Panika obozu rządowego

Z prof. Zdzisławem Krasnodębskim, socjologiem, rozmawia Maciej Walaszczyk

Jan Libicki, swego czasu poseł PiS, dawniej ZChN, dziś działacz PJN,
zapowiedział zmianę ustawy o KRRiT, która ma de facto zmienić status Radia
Maryja jako nadawcy społecznego. Jak Pan to skomentuje?

– Inicjatywa pana Libickiego świadczy o tym, jak ludzie potrafią instrumentalnie
traktować swoje poglądy. Dotyczy to szczególnie polityków PJN, którzy dziś
potrafią ostro atakować wyłącznie PiS, czym przede wszystkim dyskredytują
wyłącznie siebie. Rozumiem, że jego intencją jest troska o zapewnienie na
antenie Radia Maryja równowagi poglądów w polskiej przestrzeni publicznej. Ta
równowaga w Polsce jest zasadniczo wielkim problemem, tylko że polega ona na
tym, iż większość mediów reprezentuje zupełnie jedną i tę samą opcję. Jest to
tzw. grupa mediów zaprzyjaźnionych z rządem, jak to ujął podczas inauguracji
kampanii Bronisława Komorowskiego Andrzej Wajda, która nie spełnia swojego
podstawowego zadania, a więc kontroli władzy. Można powiedzieć, że one nie są
już mediami, lecz aktorami politycznymi. Dotyczy to również telewizji
publicznej, która poprzez swoje upolitycznienie nie spełnia swojej ustawowej
roli. Poza nimi jest oczywiście niewielka grupa mediów właśnie takich jak Radio
Maryja, "Nasz Dziennik", "Gazeta Polska", kilka portali internetowych i po
części gazeta "Rzeczpospolita", w których swoje opinie mogą wyrażać ludzie
najczęściej związani z największą partią opozycyjną w Polsce, a więc z PiS. A
także osoby o poglądach bardziej konserwatywnych i narodowych. Reprezentują oni
około połowy politycznie świadomych Polaków. Co ciekawe, grupa ta jest
pozbawiona możliwości wygłaszania swoich opinii.

Pozbawienie połowy społeczeństwa aktywnego społecznie i obywatelsko
możliwości głoszenia opinii to smutna diagnoza, która pokazuje znaczenie takiej
instytucji jak Radio Maryja. A z drugiej strony fatalnie świadczy o możliwości
prowadzenia normalnej debaty publicznej.

– To jest sytuacja nienormalna. Nie są to równorzędne siły, bo z jednej strony
mamy obóz władzy, elity, a z drugiej wypchnięty ze sfery publicznej ruch
obywatelski skupiony wokół największej partii opozycyjnej. To poważny problem,
bo zapewnienie pluralizmu opinii i równowagi polegać powinno na możliwości
rozwoju mediów reprezentujących tę właśnie wykluczoną część opinii publicznej.
Tymczasem obserwujemy oto taką sytuację, jak np. w programie pani Moniki Olejnik
w Radiu Zet, gdzie sześć, siedem osób rzuca się na jednego przedstawiciela
partii opozycyjnej, prowadząca na to nie reaguje – przeciwnie, uważa, że jest to
w porządku, albo tak jak w programie pana Tomasza Lisa, gdzie najczęściej
obowiązują tego typu proporcje i podobne sytuacje aranżowane przez prowadzącego.

Brak równowagi to jednak problem rynku medialnego, który zdominowali od
samego początku przedstawiciele jednego nurtu politycznego

– Wszędzie na świecie jest tak, że równowaga opinii na rynku medialnym rozkłada
się mniej więcej po równo. I tam nikt nie oczekuje, by bliska amerykańskim
Republikanom stacja telewizyjna Fox News miała obowiązek zapraszania do
wszystkich swoich programów ludzi, z których poglądami się nie zgadza. A jeśli
już zapraszani są np. zwolennicy aborcji, to żaden prawodawca ich do tego nie
zobowiązuje. Jest to ich swobodny wybór. Dlatego tak ważna jest kwestia
zapewnienia choćby minimalnej równowagi na rynku.

Inicjatywa posła Jana F. Libickiego pojawiła się dokładnie teraz, po
pierwszej rocznicy katastrofy smoleńskiej, gdy Radio Maryja bardzo często
przekazuje opinie niewygodne i kompromitujące dla rządu. On sam zresztą również
podkreślał, że to zaangażowanie jest złe.

– Ugrupowanie, które reprezentuje pan Libicki, w oficjalnych sondażach ma około
1 proc. poparcia i przyszłość ludzi związanych z PJN zależy tylko i wyłącznie od
tego, czy obóz rządzący ich przygarnie, czy nie. To pewnie zwyczajna próba
wkupienia się w ich łaski. Jeśli jednak poseł Libicki się o to martwi, to proszę
bardzo, jest pole do popisu. Ostatnio w telewizji publicznej, ale i w prywatnych
mediach mieliśmy całą serię zwolnień dziennikarzy, którzy okazali się niewygodni
dla władzy. Dwa miesiące temu zniknął z anteny program Jana Pospieszalskiego,
który był ostatnim tego rodzaju programem w telewizji publicznej, i
oczekiwałbym, by PJN zajmował się tego rodzaju problemami. Po drugie, niech się
może zastanowi, w jaki sposób można zrównoważyć polski rynek medialny, by
dopuścić nadawców, którzy swobodnie mogliby głosić inne poglądy niż te, które
lansują w TVN, TVN 24, Polsacie, "Gazecie Wyborczej", "Polityce", "Wprost",
"Tygodniku Powszechnym". Długo można by wyliczać.

PJN dużo zawdzięcza ciągłej reklamie w TVN 24. Czy Pan Profesor jest gościem
tych stacji?

– Właściwie to nie jestem zapraszany. Kiedyś zdarzało się to bardzo często.
Ostatni raz w telewizji publicznej byłem rozmówcą ostatniego programu "Warto
rozmawiać". Zresztą nad tym, że nie uczestniczę w tych programach, niespecjalnie
ubolewam, bo nie ma w nich gwarancji swobodnej dyskusji. Wolę prezentować swoje
opinie w artykułach, ale również tutaj możliwości w ostatnim czasie mocno się
ograniczyły.

A więc może być gorzej?
– Kilka miesięcy temu mówiłem, że pojawią się głosy nawołujące do delegalizacji
PiS, podjęcia energicznych działań wobec jakichś zagrożeń itp. Myślę, że głos
pana Libickiego mający na celu ograniczenie Radiu Maryja swobodnego działania
wpisuje się w ten trend i nie jest to głos poszerzający ograniczoną strefę
wolności, ale jej zagrażający. A bierze się to z narastającej paniki obozu
rządzącego, który wie, że spoczywa na nim ogromna część odpowiedzialności za
katastrofę i prowadzone śledztwo. Być może dojdziemy do sytuacji, gdy mówienie o
tym, że Katyń to ludobójstwo, będą groziły sankcje podobne do tych, jak za
czasów PRL.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj