Oszczerczy antypolonizm w Rosji (2)
Prof. Jerzy Robert Nowak
W historiografii rosyjskiej w odniesieniu do Polski znowu zaczynają dominować najskrajniejsze oszczerstwa z doby stalinowskiej, zwłaszcza na temat II Rzeczypospolitej i roli Polski w II wojnie światowej. Nader typowe pod tym względem są fałsze zawarte w omawianej już w poprzednim odcinku książce rosyjskiego historyka Michaiła Mieltjuchowa „Sowietsko-polskije wojny 1919-1939”.
Wspominałem już o antypolskich oszczerstwach zawartych w książce Michaiła Mieltjuchowa „Sowietsko-polskije wojny (1918-1939)”. Fałszerz M. Mieltjuchow jest bardzo konsekwentny w swych oszczerstwach. Szeroko rozważa na przykład w różnych miejscach swej książki rzekome plany doprowadzenia do agresywnego sojuszu między Niemcami nazistowskimi a Polską w latach 40. XX wieku. Powtarza wymyśloną przez jednego z najbardziej kłamliwych rosyjskich historyków W.J. Sipołsa tezę o tym, jakoby Polska i Rumunia planowały w porozumieniu z nazistowskimi Niemcami oderwanie od Rosji sowieckiej Ukrainy i Zakaukazia (por. M. Mieltjuchow, op. cit., s. 175-176. Zob. również komentarz A. Nowaka: „Od imperium do imperium”, s. 266).
„Pokojowa operacja” 17 września 1939 r.
Prawdziwą lawinę kłamstw znajdujemy u Mieltjuchowa w opisie sowieckiego „ciosu w plecy” Polski 17 września 1939 roku. Podobnie jak zrobiła to Jelena Jakowlewa w wydanej później książce, Mieltjuchow „pioniersko” dowodzi, że 17 września nie było żadnej agresji na Polskę, gdyż „działania Armii Czerwonej w Polsce można rozpatrywać, używając współczesnej terminologii, jako operację pokojową (’mirotworczeskuju opieraciju'”) (por. M. Mieltjuchow, op. cit., s. 408). Aby łatwiej przełknięto kłamstwo, Mieltjuchow całkowicie pomija w swym króciutkim odniesieniu się do paktu Ribbentrop – Mołotow jakiekolwiek wzmianki o tym, iż zakładał on współpracę Rosji Sowieckiej i Niemiec nazistowskich w napaści na Polskę (por. uwagi A. Nowaka „Od imperium…”, s. 266).
Warto w kontekście zafałszowań Mieltjuchowa przytoczyć opinię na ich temat ze strony niedawno zmarłego, prawdziwie rzetelnego historyka rosyjskiego Olega Kena. W publikowanym w najnowszych „Arcanach” (nr 83 z 2008 r., s. 145) pośmiertnym szkicu Kena możemy przeczytać m.in.: „(…) Nagromadzenie nowych materiałów archiwalnych na fundamencie neo-imperialistycznych założeń, rozwinięcie wizji odwiecznej walki geopolitycznej między Rosją a Polską, pomogło autorowi wykluczyć niewygodne świadectwa i zrelatywizować sowieckie zbrodnie przeciw ludzkości. Przedstawiając 'wydarzenia’ 17 września jako złożone zjawisko, Michaił Mieltjuchow dochodzi do wniosku, że choć z wąsko legalistycznego punktu widzenia 'działania Armii Czerwonej w Polsce’ mogą wydawać się agresją, to 'zgodnie ze współczesną terminologią’ mogą być również uznane za 'operację pokojową’.
Podobne poglądy i legitymizacja okupacji wschodniej części II Rzeczypospolitej znajdują szerokie echo w aktualnych podręcznikach historycznych. Ironicznie, przejście od komunistycznej ideologii do tradycyjnej geopolitycznej wizji 'rosyjskiej szczególnej roli’ pod wieloma względami oznacza regres. Starając się ukryć świadectwa sowiecko-nazistowskiej współpracy i masowych represji, komunistyczna nomenklatura poświadczała zarazem swoją świadomość, że ujawnienie tych świadectw byłoby moralnie druzgocące dla sowieckiego reżimu i jego historycznego dziedzictwa (…)”.
Profesor Andrzej Nowak, obnażając skrajną tendencyjność Mieltjuchowa, pisał: „(…) Jeśli zdarzają się zbrodnie – to popełnia je strona polska. Zbrodniom wojennym, popełnionym we wrześniu 1939 roku Mieltjuchow poświęca cały rozdział, zatytułowany 'Podszewka wojny’. Okazuje się jednak, że są to właśnie przede wszystkim zbrodnie dokonane przez Polaków na żołnierzach sowieckich i ludności cywilnej ziem wschodnich. I tak na przykład pod Skidlem oddział polski miał zabić 17 cywilów, w tym dwóch chłopców w wieku 13 i 16 lat (s. 308); w Łomży natomiast wkraczająca 29 września Armia Czerwona zastała aż '1600 trupów pokojowo nastawionych mieszkańców’ (s. 335). Żadnych odnośników źródłowych do tych rewelacji autor jednak i tym razem nie podaje (…)” (por. A. Nowak: „Od imperium…”, s. 268). Znając prawdziwe fakty o mordach i grabieżach dokonanych przez oddziały Armii Czerwonej na ziemiach polskich po 17 września 1939 r., nie można wprost nadziwić się groteskowym wybielaniom działań tej armii przez Mieltjuchowa, jego mnożeniom pochwał na temat rzekomej, wyjątkowej wprost „delikatności” sowieckich żołnierzy. Profesor A. Nowak („Od imperium…”, s. 268-269) zacytował w tym kontekście przytoczoną przez Mieltjuchowa opinię polskiego chłopa B. Mackiewicza: „Mówili nam, że Armia Czerwona i bolszewicy to barbarzyńcy, że zrywają w domach święte obrazy, burzą kościoły, mordują księży, gwałcą kobiety. A w rzeczywistości Armia Czerwona to najbardziej kulturalna armia ze wszystkich, jakie przechodziły przez te ziemie – nawet jabłka nie ruszy. Częstuje się ich – a i to nie biorą” (s. 383). Dość porównać tę wymuszoną czy zmyśloną „opinię” z setkami autentycznych, ponurych relacji polskich na temat skali rabunku i bezwzględności Armii Czerwonej na b. Kresach Wschodnich Drugiej Rzeczypospolitej! Groteskowe wprost są również twierdzenia Mieltjuchowa na temat przeprowadzonych pod sowieckimi bagnetami „wyborów” na zagarniętych przez Sowietów terenach do Ludowych Zgromadzeń Zachodniej Ukrainy i Zachodniej Białorusi, że: „(…) Wyniki owych wyborów pokazały, iż przytłaczająca większość ludności owych obszarów zgadzała się z ustanowieniem władzy sowieckiej i ich przyłączeniem do Związku Sowieckiego” (por. M. Mieltjuchow, op. cit., s. 384).
Sowieccy „dobroczyńcy” Polaków
Profesor Andrzej Nowak pisał, podsumowując oceny kłamstw Mieltjuchowa w książce „Historie politycznych tradycji. Piłsudski, Putin i inni” (Kraków 2007, s. 339): „Stalin występuje tu jako genialny kontynuator Katarzyny II. Pakt Ribbentrop – Mołotow i udział ZSRR w napaści na Polskę we wrześniu 1939 roku są przedstawione zatem jako czysto defensywne posunięcia, wyrażające konieczność rosyjskiej racji stanu”. Do szczególnie ponurej groteski należy usprawiedliwianie przez Mieltjuchowa masowych deportacji setek tysięcy Polaków z b. Kresów Wschodnich, tłumaczenie ich jako działań dla zapobieżenia „wymordowaniu wywiezionych na Syberię Polaków przez dyszących żądzą odwetu Ukraińców” (por. komentarz A. Nowaka: „Historie…”, s. 339). We wcześniejszej książce „Od imperium do imperium” (s. 269) prof. A. Nowak demaskował obłudę i cynizm zafałszowań Mieltjuchowa, pisząc: „Otóż zdaniem Mieltjuchowa, nie może być w tym okresie mowy o jakiejkolwiek antypolskiej polityce władz sowieckich na zdobytych terenach. Wręcz przeciwnie, troską naczelnika Zarządu Politycznego Armii Czerwonej, Lwa Mechlisa, była przede wszystkim ochrona ludności polskiej przed przejawami wrogości ze strony uciskanych dotąd przez Polaków mniejszości, przede wszystkim ukraińskiej (s. 411-412). Tą intencją tłumaczy Mieltjuchow cały sens deportacji: 'była to forma złagodzenia przez sowieckie kierownictwo ostrości narodowej nienawiści na nowych terytoriach. Oczywiście, był to środek 'barbarzyński’, ale czy lepiej było dopuścić do nacjonalistycznej 'rozprawy’ między miejscową ludnością? Nie mówiąc już o tym, że deportacja to nie rozstrzelanie’ (s. 415). Książka Mieltjuchowa powraca w ten sposób do motywu niewdzięcznych Polaków – niewdzięcznych podwójnie: bo, po pierwsze, deportując ich na Syberię czy do Kazachstanu, władza sowiecka ratowała ich przede wszystkim przed ukraińskimi 'rezunami’, a – po drugie – tylko ich deportowała, a mogła przecież rozstrzelać… (…)”.
Dochodzące do skrajnej groteski rozumowania M. Mieltjuchowa, godne kłamstw najgorszych stalinowskich historyków, mogłyby wywoływać u polskich czytelników tylko uśmiech politowania. Mogłyby, gdyby nie to, że tezy Mieltjuchowa są aż nadto reprezentatywne dla wspieranego przez władze putinowskie szerokiego nurtu „imperialnych” polityków, niecofających się przed żadnym kłamstwem w imię neoimperialnych koncepcji dzisiejszej Rosji. Co najgorsze, to wszystko odbywa się kosztem spychania w cień szeregu prawdziwie rzetelnych rosyjskich naukowców typu wspomnianego Olega Kena, Borysa Sokołowa, Siergieja Słucza czy tak zasłużonej w demaskowaniu katyńskiej zbrodni Natalii Lebiediewej. Trudno nie zgodzić się w tej sytuacji z gorzkimi konstatacjami prof. Andrzeja Nowaka: „(…) Książka Mieltjuchowa szokuje. Szokuje dlatego tak bardzo, iż prezentowana jest rosyjskiemu czytelnikowi nie jako polityczna publicystyka czy propaganda, ale opracowanie naukowe, opatrzone blisko 900 przypisami i umocnione autorytetem badawczym autora – doktora habilitowanego nauk historycznych. Szokuje tym bardziej, że w odróżnieniu od wielu niezwykle wartościowych opracowań i wydawnictw źródłowych, jakie wyszły w ostatnich latach spod pióra rosyjskich badaczy poruszanych przez Mieltjuchowa tematów, jego książka ukazuje się w dużym – jak na obecne warunki rynku książki w Rosji – nakładzie 7 tysięcy egzemplarzy. Jest więc najwidoczniej zapotrzebowanie na tego rodzaju skrajnie cyniczną obronę stalinowskiej 'racji stanu’ (…) Książka Mieltjuchowa pojawia się w tym kontekście jako groźne memento (…)” (por. A. Nowak: „Od imperium…”, s. 270, 271).
Antypolska fala
Omawiane dotąd przeze mnie książki J. Jakowlewej i M. Mieltjuchowa to tylko swego rodzaju czubek góry lodowej. Są one bowiem wyrazem szerszej antypolskiej fali, zalewającej współczesną rosyjską historiografię, przy odtrąceniu na bok uczciwych, nieszowinistycznych autorów typu N. Liebiediewej czy O. Kena. W jakże wielu książkach rosyjskich historyków znajdujemy skrajne antypolskie oszczerstwa, produkty jadu i nienawiści. By wymienić chociaż niektóre z nich: I.W. Michutina „Polsko-sowietskaja wojna 1919-1920” (Moskwa 1994); A. Szyrokorad „Dawni spor Sławian. Rossija. Polsza. Litwa” (Moskwa 2007); P.W. Stegnij „Razdieły Polszi i diplomatija Jekateriny II 1772, 1793, 1795” (Moskwa 2002); N.S. Rajskij „Polsko-sowietskaja wojna 1919-1920 godow i sud’ba wojennoplennych, intiernowanych, założnikow i beżencew” (Moskwa 1999); S.W. Morozow „Polsko-czechosłowackije otnoszenija 1933-1939. Czto skrywajetsia za politikoj 'rawnoudaliennosti’ ministra J. Becka” (Moskwa 2004); N.A. Narocznickaja „Za czto i s kiem my wojowali” (Moskwa 2005); W.A. Narocznicka „Rossija i ruskije w mirowoj istorii” (Moskwa 2004); I. Trojanow „Rossija pieried raspadom ili wstuplenijem w Jewrosajuz” (Moskwa 2005); A. Szyrokorad „Uterannyje Zemli Rossii” (Moskwa 2006); „Moskwa i wostocznaja Jewropa. Stanowlienije politiczieskich reżimow sowietskogo tipa (1949-1953). Oczerki istorii” [oprac. T.W. Wołotikina, G.P. Muraszko, A.F. Noskowa i in.] (Moskwa 2004); A. Filipow i in. „Istorija Rossii 1945-2007” [podręcznik szkolny]. W książkach tych roi się od przeróżnych fałszów antypolskich, począwszy od usprawiedliwiania rozbiorów Polski, poprzez oszczerstwa na temat losu rosyjskich jeńców w obozach polskich w czasie wojny 1920 roku, po oskarżanie Polski o zawarcie rzekomego antysowieckiego układu z Niemcami hitlerowskimi w 1934 r., usprawiedliwianie wszystkich zaborczych działań Stalina przeciw Polsce i całkowite wybielanie polityki Kremla wobec zależnych odeń państw bloku sowieckiego po 1945 roku.
Usprawiedliwianie rozbiorów Polski
Typowym dziełem nowej, proimperialnej historiografii rosyjskiej jest książka P.W. Stegnija „Razdiely Polszi i diplomatija Jekateriny II 1772, 1793, 1795” (Moskwa 2002). Autor tendencyjnie polemizuje z zagranicznymi badaczami naukowymi, przedstawiającymi rozbiory Polski jako wyraz „ekspansjonizmu” Rosji, pokazując je jako efekt „rozumnego realizmu” (por. P.W. Stegnij, op. cit., s. 416) polityki rosyjskiej, która tylko odzyskała ziemie, wcześniej utracone przez Rosję. I tak, według rosyjskiego historyka, Polska ewidentnie sobie na te rozbiory zasłużyła, mając skrajnie „anachroniczny system państwowy” i doprowadzając do „zaostrzenia napięć socjalnych i religijnych” (tamże, s. 407). Katarzyna II wcale nie kwapiła się do rozbiorów Polski, dopiero po długich „wahaniach” uległa natarczywym rozbiorowym namowom Prus i Austrii. Okazało się przy tym, że duża część środowisk intelektualnych Europy, w tym tak znacząca „francuska partia filozoficzna”, wykazała pełne zrozumienie dla rozbiorów, które uderzyły w Polskę, uważaną przez nich za symbol „katolickiego fanatyzmu” (tamże, s. 414). Poprzez dokonanie rozbiorów Katarzyna II po prostu ostatecznie rozwiązała cały kompleks problemów, które historycznie pojawiały się w stosunkach polsko-rosyjskich (tamże, s. 409). Na dodatek – zdaniem P.W. Stegnija – „(…) w rezultacie rozbiorów w Rzeczypospolitej dokonała się 'rewolucja w handlu europejskim’, doprowadzając do spadku znaczenia morskich dróg handlowych, w części handlu lewantyńskiego, na rzecz wykorzystania wielkich europejskich rzek: Odry, Wisły i Dunaju, nad którymi kontrola przeszła w ręce Rosji, Austrii i Prus” (tamże, s. 415). W związku z tym wszystkim Stegnij stanowczo polemizuje z tymi, którzy uważają rozbiory Polski za coś tragicznego (tamże, s. 416), choć przyznaje, że metody rozbiorów stanowiły naruszenie prawa. Z drugiej strony zaś – jak akcentuje Stegnij – przeprowadzenie rozbiorów wyrażało narodowo-państwowe interesy Rosji, choć realizowane było to „metodami charakterystycznymi dla pragmatycznej do cynizmu prusko-austriackiej szkoły dyplomatycznej” (por. tamże, s. 421). Warto tu dodać, że tak usprawiedliwiający rozbiory Polski P.W. Stegnij ma znaczącą pozycję w życiu naukowym Rosji, gdyż przez wiele lat był dyrektorem archiwum rosyjskiego MSZ. Profesor Andrzej Nowak, komentując istotę książki Stegnija o rozbiorach Polski stwierdził, że wyraźnie wynika z niej: „(…) Katarzyna II tylko odebrała to, co rosyjskie; podział słabych na strefy wpływów to norma polityczna; między Rosją a Niemcami nie ma miejsca na niezależne podmioty polityczne” (por. A. Nowak „Historie politycznych tradycji. Piłsudski, Putin i inni”, Kraków 2007, s. 338-339).
Wybielanie Niemiec kosztem Polski
Ostatnie dziesięciolecie przyniosło skrajne pogorszenie obrazu Polski w historiografii rosyjskiej, oczywiście poza nieliczną grupą rzetelnych historyków typu Lebiediewej czy Kena, zepchniętych wyraźnie na margines przez dominującą grupę historiografów, piszących w putinowskim, imperialnym duchu. Można powiedzieć, że kreślony przez oficjalnych historyków obraz dziejów Polski jest gorszy nawet niż w czasach stalinowskich. Z jednej strony przejęto bowiem wszystkie stare antypolskie kłamstwa. Z drugiej zaś „wzbogacono” oszczerstwa antypolonizmu o parę nowych, szkaradnych wątków. Jednym z nich jest doprowadzenie do skrajnych granic oskarżeń Polaków o wyjątkowy antysemityzm (m.in. poprzez maksymalne eksploatowanie wątku Jedwabnego). Doszły do tego jednak również przejawy rzeczy wprost zdumiewających w historiografii rosyjskiej – przykłady oskarżania Polski o agresywność wobec Niemiec w 1939 roku. Jak można w ogóle wytłumaczyć fakt, że z takimi oskarżeniami świeżo wystąpił rosyjski historyk, autor wielu książek z historii wojskowości Aleksander Szyrokorad, i to na łamach gazety bliskiej rosyjskiemu MSZ – „Niezawisimoj Gaziety”?! „Forum” z 15 września 2008 r. przedrukowało przykład szokującego wprost jadem antypolonizmu tekstu Szyrokorada, nadając mu wymowny tytuł: „Jak rozpętaliśmy II wojnę światową”. Szyrokorad wyraźnie zrzuca na Polskę winę za wywołanie drugiej wojny światowej, oskarżając nas o ciągłe agresywne działania wobec Niemiec, najpierw weimarskich, a później nazistowskich. W swym artykule pisze m.in. (cyt. za „Forum” z 15 września 2008 r.): „(…) W granicach Polski znalazło się 20 mln Polaków, 13 mln Rosjan, Białorusinów, Ukraińców i Żydów, a także około miliona Niemców, którzy w dużych skupiskach zamieszkiwali w zachodnich województwach. Do kategorii Polaków zostali przymusowo zaliczeni Kaszubi, Dulębowie, śląscy górale, Mazurzy i inne narody słowiańskie (np. język Kaszubów różnił się od polskiego o wiele bardziej, niż współczesny ukraiński od rosyjskiego). Polskie władze nie tylko nie zapewniły żyjącym w skupiskach 'cudzoziemcom’ autonomii, ale na wszelkie sposoby ograniczały ich prawa.
Na mocy traktatu wersalskiego (1919) Prusy wschodnie stały się enklawą, otoczoną przez ziemie polskie, a zamieszkany przez Niemców Gdańsk otrzymał status wolnego miasta, wobec którego polskie władze, poczynając od 1922 roku, zaczęły dopuszczać się regularnych prowokacji. We wrześniu 1930 roku polski minister spraw zagranicznych August Zaleski oznajmił przewodniczącemu Senatu Gdańska, że kwestię miasta może rozwiązać tylko polski korpus wojskowy. Warszawscy politycy otwarcie domagali się przyłączenia Śląska i Prus Wschodnich do Rzeczypospolitej. Kilka razy minister, a nawet prezydent, nazwali Bałtyk polskim morzem.
W rezultacie do 1938 roku Polska wysunęła roszczenia terytorialne wobec wszystkich państw, z którymi graniczyła: Gdańska, Litwy, ZSRR (Mińsk, Kijów, Odessa), Czechosłowacji i Niemiec. W Warszawie bez żenady podkreślano: 'Skoro I wojna światowa dała Polsce samodzielność i przywróciła część rdzennych ziem polskich, to można mieć nadzieję, że II wielka wojna podaruje Polsce pozostałe jej terytoria’. (…) 25 marca 1939 roku w Warszawie miały miejsca masowe demonstracje pod hasłami: 'Precz z niemieckimi psami! Niech żyje polski Gdańsk!’. W ambasadzie niemieckiej wybito wszystkie szyby. Jednocześnie w Krakowie i Poznaniu tłumy Polaków dokonywały niemieckich pogromów. 'W połowie sierpnia Polacy dokonywali prewencyjnych aresztowań setek miejscowych Niemców. Niemieckie wydawnictwa i prasę objęto zakazem. 24 sierpnia ośmiu Niemców, aresztowanych na Górnym Śląsku, zostało rozstrzelanych w drodze do więzienia’. To nie cytat z przemówienia Goebbelsa, tylko z monografii holenderskiego antyfaszysty Louisa de Jonga… Polscy generałowie rwali się w bój, planowali, że w ciągu miesiąca zajmą Berlin. W tym celu zostało utworzone silne zgrupowanie centralne…”.
Czy to nie prawdziwie oburzający fakt, że rosyjski historyk (!) wyraźnie oskarża Polskę, a nie Niemcy nazistowskie, za wybuch drugiej wojny światowej i robi to na łamach bliskiej rosyjskiemu MSZ gazety?! Czyżbyśmy mieli już początki przerabiania rosyjskiej historii w duchu germanofilskim (i antypolskim) w efekcie stworzonej przez Putina i Schroedera osi Moskwa – Berlin? Dlaczego na tak porażające antypolskie fałsze nie zareagowało ani MSZ, ani polscy historycy? Przy okazji warto przypomnieć, że kilka lat temu prezydent Rosji W. Putin w przemówieniu z okazji Dnia Zwycięstwa uhonorował „wkład w zwycięstwo” antyfaszystów niemieckich i włoskich, a dziwnie „zapomniał” o zaznaczeniu roli polskiego czynu zbrojnego.
Atakowanie Polski jako proniemieckiej „hieny”
Do najbardziej agresywnych przedstawicieli imperialnej sowieckiej historiografii antypolskiej należy Natalia Narocznicka. Będąc pracownikiem naukowym (doktor habilitowany nauk historycznych), jest tym bardziej niebezpieczna w swych wywodach ze względu na jej wpływ w życiu publicznym (posłanka do Dumy, wiceprzewodnicząca Komisji Spraw Zagranicznych, a w latach 1982-1989 reprezentantka sowiecka w Sekretariacie ONZ w Nowym Jorku). Profesor Andrzej Nowak poświęcił antypolskim tezom Narocznickiej wiele uwagi w swej książce „Historie politycznych tradycji”. Przypomniał tam (s. 340), że wydana w 2005 r. książka Narocznickiej „Za czto i z kiem wojowali” była w całości poświęcona apologii polityki Stalina z lat wojny, począwszy od antypolskiego rozbiorowego paktu Ribbentrop – Mołotow z 1939 r. do Jałty i Poczdamu. Narocznicka przedstawiała tam politykę Stalina jako „wzór roztropnej i dobroczynnej polityki dla całej ludzkości”. Według A. Nowaka (op. cit., s. 340), głosząca takie tezy książka Narocznickiej była „najbardziej nagłośnioną przez rosyjskie media publikacją historyczną, jaka towarzyszyła moskiewskim obchodom 60. rocznicy zwycięstwa. Co więcej, wydano ją w nakładzie 30 tysięcy egzemplarzy, podczas gdy przeciętne monografie historyczne w Rosji mają nakład ok. 1000 egzemplarzy.
W 2004 roku Narocznicka opublikowała szczególnie kłamliwą w swych fragmentach na temat Polski 500-stronicową książkę „Rossija i russkije w mirowoj istorii”. Zafałszowując obraz historii stosunków polsko-rosyjskich, Narocznicka zaprzeczała twierdzeniom o rozbiorach Polski w XVIII wieku jako dowodach rosyjskiego ekspansjonizmu. Twierdziła (na s. 139), że „w odróżnieniu od zachodnich władców, Moskwa nie zabrała ani jednego metra kwadratowego miejscowym właścicielom ziemskim w czasie rozszerzania swego panowania”. Profesor A. Nowak komentował (s. 342) to kłamstwo Narocznickiej: „Najwidoczniej autorka tej tezy nie chce wziąć pod uwagę tego, o czym piszą wszyscy niemal historycy, także historycy Moskwy: masowych wywłaszczeń i deportacji elit lokalnych po przyłączaniu kolejnych ziem do moskiewskiego centrum”. Do stwierdzenia prof. Nowaka dodam sprawę Nowogrodu, którego cała ludność została wymordowana przez zbirów Iwana Groźnego po przyłączeniu tego miasta do państwa moskiewskiego.
Szczególnie kłamliwe są twierdzenia Narocznickiej na temat sowieckiego „ciosu w plecy” Polski 17 września 1939 r. Jak pisze prof. Nowak (op. cit., s. 344), według Narocznickiej: „Stalin przy pomocy paktu Ribbentrop – Mołotow po mistrzowsku wybrnął z zastawionej na Rosję pułapki. Polska nie została wcale niewinnie pokrzywdzona. Jak zauważa Narocznicka, powielając (tak samo, jak wspomniany wyżej Mieltjuchow i, niestety legion innych, nie wymienionych tutaj historyków i publicystów współczesnej Rosji) klisze stalinowskiej propagandy – Stalin odebrał na mocy tego paktu tylko to, co Rosji słusznie się należało, a więc to, co utraciła w 1917 roku. Uderzenie Stalina na Rzeczpospolitą we wrześniu 1939 r. było tylko uprzedzeniem agresji, jaką Polska miała rzekomo dokonać na sowiecką Ukrainę w roli hieny niemieckiej polityki. Stalin wyprzedził polską hienę. Pakt Ribbentrop – Mołotow jest natomiast demonizowany współcześnie dlatego, że był w istocie największą klęską anglosaskiej strategii w XX wieku: klęską strategii osłabiania Rosji. (…) Potępienie paktu Stalina z Hitlerem wynika tylko z tego, że propaganda anglosaska narzuciła światu swoją perspektywę – perspektywę nie żadnej obiektywnej moralności czy sprawiedliwości, tylko perspektywę interesów Waszyngtonu i Londynu (…)”.
Dodajmy do tych uwag prof. Nowaka, że Narocznicka wzbiła się w swych rozumowaniach na same szczyty szowinistycznej obłudy. Jak powszechnie wiadomo, jednym ze szczególnie wielkich powodów wściekłości Hitlera na Polskę było to, że pomimo rozlicznych zachęt władze II RP nie dały się namówić na wspólną napaść na ZSRS i zajęcie sowieckiej Ukrainy. Rosja natomiast faktycznie odegrała rolę szakala czy hieny, zdradziecko napadając do spółki z Niemcami na Polskę, pierwszy kraj, który stawił zbrojny opór niemieckiej agresji.
Gloryfikatorka rosyjskiej zachłanności
Warto dodać, że Narocznicka, tak uparcie przemilczająca rozmiary rozbiorowej zachłanności Rosji wobec Polski, właśnie Polskę oskarża o trwającą wiele stuleci zaborczą politykę wobec Rosji, od XI do XVII wieku, od Bolesława Śmiałego do Władysława IV. Twierdzi (na s. 507): „Stała, wielowiekowa powtarzalność antyrosyjskiej polityki wschodnioeuropejskich katolików, niepodległej Polski skłania, by odnieść się do niej poważnie” (cyt. za przekładem A. Nowaka, op. cit., s. 147). Maksymalnie upiększając politykę Rosji, Narocznicka twierdzi, że historycznie Rosja nigdy nie była agresorem, to biedna Rosja zawsze była przedmiotem agresji: Polaków, Niemców, Francuzów itp. Przy takim podejściu trudno się dziwić gorzkim żalom Narocznickiej nad oderwaniem od Rosji Ukrainy, Białorusi czy krajów nadbałtyckich. Zarzuca strategom Zachodu, że od dawna tworzą sztucznie narodowość ukraińską, postuluje jak najszybsze przyłączenie Białorusi do Rosji. Szczególnie groteskowo wyglądają kłamstwa Narocznickiej na temat praw Rosji do krajów nadbałtyckich. Oddam tu znowu głos prof. Andrzejowi Nowakowi, który pisze („Historie…”, s. 346-347): „Sprawę krajów nadbałtyckich Narocznicka załatwia czysto geopolitycznym argumentem: 'Organizatorem Europy Wschodniej zawsze była Rosja albo Niemcy’ (s. 476). Litwini, Łotysze, Estończycy uzyskali swe państwo na zasadzie umowy II Rzeszy z Rosją sowiecką w Brześciu w 1918 roku, a więc te same mocarstwa miały pełne prawo odebrać im państwowość 21 lat później, na mocy paktu III Rzeszy z ZSRR (zwróćmy uwagę, że dokładnie tę samą myśl Narocznickiej powtórzył Władimir Putin w swoim wywiadzie dla telewizji niemieckiej ARD/ZDF, udzielonym z okazji obchodów moskiewskich w maju tego roku) [tj. 2005 roku – J.R.N.]. Teraz uzyskały formalnie niepodległość, jako elementy anglosaskiego 'kordonu sanitarnego’, w istocie jednak stało się to całkowicie bezprawne (…). Jako argument na rzecz tej dyskredytującej kraje nadbałtyckie tezy, Narocznicka powołuje się (…) na to, że w okresie międzywojennym rządzić miały nimi 'faszystowskie kliki’, a w czasie wojny kolaborowały wprost z III Rzeszą (najwidoczniej tylko mocarstwa takie jak ZSRR miały prawo współpracować godnie z Hitlerem). (…) W odniesieniu do Estonii, Narocznicka sięga jeszcze głębiej, by obalić racje tego kraju do niepodległości od Rosji: przypomina bowiem, że w myśl postanowień traktatu z Nystad, kończącego w 1721 roku zwycięską wojnę Piotra Wielkiego ze Szwecją, Rosja otrzymała terytorium dzisiejszej Estonii za okrągłą sumę 2 milionów jefimków. Skoro jednak nikt nie odwołał traktatu z Nystad, to oderwanie Estonii od Rosji jest nie tylko naruszeniem sprawiedliwości politycznej, ale świętego prawa własności nabytej (…)” (s. 495).
Chyba już dość jednak przedstawiania tych obłędnych, szowinistycznych tez N.A. Narocznickiej. Problem jednak leży w tym, że ta skrajna szowinistka jest nie tylko historykiem, ale także osobą wpływową w życiu publicznym (doszła wszak do stanowiska wiceprzewodniczącej Komisji Spraw Zagranicznych w Dumie). Co więcej, Narocznicka wiernie wyraża poglądy typowe dla tak wszechwładnej postaci dzisiejszej Rosji jak Władimir Putin! Z b. pułkownikiem KGB łączy Narocznicką również całkowite wybielanie i usprawiedliwianie sowieckiego komunistycznego totalitaryzmu. Jak to zaakcentował prof. A. Nowak w odniesieniu do poglądów N.A. Narocznickiej: „Chodzi o wyniesienie na piedestał nie byle kogo, bo samego Stalina. Chodzi o usprawiedliwienie racjami rosyjskiej historii największych zbrodni systemu sowieckiego: zarówno tych, jakie popełnione zostały na samych Rosjanach (jak choćby terror 1937 roku), jak też – a może w szczególności – tych, które państwo sowieckie popełniło na swych nierosyjskich poddanych (jak np. wielki głód na Ukrainie czy szerzej, czystki etniczne z drugiej połowy lat 30.), a wreszcie na krajach sąsiednich: tych zbrodni, które symbolizują pakt Ribbentrop – Mołotow, Katyń, system jałtański, interwencja na Węgrzech czy w Czechosłowacji (…)”.
