryminowane, wywiad z Joanną Krupską, Biuletyn KAI, 20.03.2007 r.).

Projekt oparty jest na założeniach skrajnie etatystycznych, które same w sobie są drogie, nieefektywne i kierują pomoc ślepo, bez właściwego rozpoznania potrzeb. Zamiast zostawić rodzinom jak najwięcej zarobionych przez nie pieniędzy, to najpierw karze się je podatkowo, zabiera pieniądze i wrzuca do budżetowego wora, a następnie selektywnie, według przyjętych arbitralnie przez państwo pryncypiów, rozdziela się ewentualnie tylko część zabranych środków, bo prawie połowę pochłania biurokracja i koszty obsługi. Tę filozofię wywodzącą się z przekonania, że państwo lepiej wie od samych zainteresowanych, na co rodzina ma przeznaczać wypracowane przez siebie środki, zapisano we wstępie do „Projektu polityki rodzinnej rządu Jarosława Kaczyńskiego”. Czytamy w nim, że „zapadła decyzja o rekomendowaniu rozwiązań zabezpieczających przede wszystkim możliwie szeroki dostęp do „usług publicznych” wspierających proces wychowania dzieci, takich jak darmowe żłobki, przedszkola, oferta pozalekcyjna szkół podstawowych, żywienie dzieci, itp.” (Projekt polityki…, s. 4). Najlepszym przykładem są upokarzające zmiany dotyczące becikowego, które ma być rozliczane w sposób wysoce zbiurokratyzowany i ma mieć charakter rzeczowy. Absurd przenoszący nas w czasy PRL. Kanwą przewodnią dokumentu jest brak zaufania do polskich rodzin i proponowanie im usług socjalnych całkowicie kontrolowanych przez państwo.

Zaletą projektu rządowego jest to, że w ogóle został stworzony. Jest to dokument wstępny, do którego jednak można się już odnieść, gdyż są w nim proponowane kierunkowe rozwiązania. By jednak wdrożyć politykę rodzinną, najistotniejsze będą projekty ustaw, które zawierać będą konkretne szczegóły. Na razie ich nie ma, ale mają być. Potrzebne jest także odrębne ministerstwo koordynujące w skali państwa problemy rodziny. Z dotychczasowych dokumentów przedstawianych przez rząd (Informacja o sytuacji polskich rodzin i projekt polityki rodzinnej) wyraźnie widać, że powstawały one na zasadzie, że innym resortom zadawano pytania o materiały na temat rodziny i z tego, co przysyłano, tworzono w Ministerstwie Pracy i Polityki Społecznej kompilację. Brak jest ośrodka koordynującego, który wymuszałby na ociężałych i zbiurokratyzowanych strukturach państwa konkretne działania dla polskich rodzin.

Polityka rodzinna wymaga całościowej koncepcji. To wsparcie, które proponuje rząd, jest za małe, by stymulować przyrost naturalny w Polsce i polepszać byt polskich rodzin. Zachęty powinny być większe. Całość rozwiązań finansowych jest niezwykle skromna, a proponowane działania są niewspółmierne do skali potrzeb. Koncepcja polityki rodzinnej musi być bardziej odważna, głębsza, i na to pieniądze muszą się znaleźć. Planowana na wiele lat rozciągłość realizacji programu w czasie bynajmniej nie spełni oczekiwanego celu, bo nadal decyzja o urodzeniu dziecka będzie odkładana w czasie. Propozycje rządowe nie zmniejszają też naszego dystansu względem innych państw europejskich.

Jan Maria Jackowski

Trudno nie zauważyć, że polityka rodzinna

rządu jest odpowiedzią na unijny projekt „Kobieta – rodzina – praca”.

Celem, któremu podporządkowano sposób

myślenia autorów projektu, jest praktyczna

realizacja administracyjnego zrównania kobiet

i mężczyzn na rynku pracy oraz stymulowanie

zatrudnienia kobiet.

Kanwą przewodnią

dokumentu jest brak

zaufania do polskich

rodzin i proponowanie

im usług socjalnych całkowicie kontrolowanych przez państwo.


drukuj