Pakt zawodzi, niech rozstrzygną wybory

Pakt zawodzi, niech rozstrzygną wybory
Nasz Dziennik, 20.03.2006

PiS zapowiada złożenie wniosku o samorozwiązanie Sejmu. PO go nie poprze.

Wybory mogłyby się odbyć przed wizytą Benedykta XVI

Jarosław Kaczyński twierdzi, że pakt stabilizacyjny zawodzi i czas na nowe
wybory. Wniosku o samorozwiązanie Sejmu jeszcze nie ma, ale to kwestia dni.
Ma zostać złożony na rozpoczynającym się pojutrze posiedzeniu Sejmu. Roman
Giertych mówi, że będzie to złamanie umowy zawartej z LPR i Samoobroną przez
Prawo i Sprawiedliwość. Tak jak i Andrzej Lepper jest zdania, że przyspieszone
wybory mogą się odbyć najwcześniej na jesieni. PSL ma podobne zdanie. SLD nie
mówi "nie". A Platforma Obywatelska? Wczoraj na konferencji prasowej w Sopocie
Donald Tusk zapowiedział, że PO nie poprze wniosku o samorozwiązanie parlamentu.
Jeśli wniosek nie przejdzie, PiS zapowiada opracowanie wariantu na cztery lata,
co oznacza stworzenie większościowej koalicji rządowej.

Ewentualny wniosek o samorozwiązanie Sejmu to twardy orzech do zgryzienia
dla parlamentarnych koalicjantów Prawa i Sprawiedliwości: LPR i Samoobrony.
Ich znaczenie osłabło z chwilą zawarcia paktu stabilizacyjnego. Brak w tym
układzie sił PSL niemal zupełnie pogrążył tę partię. Trudno w przypadku ludowców
liczyć na cud w postaci przekroczenia progu wyborczego, skoro ledwo co przeszli
go w poprzednich wyborach, zanim jeszcze doszło do poważnego rozłamu. Samoobrona
tak bardzo starała się pokazać, i de facto wciąż to robi, że ma "zdolność koalicyjną",
iż zupełnie stonowała swoją ostrą retorykę, której zawdzięcza przecież ostatnie
sukcesy wyborcze. Poważnie traci szanse na obronę trzeciej pozycji w rankingu
wyborczym. Nawet jej popisowe hasło "Balcerowicz musi odejść" bardziej się
dziś kojarzy z retoryką PiS, sprzeciwiającego się fuzji BPH i Pekao SA. Liga
Polskich Rodzin od samego początku istnienia paktu szukała drogi do tego, by
odróżniać się od partii Jarosława Kaczyńskiego za wszelką cenę. Stąd wynikała
krytyka rządu. Wydaje się, że – biorąc pod uwagę ewentualne wybory w maju –
program pod hasłem "zero radykalizmu" może zamienić się w "zero posłów".
Jednym słowem – partie, które w ubiegłorocznych wyborach uzyskały mniej niż
100 mandatów,
mają małe szanse na dostanie się do parlamentu w przypadku wyborów przedterminowych.

Szef SLD Wojciech Olejniczak zaciera ręce na myśl o wcześniejszych wyborach.
To on scala lewicę, z nadania Aleksandra Kwaśniewskiego. I to, że dziś na
jednej konferencji prasowej może zasiąść ramię w ramię Marek Borowski, Aleksander
Kwaśniewski, Wojciech Olejniczak czy Ryszard Bugaj, zapewnia koalicji budowanej
na gruzach SLD Leszka Millera i Andrzeja Pęczaka premię w postaci solidnego
poparcia w wyborach. Dziś trudno mieć wątpliwości, że to właśnie lista SLD
będzie trzecią siłą w przyszłym parlamencie. O ile oczywiście wybory nastąpią
na tyle szybko, by "starzy-nowi towarzysze" nie pokłócili się – o program,
ludzi, pieniądze. A to, czy SLD dostanie taką szansę, rozstrzygnie postawa
Platformy Obywatelskiej. Z 460 posłów, 113 (LPR, Samoobrona i PSL), a raczej
118 (wątpliwe, by którykolwiek z pięciu posłów niezrzeszonych chciał rozwiązania
parlamentu) powiedziało już Kaczyńskiemu "nie". Nie spełni się więc przypuszczenie
premiera Kazimierza Marcinkiewicza, by wszystkie partie poparły wniosek o
samorozwiązanie Sejmu, bo to "bardzo uczciwa i dobra propozycja". Zostaje
342 posłów potencjalnie głosujących na tak. PiS i SLD mają 211 głosów. Wniosek
jest prosty: bez Platformy Obywatelskiej nie ma szans na uzyskanie wymaganych
dwóch trzecich głosów poselskich. Wniosek o samorozwiązanie Sejmu musi poprzeć
przynajmniej 307 posłów.
Wczoraj prezes PSL Waldemar Pawlak zapewnił, że możliwa jest przebudowa obecnego
układu parlamentarnego, czyli paktu PiS, Samoobrony i LPR w regularną koalicję
rządową. Pawlak zaznaczył, że PSL byłoby zainteresowane wejściem do takiej
koalicji. Powiedział też, że zaproponował już liderom partii spotkanie, na
którym mają ustalić najlepszy scenariusz w obecnej sytuacji.
Gotowość do budowy koalicji rządowej zgłosiła też Samoobrona.

Kłopoty Platformy
W sobotę, ogłaszając najbliższe plany polityczne swojej partii, Jarosław Kaczyński
wezwał szefa PO Donalda Tuska do poparcia wniosku.
– Jeśli Tusk uważa, że rząd rządzi źle, to niech zdecyduje się na wybory –
mówił prezes PiS przy owacjach kilku tysięcy delegatów na konwencji samorządowej.
A Tusk ma teraz twardy orzech do zgryzienia. Jeśli PO nie poprze wniosku, najpewniej
PiS zrzuci na nią całą winę za obecną sytuację polityczną. Platformie trudno
się będzie wytłumaczyć z dalszej krytyki rządu, skoro nie chciała zmienić go
przy najlepszej nadarzającej się okazji. Dziś, tak ulubiona przez liberałów
wędka, została zarzucona przez prezesa PiS. Przynętą ma być pokusa przejęcia
władzy z rąk PiS – możliwa tylko w wyniku wyborów. Tylko że coraz bardziej
możliwa jest sytuacja, w której następny Sejm będzie się składał jedynie z
przedstawicieli trzech ugrupowań: PiS, PO i SLD wspartego przez SdPl, Unię
Pracy i Partię Demokratyczną.
Już debata nad komisją śledczą w sprawie nadzoru bankowego pokazała czytelnie
podział obecnej sceny politycznej. Sprzeciw wobec polityki PiS spycha Platformę
coraz bardziej w stronę lewicy. Świadczą o tym słowa Janusza Palikota, bliskiego
współpracownika Tuska, o tym, że być może konieczna okaże się taka koalicja
przeciw Jarosławowi Kaczyńskiemu. Ale bardzo duża grupa polityków PO nawet
nie chce o tym słyszeć. Mimo takich podziałów, jakie zarysowały się w ostatnich
miesiącach, wciąż jest im bliżej do PiS, gdzie mają wielu kolegów. PO może
więc zostać postawiona w sytuacji, w której będzie musiała wybierać między
PiS a lewicą. To może doprowadzić do rozpadu tej partii. Tym bardziej że czas
konstruowania nowego rządu i koalicji przypadnie na kongres wyborczy Platformy.
Na wczorajszej konferencji prasowej w Sopocie szef PO Donald Tusk podkreślił,
że rozmowy o wcześniejszych wyborach są możliwe jedynie po zmianie ordynacji
i połączeniu ich z jesiennymi wyborami samorządowymi. – Chciałbym oświadczyć:
po pierwsze – wcześniejsze wybory w Polsce są możliwe wtedy, kiedy dadzą szansę
na dobrą zmianę. Dobra zmiana poprzez wybory możliwa będzie przy zmianie ordynacji
wyborczej. Gdybyśmy zdecydowali się na ten kolejny wojenny eksperyment Jarosława
Kaczyńskiego za kilka, kilkanaście tygodni, to wiemy dobrze, że te wybory byłyby
wydatkiem blisko 200 mln zł z kieszeni podatnika – powiedział Tusk. Dodał,
że przed rozpisaniem wyborów trzeba zmienić ordynację na większościową i wprowadzającą
okręgi jednomandatowe.
Odnosząc się do tej propozycji, Jarosław Kaczyński powiedział wczoraj, że jest
to "propozycja zaporowa", bo zmiana ordynacji wyborczej wymaga modyfikacji
Konstytucji. Prezes PiS dodał, że jeśli PO nie poprze wniosku o samorozwiązanie
Sejmu, straci moralne prawo do krytyki rządu. – Jeśli wybory, to tylko w maju
– stwierdził Kaczyński.

Majówka wyborcza?
Jest jeszcze inny aspekt całej sytuacji politycznej. Jarosław Kaczyński podaje
dwa argumenty za wcześniejszymi wyborami. Pierwszy – pakt stabilizacyjny
zawodzi. Giertych i Lepper twierdzą, że to bzdura, bo wszystkie głosowania
przeprowadzone zostały po myśli umowy stabilizacyjnej. Ale prawda jest taka,
że nawet wiecznie kłócąca się koalicja rządowa AWS i Unii Wolności w latach
1997-2000 obfitowała w mniej liczne i rzadsze konflikty. Drugi argument najpierw
zabrzmiał na falach Radia Maryja w ubiegłym tygodniu. Jarosław Kaczyński
mówił o konieczności zadania "układowi, którego broni PO", ostatecznego ciosu
w wyborach.
– Wniosek o samorozwiązanie Sejmu to nie kapitulacja, tylko powiedzenie milionom
Polaków, że jest szansa na to, by przełamać układ, którego broni PO – mówił
w sobotę szef klubu PiS Przemysław Gosiewski. I dodaje, że to decyzja posłów,
czy ważniejsza jest dla nich "Polska, czy diety i immunitety".
PO w niedługim czasie stanie przed poważnym dylematem. Zagłosować na "tak",
to wesprzeć ideę Kaczyńskiego, ale z szansami na przejęcie władzy. Na "nie"
– z myślą, by PiS się bardziej "wykrwawił" w procesie rządzenia, jest zadziwiające
dla opozycji, która w sondażach ma szansę na zwycięstwo. Odpowiedzi na te pytania
powinniśmy poznać niedługo. PiS chce, by wybory odbyły się przed wizytą Papieża
Benedykta XVI w Polsce. Oznacza to, że głosowanie powinno nastąpić najpóźniej
na początku kwietnia, a wybory – 7, 14 lub 21 maja. Chyba że żadnego wniosku
PiS nie będzie. A i to jest przecież możliwe.

Mikołaj Wójcik

———————————————————————

Premier Kazimierz Marcinkiewicz o możliwości wcześniejszych wyborów
parlamentarnych:
To bardzo uczciwe postawienie sprawy. Jeśli jest spór, który dla Polski jest
bardzo poważny, spór o wiele najważniejszych dla rozwoju kraju spraw, to w
państwie demokratycznym, a przypominam, że zarzuca się nam, iż łamiemy demokrację,
najlepszym rozwiązaniem jest sprawdzian wyborczy. W związku z tym Prawo i
Sprawiedliwość, co zapowiedział prezes Jarosław Kaczyński, przedstawi w tej
sprawie wniosek w parlamencie.
To jest sytuacja, w której mamy do czynienia z najważniejszym sporem o kształt
państwa, o kształt Polski. Takie spory powinno się rozstrzygać nie poprzez
codzienne wojenki, których Polacy już znieść nie mogą, ale właśnie przez demokratyczne
wybory. Jest to bardzo uczciwa, dobra propozycja. Mam nadzieję, że wszystkie
ugrupowania, w tym przede wszystkim Platforma Obywatelska, z niej skorzystają.

not. AKW

drukuj