Pakt za europosadę

Z Dariuszem Sobkowem, byłym wiceambasadorem Polski przy Unii
Europejskiej,   rozmawia  Marta Ziarnik
Kadencję szefa Parlamentu
Europejskiego skończył wczoraj Jerzy Buzek. Polska nie będzie już miała swoich
przedstawicieli na wyższych stanowiskach unijnych, chyba że europejskie
aspiracje przejawi Donald Tusk…

– Powiem tylko to, co słyszałem osobiście. Przewodniczący Europejskiej Partii
Ludowej w Parlamencie Europejskim Joseph Daul stwierdził podczas dużego
spotkania odbywającego się 13 grudnia, że był autorem planu osadzenia Jerzego
Buzka w fotelu przewodniczącego PE, a teraz ma plan znalezienia ważnej funkcji w
instytucjach europejskich dla Donalda Tuska. Wskazywał też termin – za dwa i pół
roku, najdalej za trzy lata. Kadencja premiera trwa w Polsce 4 lata, a staranie
się o ważną funkcję wymaga przynajmniej pół roku negocjacji i tzw.
rozprowadzania projektu po kancelariach dyplomatycznych i spotkaniach
politycznych. Więcej już chyba mówić nie muszę.

Jak na słowa Daula zareagowali zebrani?

– Z tego, co zaobserwowałem, to bez entuzjazmu.

Zakończyła się polska prezydencja w Radzie Unii Europejskiej. Jak Pan
jako były wiceambasador Polski przy UE ocenia te sześć miesięcy?

– Mówiąc dyplomatycznie, moje oczekiwania nie zostały w pełni zaspokojone.
Polska dyplomacja nie była stroną aktywną, kreatywną. Ograniczyliśmy się jedynie
do administrowania sprawami, które od wielu lat przygotowują urzędnicy w
Brukseli. Dlatego też nie pozostanie po naszej prezydencji żaden ważny akt
normatywny. Zakończone prace nad regulacją patentu europejskiego to bardzo mało
– poniżej ambicji dużego kraju, jakim jesteśmy. Duży kraj UE zamyka prace nad
dużymi projektami. I tak Francja zamknęła prace nad pakietem klimatycznym,
Wielka Brytania – nad budżetem siedmioletnim UE, a Niemcy wynegocjowały traktat
lizboński. Średnie kraje negocjują koniec prac i dopinają średnie projekty, jak
np. Finlandia, która zamknęła w czasie swojej prezydencji ważne, warte wiele
dziesiątków miliardów euro, porozumienie na temat chemikaliów i utworzyła u
siebie agencję europejską ds. kontroli substancji chemicznych w produkcji
przemysłowej. Tymczasem po polskiej prezydencji nie pozostanie żaden ważny akt
prawny, żadna wielka inicjatywa polityczna.

Ale premier Donald Tusk zapewniał, że Polska zrobiła wszystko, co
zrobić mogła. Co, Pana zdaniem, można by wskazać jako największe osiągnięcie
polskiej prezydencji?

– Trochę przypadkowo, akurat w trakcie polskiej prezydencji, Chorwacja
podpisała akt akcesyjny do Unii Europejskiej. Negocjacje z Chorwacją zamknięto
już dawniej, ale mieliśmy ten symboliczny, protokolarny, a zarazem przyjemny
obowiązek zorganizowania podpisania akcesji Chorwacji do Unii. Pamiętajmy, że
Chorwaci to Słowianie i katolicy, mający wiele nadziei politycznych w stosunku
do Polski.

Jednak podpisanie przez ten kraj traktatu akcesyjnego odbyło się w
Brukseli, nie w Warszawie.

– No właśnie. Przecież myśmy kończyli ważne etapy polskiej akcesji do UE w
innych stolicach – w Kopenhadze, Dublinie i Atenach. Nawet więc w tej sprawie
premier nie ma się czym pochwalić. Poza tym podpisanie akcesji Chorwacji odbyło
się we wczesnych godzinach porannych, choć można było wyznaczyć na to lepszą
godzinę oglądalności, np. w południe. Czyli była to też wpadka dyplomatyczna
naszej prezydencji.

Ale czy jedyna?

– Niestety, nie. Było kilka poważniejszych błędów, źle świadczących o naszym
państwie i naszej dyplomacji. Między innymi w białoruskim więzieniu osadzono w
czasie naszej prezydencji działacza opozycji tylko dlatego, że Polska przekazała
białoruskim prokuratorom wszystkie dane z zastrzeżonego numeru konta tego
działacza. Tak nie postępuje kraj europejski! Nie udało nam się też zasiąść jako
kraj prezydencji przy stole spotkań grupy strefy euro, chociażby bez prawa
głosu. Nasz minister reprezentujący prezydencję był wypraszany z tego typu
spotkań, a plany pomocy finansowej były inicjowane i rozprowadzane po Europie
bez naszej obecności. Duży kraj prezydencji nie zezwala bez żadnej reakcji na
tego typu sytuacje. Widocznie więc nasz rząd nie uważa już nas za duży kraj UE.
W innych sprawach o wiele mniejszej wagi słyszymy buńczuczne i nie na miejscu
okrzyki w stylu: polskie państwo zareaguje – jeśli trzeba, nawet w Watykanie. W
sprawach naprawdę zasadniczych – czyli naszego wpływu na decyzje w UE – nie mamy
jednak wiele do powiedzenia i państwo polskie w tej kwestii nie reaguje!
W strefie deklaracji politycznych też nie wykazaliśmy się niczym twórczym.
Premier Donald Tusk, kończąc prezydencję, mówił podobnym językiem, jak w czasie
otwarcia prezydencji, tzn. uciekał od konkretów, używał sloganów w stylu: chcemy
więcej Europy, popieramy pogłębienie solidarnej współpracy, itd. Co prawda elity
unijne lubią słuchać tego typu haseł, które sugerują, że politykom i urzędnikom
w Brukseli należy dać jeszcze więcej władzy, jednak moim zdaniem slogany powinno
zachować się na inne okazje. Patrząc na powyższe przykłady, można powiedzieć, że
nie potrafiliśmy skorzystać z instrumentu dyplomatycznego i politycznego, jakim
jest prezydencja w UE, i nawet nie potrafimy jej profesjonalnie zamknąć.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj