Oprawcom jest lepiej niż ofiarom

Pieniądze na przyjazd do Kębła zbierali przez wiele miesięcy. Żyją z
głodowych emerytur, ich oprawcy – byli funkcjonariusze komunistycznego aparatu
represji – korzystają z wielokrotnie wyższych świadczeń. Dwadzieścia dwa lata po
tzw. transformacji ustrojowej sytuacja w Polsce – w opinii osób represjonowanych
– pozostawia wiele do życzenia. Niepokoją zwłaszcza próby eliminacji lidera
opozycji i ataki na o. Tadeusza Rydzyka, założyciela Radia Maryja.

Przeciwko niedemokratycznym praktykom obecnej koalicji rządzącej protestowali
uczestnicy XI Krajowej Konferencji Represjonowanych, którzy w miniony weekend
obradowali w Kęble k. Lublina. Represjonowani działacze pierwszej NSZZ
"Solidarność" napiętnowali próbę wyeliminowania z życia politycznego lidera
głównej partii opozycyjnej Jarosława Kaczyńskiego przez skierowanie go na
badania psychiatryczne, a także groźby użycia aparatu państwowego przeciwko
osobom krytykującym obecne władze. W spotkaniu wzięło udział kilkudziesięciu
przedstawicieli osób represjonowanych, zrzeszonych w dziesięciu stowarzyszeniach
na terenie całego kraju. Gośćmi represjonowanych byli poseł Gabriela Masłowska i
senator Stanisław Gogacz. Zgromadzeni zapowiedzieli obronę Radia Maryja i jego
założyciela o. Tadeusza Rydzyka.
"Decyzja sądu o konieczności przymusowego przeprowadzenia badań psychiatrycznych
prezesa PiS przypomina nam niedawno minione czasy komunizmu, gdzie inaczej
myślących zamykano w szpitalach dla umysłowo chorych" – napisali represjonowani.
– Za niedopuszczalne należy uznać grożenie przez ministra obecnego rządu użyciem
aparatu państwowego wobec tych, którzy ośmielają się krytykować jego działanie.
Będziemy bronić istnienia niezależnych mediów społecznych, w tym Radia Maryja i
jego założyciela ojca dyrektora Tadeusza Rydzyka – podkreślili.
Uczestnicy konferencji wyrazili też oburzenie z powodu oddania Federacji
Rosyjskiej badania przyczyn katastrofy pod Smoleńskiem. Wytknęli rządowi Donalda
Tuska, że do dziś Rosja nie przekazała wszystkich dokumentów i dowodów
dotyczących tej sprawy. Ich zdaniem, osoby odpowiedzialne za tę sytuację powinny
być postawione przed Trybunałem Stanu. Represjonowani działacze NSZZ
"Solidarność", którzy często kosztem kariery zawodowej poświęcili najlepsze lata
życia walce z komunistycznym totalitaryzmem, nie kryli rozgoryczenia i żalu z
powodu poniżającej sytuacji materialnej, w jakiej przyszło im teraz żyć.
– Żeby przyjechać na tę konferencję, niektórzy z nas od dawna zbierali
pieniądze, pożyczali od znajomych – powiedziała "Naszemu Dziennikowi" Anna
Rakocz, przewodnicząca Ogólnopolskiej Federacji Stowarzyszeń Osób
Represjonowanych w Stanie Wojennym. – Każde ze stowarzyszeń osób
represjonowanych w stanie wojennym utrzymuje się ze składek członków wynoszących
średnio po dwa – cztery złote miesięcznie. Nie otrzymujemy od państwa żadnych
subwencji ani dofinansowania. Nasi członkowie nie mają żadnych dodatków do
emerytur czy do rent, a trzeba wiedzieć, że te emerytury często wynoszą 600-700
złotych.
Represjonowani w stanie wojennym czują się upokorzeni sytuacją, gdy 22 lata po
tzw. transformacji ustrojowej ich oprawcy ze służby bezpieczeństwa mają
wielokrotnie wyższe emerytury.
– Niedawno w Częstochowie funkcjonariuszka SB, która znęcała się nad nami w
stanie wojennym, w czasie procesu dosłownie śmiała się z kobiet internowanych,
gdy okazało się, że wiele z nas ma emerytury rzędu 600-700 zł, a jej dochodziła
wówczas do 4 tys. złotych – wskazuje pani Anna Rakocz. – A przecież to w końcu
myśmy wywalczyli władzę dla tych, którzy ją obecnie sprawują. Gdy zwracamy się
do nich z naszymi propozycjami, patrzą na nas z przymrużeniem oka. Tak jakby się
dziwili: a to wy jeszcze żyjecie? Chyba dla nich najlepiej by było, żebyśmy już
poumierali – dodaje z goryczą.
Rozgoryczenie i poczucie zdrady ideałów "Solidarności" z 1980 r. towarzyszyło
wielu wypowiedziom w czasie konferencji.
– Rozpoczęliśmy walkę z systemem totalitarnym, ponieważ chcieliśmy żyć w Polsce
wolnej, demokratycznej i niepodległej, ale wielu kolegów, którzy przyłączyli się
do nas albo było agentami, albo nas oszukało i zawiodło – mówił legendarny
przywódca lubelskich strajków na kolei z 1980 r. Czesław Niezgoda. – Jesteśmy
bardzo rozczarowani. Widzimy, jak Polska topnieje i ginie. Praktycznie żyjemy
już prawie w Białorusi. Wybory planuje się na dwa dni, tak jak tam, a
niepoprawnych politycznie się eliminuje.
Czesław Niezgoda ma wielki żal do klasy politycznej III Rzeczypospolitej, że do
dziś ci, którzy walczyli i cierpieli za wolną i demokratyczną Polskę, nie są
uznani za kombatantów, gdy status ten przysługuje wielu utrwalaczom władzy
komunistycznej, którzy po II wojnie światowej mordowali i wsadzali do więzień
niewinnych ludzi. – Minęło już 31 lat od naszego solidarnościowego zrywu i wielu
naszych kolegów odeszło już z tego świata. My żyjemy i jesteśmy żywą historią
tych czasów. Jeszcze za rządów AWS i PiS byliśmy zapraszani do szkół na
spotkania z uczniami. Chcemy nadal wpajać młodemu pokoleniu nasze ideały, ale
dzisiejsza szkoła już nie chce uczyć historii – mówił.
Szacuje się, że liczba represjonowanych w stanie wojennym sięga ok. 40 tys.
osób. Zaledwie 10 proc. z nich otrzymało od Skarbu Państwa odszkodowania i
zadośćuczynienia z tego tytułu.

 

Adam Kruczek, Kębło

drukuj