Oszukani emeryci
Reforma emerytalna zapoczątkowana w 1999 roku miała uczynić w przyszłości z Polaków naród bogatych emerytów. Teraz, gdy pierwsze osoby niebawem skorzystają z dobrodziejstw reformy, okazuje się, że piękne wizje z reklam telewizyjnych mają się nijak do rzeczywistości, a rząd mówi przyszłym emerytom, że jeśli chcą mieć godziwe świadczenia, powinni jak najdłużej pracować. Poza tym możemy stracić prawo do dziedziczenia pieniędzy zgromadzonych przez krewnych, wątpliwe jest też uchwalenie przepisów o emeryturach małżeńskich. To oznacza, że choć teoretycznie jesteśmy właścicielami swoich składek odkładanych w ZUS i otwartych funduszach emerytalnych, to nie będziemy mogli swobodnie korzystać z tych pieniędzy. Okazuje się więc, iż na razie reforma ma polegać na tym, że państwo pozbędzie się problemu z wypłacaniem emerytur, a świadczenia będą jeszcze niższe niż teraz, w wielu przypadkach nawet o 30-40 procent.
Zapewne wielu Czytelników pamięta kampanie reklamowe funduszy emerytalnych, które w momencie startu reformy walczyły o składki kilkunastu milionów Polaków. W krótkich filmach przedstawiano emerytów w roli bogatych rentierów, którzy na starość mają pieniądze na podróże po egzotycznych krajach i na drogie zakupy. Przekaz był jednoznaczny: zostaw swoje składki w naszym funduszu, a my zapewnimy ci wysoką emeryturę na zachodnim poziomie. I Polacy masowo w to uwierzyli, bo również rząd Jerzego Buzka przekonywał nas do dobrodziejstw reformy emerytalnej. Trudno zresztą było oczekiwać, że będzie inaczej, skoro ta reforma miała być ogromnym sukcesem rządu AWS – UW. O żadnych wątpliwościach nie mogło być mowy. Tylko nieliczni ekonomiści i eksperci od ubezpieczeń próbowali przebijać się z racjonalnymi tezami podważającymi propagandowy wydźwięk reformy. Teraz okazuje się, że niestety to oni mieli rację.
Niższa emerytura
Z pewnością obecnego systemu nie da się dłużej utrzymać, bo wymagałby coraz większych dotacji budżetowych. Ale i to, co nam 10 lat temu zaproponowano, jest dalekie od ideału.
Niestety, najpoważniejszą konsekwencją reformy jest to, że większość ubezpieczonych w nowym systemie otrzyma niższe emerytury niż ich rodzice pracujący na podobnych stanowiskach i osiągający podobne wynagrodzenia. Osoby, których nie objęła reforma, płacą tak jak wcześniej składki tylko na ZUS i Zakład wypłaca im emerytury, które są obliczane m.in. na podstawie osiąganych zarobków. Po reformie ZUS będzie wypłacał tylko część emerytury – tę niewielką gwarantowaną przez państwo, a drugą część dostaniemy z OFE, w którym gromadzimy nasze składki. OFE inwestuje te pieniądze, ale zyski z tego tytułu, jak widać, nie zapewnią kokosów. Nawet przedstawiciele rządu w negocjacjach ze związkami zawodowymi przyznali, że emerytury w nowym systemie będą niższe od wypłacanych do tej pory. Przykłady: osoba zarabiająca przez lata średnią krajową (teraz około 3,5 tys. zł), a przechodząca na emeryturę w 2008 roku, może liczyć na świadczenie w granicach 1800-2000 złotych. Po reformie emerytura będzie o co najmniej 500 zł niższa. Z kolei nauczycielka z ponad 30-letnim stażem pracy, która w tym roku skorzystała z prawa do wcześniejszej emerytury, pobiera z ZUS nieco ponad 1400 złotych. Z ciekawości wyliczyła sobie emeryturę „po reformie”, gdyby została jeszcze pięć lat w zawodzie, i wyszło tylko około 1000 złotych. W podobnej sytuacji jest emerytowany robotnik, który pobiera świadczenie od ubiegłego roku. Co miesiąc ZUS przesyła mu na konto 1290 złotych – gdyby był „reformowanym” emerytem, za ten sam staż pracy (prawie 40 lat) emerytura wyniosłaby nieco ponad 900 złotych. Z kolei kobieta lekarz z ponad 30-letnim stażem otrzymuje obecnie ponad 1600 zł emerytury. Gdyby „załapała się” na reformę, jej świadczenie wyniosłoby nieco ponad 1200 złotych. W podobnej sytuacji znajdą się jednak wszyscy emeryci, którzy będą pobierać pieniądze według nowych zasad. Nic dziwnego, że tysiące ludzi, którzy mają teraz prawo do wcześniejszej emerytury, skwapliwie z niego korzysta, wiedząc, że jest to bardziej opłacalne.
Ekonomiści tłumaczą, że jest to jak najbardziej normalna sytuacja, bo takie muszą być skutki zmiany zasad naliczania emerytur. Reforma likwiduje różne średnie, wskaźniki, przeliczenia: dostaniemy taką emeryturę, ile uzbieramy na koncie w ZUS i OFE. A ponieważ tych pieniędzy nie jest wiele, to i symulacje wysokości przyszłych emerytur wyglądają mizernie. Dlaczego tak się stało? Po pierwsze, nie wszystko, co płacimy do ZUS, idzie na naszą przyszłość. Część pieniędzy zatrzymuje ZUS na wypłatę rent i innych świadczeń, a to, co zostanie, w części jest na naszych kontach emerytalnych w ZUS, a częściowo w OFE. Nawet osoby, które będą oszczędzały w tzw. drugim filarze (OFE, pierwszy to ZUS) od momentu podjęcia pierwszej pracy, np. w wieku 20 lat do 65. roku życia, zarobią stosunkowo mało. Dlatego już od dawna jesteśmy namawiani przez ekspertów do tego, aby wykupywać dobrowolne ubezpieczenia w tzw. trzecim filarze lub np. gromadzić pieniądze w funduszach inwestycyjnych, bo dopiero wtedy możemy liczyć na w miarę godziwą emeryturę – gdy będziemy ją otrzymywać z trzech źródeł. Ci sami eksperci narzekają, że Polacy są słabo zainteresowani oszczędzaniem na starość, bo nawet z badań opinii publicznej wynika, że mniej niż 40 proc. z nas myśli o takiej inwestycji. Podstawowy problem tkwi jednak w tym, że wielu Polaków na to nie stać. Jeśli bowiem ktoś nie zarabia dużo, to odkładanie co miesiąc dodatkowych 100 zł na emeryturę (to, zdaniem specjalistów, minimalna kwota, aby oszczędzanie miało ekonomiczny sens) jest ciężarem nie do udźwignięcia. Świadomość, że po przejściu na emeryturę będzie się otrzymywać niskie świadczenie, nie napawa optymizmem. Wtedy nie pozostanie emerytowi nic innego, jak pracować ciężko i długo także po przejściu na „zasłużony odpoczynek”. A wówczas prawdziwe z reklam OFE pozostaną tylko obrazki emeryta ciężko pracującego, a nie opalającego się na Florydzie.
Pieniądze prywatne tylko z nazwy
Niestety, nawet te pieniądze, które uda nam się zgromadzić na rachunkach w ZUS i OFE, tylko w teorii mogą należeć do przyszłego emeryta. Nie została jeszcze rozstrzygnięta sprawa, jak będziemy z nich korzystać. Gdy 10 lat temu startowała reforma, obiecywano przyszłym emerytom, że będą mogli otrzymywać swoje zaoszczędzone pieniędzy w postaci rat – co miesiąc, albo będą mogli je odebrać jednorazowo, jeśli taka będzie ich wola. Teraz jednak już wiadomo, że tej drugiej możliwości nie będzie. Co więcej, istnieje poważne niebezpieczeństwo, że jeśli ktoś będzie pobierał emeryturę bardzo krótko z powodu przedwczesnej śmierci, to większość jego oszczędności pozostanie w kasie OFE i ZUS. To samo może się stać, gdy ktoś umrze przed przejściem na emeryturę. A 10 lat temu słyszeliśmy obietnicę, że nasze pieniądze w razie czego przejmie rodzina, tak jak ma to miejsce w przypadku ubezpieczeń w trzecim filarze. Wszak dziedziczenie zgromadzonego przez lata kapitału wydaje się czymś naturalnym. Przecież gdyby mąż lub ojciec gromadził pieniądze na zwykłym koncie bankowym, a w nie w OFE, rodzina mogłaby przejąć ten majątek jak normalny spadek, co przy ubezpieczeniach emerytalnych okazuje się niemożliwe. Nic więc dziwnego, że jedne z najpoważniejszych zarzutów, jakie formułowano wobec rządu podczas debaty w Sejmie o wypłatach nowych emerytur, mówiły o tym, że rząd przygotował swoje projekty, mając na uwadze głównie interesy funduszy emerytalnych, a nie przyszłych emerytów. Bo w tej sytuacji OFE mogą zarobić o wiele więcej niż tylko na opłatach pobieranych od klientów. Mało przekonujący jest argument, że tak „zaoszczędzone” pieniądze posłużą do wypłaty emerytur dla tych klientów funduszy, którzy będą żyli dłużej niż przeciętnie. Ale przecież reforma ma polegać tylko na wypłacaniu ludziom tych pieniędzy, które uda im się zaoszczędzić – nic więcej! Nikt nie ma już przecież dokładać do mojej emerytury! Dlaczego więc rząd nie chce oddać spadkobiercom emerytów tych pieniędzy? Jak ma się to do prawa własności? Bardziej przypomina to socjalizm niż gospodarkę rynkową.
O przychylności rządu dla wielkich funduszy, których głównymi akcjonariuszami są zagraniczne grupy finansowe, świadczy także to, że kwota świadczeń, które będą one wypłacać, nie będzie podlegała ustawowej waloryzacji, choć tak ma być w przypadku tej części emerytury, którą wypłacać nam będzie ZUS. Rząd tłumaczy, że świadczenia z OFE będą rosły dzięki zyskom z lokowania pieniędzy. A co się stanie, gdy te zyski będą słabe albo nawet fundusz poniesie straty? OFE niczym nie będzie ryzykował, a emeryt jak najbardziej.
Wydaje się też przesądzone, że koalicja odrzuci pomysł wypłaty emerytur małżeńskich, bo będzie to podobno niekorzystne dla emerytów, a zwłaszcza kobiet. Tylko dlaczego rząd wie już teraz, co jest lepsze dla obywateli? Dlaczego nie dać ludziom możliwości zdecydowania, czy z takiej opcji skorzystają, czy nie? To powinna być świadoma decyzja emerytów, a nie urzędników. Reasumując, brak zapewnienia przyszłym emerytom pełnych praw własności do ich pieniędzy jest największą, obok obniżenia świadczeń, wadą reformy. Trudno więc traktować ją jako operację rynkową. To po prostu zrzucenie ogromnego ciężaru socjalnego z pleców władz państwowych i przerzucenie go na barki społeczeństwa. Byłoby do zaakceptowania i nawet w pełni wskazane, gdyby operacja została przeprowadzona w uczciwy sposób, a tak nie było od początku.
Będziemy dłużej pracować
Teraz w Polsce wiek emerytalny to 60 lat dla kobiety i 65 lat dla mężczyzny, przy zachowaniu prawa do wcześniejszej emerytury lub od przyszłego roku do emerytury pomostowej dla części pracujących. To prawda, że w naszym kraju liczba „wczesnych” emerytów jest bardzo duża, ale stało się tak nie z winy ludzi, a z powodu polityki władz „uspokajania nastrojów społecznych”, gdy przez wcześniejsze emerytury kupowano spokój społeczny wśród grup zagrożonych zwolnieniami i bezrobociem. To było prostsze niż prowadzenie polityki gospodarczej, która przeciwdziałałaby bezrobociu, bo choć ludzie woleli pracować, to jednak nawet niewielka emerytura była lepszym wyjściem niż czasowa „kuroniówka”, a potem niski zasiłek z pomocy społecznej.
Teraz jednak, gdy coraz bardziej zagląda nam w oczy „reforma”, okazuje się, że niskie świadczenia zmuszą w przyszłości tysiące emerytów do kontynuowania pracy. Inaczej nie będą mogli zapłacić rachunków i przeżyć godziwie przez miesiąc. Czyli faktycznie sami wydłużymy sobie czas pracy i przesuniemy granicę wieku emerytalnego. Jednak ekonomiści, specjaliści od ubezpieczeń emerytalnych, politycy przekonują nas przecież, że powinniśmy jak najdłużej oszczędzać, jeśli chcemy mieć wysokie emerytury. A jeśli tak, to powinniśmy jak najdłużej pracować, bo przecież składki gromadzimy tylko wtedy, gdy pracujemy. W sytuacji, gdy zobaczymy, jak niskie grożą nam emerytury, sami zgodzimy się na to, aby podnieść ustawowy wiek emerytalny. Pierwszym etapem może być zrównanie tego wieku dla kobiet i mężczyzn.
O tym, że nie są to tylko teoretyczne groźby, świadczą podobne propozycje zgłaszane w innych krajach. Niemieckie władze chcą, żeby kobiety i mężczyźni pracowali do 67. roku życia. W Wielkiej Brytanii część ekonomistów postuluje nawet, aby ta granica była podniesiona do 70. roku. W zasadzie sprawa wydaje się przesądzona, otwarte jest tylko pytanie, kiedy to nastąpi. W Polsce też przed tym nie uciekniemy.
Ta sytuacja to niestety samosprawdzająca się przepowiednia z powodu tendencji demograficznych w Polsce i Europie. Ubywać będzie w kolejnych latach osób pracujących zawodowo, a przybywać będzie emerytów. Przez 50 lat po wojnie nie był to problem, bo struktura wiekowa była bardzo korzystna. Zagłada kilku milionów Polaków podczas wojny spowodowała ubytek ludności w wieku produkcyjnym, przez co roczniki emerytów były mniej liczne. Wysoki przyrost naturalny po wojnie powodował, że od lat 60. wyzwaniem dla państwa było tworzenie nowych miejsc pracy, a nie emerytury. To się jednak zaczęło zmieniać w latach 90., gdy emerytów zaczęło przybywać, a spadał jednocześnie przyrost naturalny. W efekcie za 30 lat emeryci (osoby powyżej 60. lub 65. roku życia według obecnej terminologii) będą stanowili ponad 1/3 ludności i będzie ich więcej niż pracujących. Dlatego, żeby nieco zmienić te współczynniki, zapewne podniesiony zostanie wiek emerytalny. Tylko czy wpłynie to rzeczywiście na wysokość naszych przyszłych emerytur? Żeby znowu nie okazało się to wyłącznie zagrywką propagandową.
Krzysztof Losz
