Rozprawa z Radomiem
35 lat temu odbył się jeden z największych protestów robotniczych w
powojennej Polsce. Choć Czerwiec ’76 nie był tak spektakularny jak wydarzenia
poznańskie z 1956 r. czy Grudzień ’70 na Wybrzeżu, to jednak w znacznym stopniu
przyczynił się do umocnienia antykomunistycznych postaw w społeczeństwie i
doprowadził do powstania "Solidarności".
W czwartek, 24 czerwca 1976 r., w transmitowanym przez radio i telewizję
przemówieniu sejmowym premier Piotr Jaroszewicz zapowiedział wprowadzenie przez
komunistyczne władze drastycznych podwyżek cen żywności, średnio o 70 procent.
Władze obiecywały "konsultacje społeczne" w sprawie podwyżek, ale nikt w te
konsultacje nie wierzył, skoro miały one obowiązywać w sklepach już od
najbliższego poniedziałku. Taka informacja podziałała jak iskra na beczce
prochu, warunki życia w PRL były i tak ciężkie, a podwyżka wiele rodzin
wpędziłaby w nędzę. Dość powiedzieć, że średnia pensja w złotówkach była podobna
do obecnej (3,5 tys. zł), a żywność była o wiele droższa niż teraz (np. szynka
kosztowała 100 zł, cukier 10,50 zł, masło 17,5 zł, a drób ponad 50 zł). Nic więc
dziwnego, że na wieść o kolejnych podwyżkach doszło do strajków. Najgłośniejsze
protesty odbyły się w Radomiu, Ursusie i Płocku, ale według danych KC PZPR
strajki wybuchły w 97 zakładach w 24 województwach i wzięło w nich udział ponad
71 tys. osób.
W Ursusie zastrajkowała załoga fabryki traktorów, w Płocku strajkowali robotnicy
z Petrochemii i Fabryki Maszyn Żniwnych. Ale najbardziej dramatyczny przebieg
miał protest radomskich robotników, w którym wzięło udział około 20 tys. osób –
byli to głównie pracownicy 33 zakładów, w tym największych, jak Zakładów
Metalowych "Walter", Radoskóru, Zakładów Sprzętu Grzejnego, Radomskiej Wytwórni
Telefonów.
Manifestanci gromadzili się przed gmachem Komitetu Wojewódzkiego PZPR, gdzie
oczekiwali na decyzję władz o cofnięciu podwyżek. Zresztą chodziło nie tylko o
podwyżki. Jerzy Adamczyk, jeden z zastępców I sekretarza KW Janusza Prokopiaka,
który wyszedł do manifestujących, wspominał po latach, że ludzie skarżyli się
nie tylko na trudne warunki życia, ale także na nieludzkie traktowanie w pracy,
układy decydujące o awansach i podwyżkach.
Ale komuniści zamiast rozmów wysłali przeciwko ludziom oddziały milicji i ZOMO,
nie tylko z Radomia, ale i ościennych województw oraz szkoły milicyjnej w
Szczytnie (ściągnięto do miasta ponad 1,5 tys. funkcjonariuszy). Przeciwko
ludziom używano armatek wodnych, gazu łzawiącego, pałek, a tylko obawa Edwarda
Gierka przed śmiertelnymi ofiarami spowodowała, że milicjanci nie dostali broni
do ręki (25 czerwca śmierć poniosły dwie osoby – Jan Łabęcki i Tadeusz Ząbecki
przygnieceni przez przyczepę ciągnika). Polowanie na rzeczywistych i
domniemanych uczestników protestu trwało do późnych godzin wieczornych, a także
w kolejnych dniach – ogółem zatrzymano w Radomiu ponad 600 osób (w Ursusie
prawie 200, a w Płocku ponad 50). Dodatkowo zwolniono z pracy w trybie
natychmiastowym ponad 900 osób w Radomiu i 180 w Ursusie.
Ludzie szukali
schronienia
Radomianie, którzy byli świadkami tamtych wydarzeń, do dzisiaj nie mogą ich
zapomnieć. Agnieszka Zakrzewska w 1976 r. miała 18 lat i choć bardziej
interesowały ją rozpoczynające się wkrótce wakacje, to nie mogły jej ominąć
także problemy dnia codziennego. – Wszystkim żyło się ciężko, moi rodzice
zarabiali razem niewiele ponad 3 tys. zł, a musieli utrzymać siebie i dwie
córki. Mama, gdy usłyszała o podwyżkach, to się popłakała – np. kilogram
kiełbasy miał kosztować 70 zł, tyle samo kurczaki czy wieprzowina. Zdrożeć miało
prawie wszystko i mama mówiła, że stać nas będzie tylko na chleb i smalec –
opowiada kobieta. – Na drugi dzień rano poszłam do chorej cioci, która mieszkała
wtedy przy ul. Niedziałkowskiego, niedaleko budynku komitetu PZPR. Dzięki temu
widziałam, co się wtedy na ulicach działo: te tysiące manifestujących ludzi i
potem walki z milicją – wspomina pani Agnieszka. To, co jej najbardziej utkwiło
w pamięci, to gaz łzawiący, który dostał się do mieszkania przez uchylony
lufcik, widok uciekających ludzi i goniących ich zomowców. – I w pewnym momencie
ktoś zaczął natarczywie pukać do drzwi. Gdy je otworzyłam, zobaczyłam czworo
ludzi, którzy prosili, żeby ich ukryć, bo uciekają przed milicją. Ciocia
wpuściła ich do środka, schowali się w pokoju, nic nie mówili i nie wychodzili z
niego. My też nic nie mówiłyśmy i taka cisza trwała do późna. Dwa razy słychać
było, jak ktoś zagląda na klatkę schodową, to byli chyba zomowcy. Dopiero
później ludzie opowiedzieli nam o pacyfikacji. Daliśmy im coś do zjedzenia,
przenocowali u nas i rano poszli do swoich domów. Nie wiem, co się z nimi potem
stało – relacjonuje Agnieszka Zakrzewska.
Ona sama też napędziła sporo strachu rodzicom, którzy przecież nie wiedzieli, co
się stało z córką, czy czasami nie poszła pod komitet z czystej ciekawości i czy
nie spotkało jej coś złego. Dopiero w sobotę około południa nawiązali kontakt. –
Potem, wiele lat później, dowiedziałam się, że mnóstwo ludzi, uciekając przed
zomowcami, szukało schronienia w pierwszych napotkanych domach i mieszkaniach
tak jak ta czwórka w mieszkaniu mojej cioci. I ludzie dawali im schronienie.
Podobno były przypadki, że w jednym domu chowało się nawet 15-20 osób – dodaje
kobieta.
Władza bierze odwet
Ale nie wszyscy mieli tyle szczęścia, a jeśli nawet uniknęli aresztowania 25
czerwca, to milicja przychodziła po nich do domu albo do zakładu pracy kilka dni
później. I zanim stanęli przed sądem, byli ofiarami brutalnej, zwierzęcej zemsty
milicjantów: ludzi bito w milicyjnych "sukach", na komendzie, urządzano im
"ścieżki zdrowia", grożono śmiercią. Represjonowani mówili potem nie o
wrzaskach, a wręcz rykach bijących milicjantów, wyzwiskach. Przez niektórych
aresztowanych zomowcy byli porównywani do wściekłych psów. Ludzie płakali i
krzyczeli z bólu, ale to nic nie dawało, pobicia stawały się wręcz jeszcze
bardziej brutalne.
Radomski Czerwiec ’76 to jedna z najbardziej haniebnych kart w historii wymiaru
sprawiedliwości PRL. Procesy sądowe czy postępowania przed kolegiami ds.
wykroczeń odbywały się z pogwałceniem nawet bardzo ułomnego ówczesnego
komunistycznego prawa. Na ludziach wymuszano biciem przyznanie się do winy,
wrabiano ich w rzekome kradzieże ze sklepów i niszczenie "mienia publicznego"
oraz oskarżano o udział w zbiegowisku. Znamienny jest obrazek z 26 i 27 czerwca,
gdy odbywały się pierwsze procesy w trybie doraźnym. Na 51 spraw tylko w jednej
sędzia orzekł karę dziesięciu miesięcy ograniczenia wolności, natomiast w innych
zapadały wyroki bezwzględnego pozbawienia wolności lub aresztu. A gdy składy
orzekające w kolegiach ds. wykroczeń wydawały zdaniem władz zbyt łagodne
orzeczenia wobec "chuliganów" (np. "tylko" kary grzywny), nakazywano im
zaostrzenie postępowania, i tak się stało. Dopiero gdy za represjonowanymi ujął
się Episkopat, gdy ludzie zaczęli się organizować, m.in. pod szyldem KOR, aby
pomagać represjonowanym, polityka karna nieco zelżała, a część wyroków nawet
złagodzono.
Ludzie cały czas żyli z poczuciem krzywdy. W 1980 r., gdy rodziła się
"Solidarność", w Radomiu powstała Komisja Rehabilitacji "Czerwiec ’76". Jej
przewodniczący Wiesław Mizerski wspominał, że jednym z głównych celów radomskiej
"S" było ukaranie winnych stosowania represji wobec protestujących, wyjaśnienie
roli sędziów w sfingowanych procesach, rehabilitacja skazanych, wyjaśnienie
okoliczności śmierci ks. Romana Kotlarza. A Komisja Rehabilitacyjna miała zebrać
relacje poszkodowanych. I radomianie masowo zgłaszali się do Zarządu Regionu
"S". – Ludzie chcieli mówić, bo wcześniej musieli o tym milczeć. Wierzyli, że
wtedy zaczynamy tworzenie sprawiedliwej Polski i wszystkie przestępstwa zostaną
ukarane – wspominał nastroje z lat 1980-1981 Wiesław Mizerski. Ale choć komisja
zebrała ogromny materiał, wiele dowodów, to za pierwszej "Solidarności" nie
udało się nikogo skazać. Potem był stan wojenny, ludzie nadaremnie czekali na
sprawiedliwość także po 1989 roku. I dopiero powstanie IPN przyczyniło się do
postawienia przed sądem niektórych byłych milicjantów, zomowców i esbeków. Nie
wszystkich jednak skazano, bo zabrakło dowodów, zresztą nikt z osób kierujących
represjami na najwyższym szczeblu nie stanął przed sądem.
Matka Boża Pocieszenia
Niejako epilogiem Radomskiego Czerwca ’76 był 21 sierpnia 1977 r., gdy w
sanktuarium w Starej Błotnicy (kilkanaście kilometrów od Radomia, wówczas była
to diecezja sandomierska) odbywały się uroczystości koronacji obrazu Matki Bożej
Pocieszenia. Homilię wygłosił ks. kard. Karol Wojtyła, ówczesny metropolita
krakowski. Przyszły Papież Jan Paweł II nawiązał również do wydarzeń z 25
czerwca 1976 r., a zwłaszcza do późniejszych represji, jakie dotknęły ludzi.
"I chyba szczególnie potrzebna jest ta koronacja Matki Bożej Pocieszenia na tym
miejscu, na tej ziemi radomskiej, która, jak wszyscy dobrze wiedzą, była w
ostatnim roku ziemią szczególnego smutku. Ten smutek ziemi radomskiej, miasta
Radomia, był udziałem całego społeczeństwa, całego Kościoła w Polsce. Episkopat,
który czuje z Narodem, a czuje zwłaszcza tam, gdzie jest cierpienie i smutek,
zwracał się od początku do władz o zrozumienie motywów, o amnestie dla więźniów,
a gdy tak czynił, wówczas ten polski Episkopat był wyrazicielem – był na służbie
Matki Bożej Pocieszenia. (…) Przybywamy do Niej i wołamy wraz z całym
Kościołem sandomierskim, wraz z całą ziemią radomską, wołamy: Matko Pocieszenia,
wejdź w życie naszych rodzin" – mówił ks. kard. Wojtyła.
Słowa te nabrały dodatkowego znaczenia, gdy 16 października 1978 r. metropolita
krakowski zasiadł na Stolicy Piotrowej.
Krzysztof Losz
